| PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
NAMIBIA 2007
Jest bardzo rano
Kolorow jeszcze nie ma a my juz
w drodze na spotkanie polskich werbistw 2007.
Wiec jest rano, wyborne
towrzystwo, samochod pelen zapasow, muzyczka skoczna gra. Godzine temu
wyjechalismy z Ghanzi (to jest w Botswanie, okolice pustyni Kalahari:-)) od
Rudka i Maly nas wiezie do granicy z Namibia. Plasko tu jest nieslychanie.
Bardzo plasko. Dobrze, ze Kopernik sie nie urodzil w Botswanie:-)
Wino sie leje, muzyka gra, zadne
krowy nie chodza!! Ani jednej!!! (pozwole sobie na pewien przypisek teraz:
jedna z ogolnych prawd o Afryce jest fakt, ze hipopotamy, ze wszystkich
zwierzat, sa przyczyna najwiekszej ilosci przypdkow roznych nieszczesliwych,
w ktorych zostaja ranni lub gina tak miejscowi jak i turysci. Ale mi sie cos
wydaje, ze najniebezpieczniejsze sa jednak krowy i osly jako przyczyny
naprawde czestych wypadkow drogowych. W nocy czarna krowe, nawet jadac na
dlugich swiatlach, zauwazasz dopiero jak wpada do srodka samochodu.)
Windhouk to szok.
'To w Afryce moze byc normalnie?!',
'Botswana to bida!', 'Nawet chleb pumpernikiel maja!', 'Trzeba im tu
Mugabego przyslac, niech to rozwali:-)' - ot taka garsc komentarzy
wspolbraci.
Jedziemy do Swakopmund.
Wstalem rano (Maly chrapal)
zobaczyc czy ocean jeszcze jest. Jest. Fajny. Mocno sfalowny:-) Potem
spacerek przez miasto i zadziwienie miejscem sie poglebia. To nie moze byc
kawalek Afryki wcisniety miedzy pustynie i ocean!! To jest skrzyzowanie
Zakopanego z Sopotem (kolejne niedoskonale porownanie ale autor sie stara:-),
tylko ulice szersze.
jezdzilismy!!! A wydmy ze 100 m
wysokie. I to jest nieopisywalne!!!!! UUUUUUUUU!!!!! Brad Pitt jezdzil juz
13 razy (a Angelina tez tam byla i wisi jej zdjecie w biurze i Rudek sie
zapytal czy nasze zdjecia tez tam powiesza?)
A teraz jedziemy wzdluż brzegu
oceanu, po najwiekszej piaskownicy swiat czyli pustyni Namib, odwiedzic foki.
Ponoc sa ich tam tysiace.
Otoz tego nie widzielismy ale
mielismy to zobaczyc - spoznilismy sie i w jednym miejscu ogladalismy zachod
slonca nad oceanem a potem podjechalismy kawalek dalej do flamingow.
W Walvis Bay jest polski ksiadz,
Kazik. Kolega Khula i Romka. Wiec odwiedziny, Mszyczka, najsmaczniejsza
galreta na kolacje i dluuuugie rodakow rozmowy.
- zajmie to 3 dni.
Nagle nas zatrzeslo. Maly
sprawnie wychamowal. Slawek krzynal: 'Kapec!' i ..... potem Khulu znalazl na
piachu gumowa obrecz, tyle zostalo z opony, ktora felga wyciela jak nozem. A
do konca pustyni jeszcze daleko:-))Wlasciwie to stalo sie dosc nagle: plaska
jak parapet piaskownica zamienila sie w GORY!!!! POTEZNE GORY!!! Nie
spodziewalismy sie tego zupelnie. Samochod dostal w kosc poteznie, sprzeglo
smierdzialo, kola buksowaly, hamulcem recznym to sie mozna bylo wahlowac. W
pewnym momencie stanelismy pod taka stromizma, ze postanawiamy isc pieszo (zeby
troche silnik odciazyc) a Maly bedzie probowal wjechac.
O modzie
Najpierw o modzie politycznej: w
Zimbabwe jest zakaz noszenia bojowek (modnych ostatnio moro), nawet krotkich
spodni w kamuflazowe plamy nosic nie wolno. A ostatnio widzialem jak policja
scignela goscia, ktory mial czapke w zielone ciapki. mm
artykul pochodzi z tygodnika Nasza Polska, przedrukowany zostal tutaj bez pytania - PRZEPRASZAM http://www.medianet.com.pl/~naszapol/0513/0513pali.php napisany przez Jacka Palkiewicza www.palkiewicz.com po pobycie w Zimbabwe
81-letni wódz Zimbabwe, Robert Mugabe niespełniony autor afrykańskiego socjalizmu, nie odda władzy przez kolejne trzy lata. Kraj pogrąża się w biedzie i chaosie. Władza dla władzy Żar spadający z nieba obezwładnia i paraliżuje ruchy. Wokół bujna, soczysta zieleń, jaskrawe słońce i przezroczyste powietrze. No i zapach: oszałamiająca woń kwiatów frangipani. Kolejna granica na afrykańskim kontynencie i wciąż ten sam rytuał. Oficer biorący do ręki paszport przeszywa badawczym spojrzeniem. Następnie bezmyślnie kartkuje wszystkie stronice dokumentu w jedną i drugą stronę. Beznamiętna twarz, żadnej reakcji i tylko wyczuwalnie nieprzychylna atmosfera.
Na początku lat 70. zachorowałem na Afrykę i w ciągu następnych lat poznałem ją całą, zachwycając się jej surowym pięknem, głęboką ciszą, magicznym nastrojem czy apokaliptycznymi zachodami słońca. Z czasem z tej choroby się wyleczyłem. Czarny Kontynent, którym byłem zafascynowany, dziś już nie istnieje. Pogrążył się w głębokim nieodwracalnym kryzysie i na zawsze zatracił swój dawny romantyczny obraz. W wyniku dekolonizacji wybuchły okrutne wojny etniczne i krwawe zamachy stanu, narodził się terroryzm i piekło uchodźców, pojawiły się groźne epidemie i klęski głodu. Mugabe, czyli początki dyktatury socjalizmu Wjeżdżam do Zimbabwe, kiedy byłem tutaj ostatni raz kraj nazywał się Południową Rodezją. Żyło się tu dostatnio, miasta były czyste i dobrze utrzymane. Funkcjonował przemysł wydobywczy i nowoczesne plantacje. Uprawiano kukurydzę, której nadwyżki sprzedawano w krajach ościennych. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. 18 kwietnia 1980 r. nadeszła niepodległość. Dawna, biała Rodezja stawała się czarnym Zimbabwe, świat patrzył z optymizmem na te narodziny. - Dostałeś w ręce klejnot Afryki, teraz musisz się o niego troszczyć, powiedział prezydent Mozambiku Samora Machel Robertowi Mugabe, podczas ceremonii proklamowania Zimbabwe. Nowy prezydent zapewnił swojego kolegę, że wyciągnie wnioski z niepowodzeń państw afrykańskich, które odzyskały niepodległość 20 lat wcześniej. Mówił o pojednaniu i wspólnym rozwijaniu kraju. Biali podeszli do tych obietnic z rezerwą i dwie trzecie z nich natychmiast opuściło kraj. Mugabe cieszył się jednak dobrą reputacją i popularnością miejscowych, którzy uważali go za nadzieję i wzór do naśladowania dla reszty Afryki. Syn wiejskiego cieśli, niezwykle bystry, inteligentny i mądry, miał za sobą szkołę misyjną i uniwersytet, ale przede wszystkim lewicowe marsksistowsko-leninowskie wykształcenie, zdobyte na renomowanych uczelniach Europy Zachodniej, które niebawem miało zaowocować. Na początku wszystko szło dobrze, kraj rozwijał się szybciej niż za rządów białych, świat zniósł międzynarodowe sankcje wprowadzone jeszcze w 1965 r., poszerzono dostęp do edukacji i służby zdrowia W dwa lata później jego intrygi doprowadziły do wojny etnicznej. Słynna Piąta Brygada, ekspedycja karna wyszkolona przez północnokoreańskich instruktorów, doprowadziła wtedy do masakry prawie 20 tysięcy Matabelów. Pyszny, nieufny z natury i oderwany od rzeczywistości murem dworzan, Mugabe z bohatera ludowych pieśni stał się uosobieniem wszystkich wad i przywar afrykańskich satrapów. Znany, uświęcony rytuał, czyli afrykański model socjalizmu rozwijał się w kierunku dyktatury, destrukcji i wszechobecnej korupcji. Kraj pogrążał się nędzy.
Pupil Mugabego, ps. Hitler
W lutym 2000 r. rozpoczęła się akcja okupowania przez weteranów partyzanckiej wojny z rasistowskim rządem w ówczesnej Rodezji Południowej, białych farm wysokoproduktywnych gospodarstw, które stanowiły jeden z filarów gospodarki kraju. Dowodził nimi Chenjerai Hunzvi, porównujący siebie do Jezusa Chrystusa i Che Guevary. Watażka, noszący ciepły przydomek "Hitler", zachowywał się z pewnością siebie charakterystyczną dla afrykańskich elit wykształconych w Europie. Nienaganny garnitur, złota bransoletka, pierścionek z brylantem. Studiował medycynę w Polsce i ożenił się z polską damą, która jednak nie wytrzymała długo u jego boku i dzięki pomocy rodzimej ambasady zbiegła do kraju. Pupil Mugabego, który był oskarżany o liczne malwersacje, nigdy nie stanął przed sądem. Zmarł na AIDS trzy lata temu.
Wyrzucanie i mordowanie białych farmerów
Kampania terroru i zastraszenia wśród białych, uznawanych przez czarną ludność za marionetki rządu brytyjskiego, rozwijała się przy cichym poparciu Mugabego, dla którego była świetną okazją do rozprawy z czarną opozycją, która rzekomo zdradziła kraj na rzecz białych. Na dobrą sprawę dla prezydenta akcja wywłaszczania nie była niczym innym niż sprawiedliwym gniewem ludu, swoistą zemstą dziejową za grzechy Cecila Rhodesa, który 100 lat temu zawładnął ich ziemie. W maju 2002 r. rząd wydał nakaz dla ponad 3 000 z 4 700 białych farmerów dobrowolnego opuszczenia majątków ziemskich. Ci, którzy się sprzeciwiali wylądowali w więzieniu, byli torturowani, gwałceni, niektórych zamordowano. Nie było wyjścia. Spakowało się także wielu, których nie było na liście persona non grata.
Po wywłaszczeniach ziemia poszła dla "kacyków"
Ziemie nie trafiały jednak do bezrolnych, tak jak obiecywał prezydent, lecz do zasłużonych działaczy partyjnych Komitetu Centralnego i Biura Politycznego. Farmy wymagają fachowych rąk do pracy, potrzebują ludzi z inicjatywą, pracowitych miłujących ziemię. Nowi właściciele nie potrafili na niej pracować, nic dziwnego, że coraz częściej spotyka się dziś farmy zdewastowane i porzucone. Żyzne ziemie stały się odłogiem, a tysiące miejsc pracy w rolnictwie zostało utraconych.
Fala wywłaszczenia obszarników to dramat dla kilku tysięcy rodzin białych farmerów, które od pokoleń gospodarowały na tych terenach. Zostawiły w Zimbabwe nie tylko dorobek całego swojego życia, ale i groby swoich przodków. Prawie wszyscy liczyli do ostatniej chwili, że coś się zmieni, że nie będą zmuszeni emigrować w nieznane i rozpoczynać życia od zera. Szczęście uśmiechnęło się do czterystu rodzin, którym łaskawie pozwolono jeszcze pozostać. Ale na jak długo? Kiedy powrócą aby palić domostwa, dokonywać samosądów?
Lud klepie biedę, a Mugabe bierze ślub za 6 milionów dolarów
Od czterech lat, niegdyś jeden z najbardziej rozwiniętych i najlepiej zorganizowanych krajów Trzeciego Świata, stał się stopniowo jedną z wysp archipelagu nędzy, gdzie na co dzień dochodzi do łamania podstawowych praw człowieka. Ta przemoc i terror ściągnęły na Mugabe potępienie całego świata. Skandalem nazwały kręgi opozycyjne ślub prezydenta ze swoją byłą sekretarką, piękną Grace Marufu, na który wydano 6 milionów dolarów. 31-letnia pani młoda miała 41 lat mniej od swojego męża. Wśród 20 tysięcy gości obecni byli m.in. Nelson Mandela i wielu prezydentów afrykańskich. Na uroczystości odczytano depeszę gratulacyjną od Jana Pawła II. W ciągu krótkiego czasu pani prezydentowa stała się szarą eminencją reżimu.
Krucjata antykościelna
Stary komunista Robert Mugabe, który biorąc ślub kościelny kończył wojnę z Kościołem katolickim, podczas ingresu nowego arcybiskupa Harare w sierpniu ub. roku, oskarżył Kościół katolicki o współpracę z kolonialistami. - Kościelni hierarchowie idą ręka w rękę z byłymi kolonialistami w rzucaniu oszczerstw i demonizowaniu Zimbabwe, obwinił prezydent, który lubi z zaciśniętą pięścią pokrzykiwać o wrogach, sabotażystach i walce aż do zwycięstwa. W homilii wygłaszanej przez arcybiskupa Roberta Ndlovu padły między innymi słowa o tym, że obowiązkiem biskupa jest obrona godności i praw człowieka. - Sytuacja między Kościołem a państwem jest w Zimbabwe coraz bardziej napięta - mówi misjonarz werbista ojciec Maciek Malicki. - Niecały rok temu rząd ogłosił plany restrykcyjnej polityki wobec międzynarodowych organizacji pozarządowych, w tym także instytucji dobroczynnych zaangażowanych na rzecz Kościoła.
Nie wyjeżdżajcie do Zimbabwe!
31 marca w Harare odbędą się wybory prezydenta. Europejskie ministerstwa spraw zagranicznych ostrzegają swoich obywateli przed wyjazdem do tego kraju. Nie wyklucza się, że mogą mieć miejsce zamieszki polityczne wywołane przez agresywne bojówki. Ostrzeżenie jest właściwie sobie a muzom. Podczas gdy jeszcze w 2002 r. kraj odwiedziło ponad 2 miliony obcokrajowców, zostawiając pół miliarda dolarów, w ostatnich dwóch latach burza polityczna wypłoszyła cudzoziemców. Wiele komfortowych lodge i hoteli świeci pustkami. Nawet kamienny kompleks Wielkiego Zimbabwe, pozostałość po zagubionej w czasie cywilizacji, nie przyciąga podróżników. Szczątkowy ruch obserwuje się tylko na Victoria Falls, najwspanialszym wodospadzie kontynentu, leżącym na granicy z Zambią. Poza tym rejonem turystów nigdzie nie widać. - Ze względu na niepewne czasy przestali też przyjeżdżać bogaci myśliwi, kultywujący złotą legendę romantycznego safari - zauważa Claudio De Leo z Jingle Bells Lodge. Zimbabwe zawsze było jednym z najlepszych miejsc na taką przygodę, znanym z dobrych hoteli i wzorowej organizacji polowań. Przede wszystkim jest tu dużo zwierzyny zapewniającej rekordowe trofea, a wiadomo, że myśliwi polują nie tylko dla własnych przeżyć i wspomnień, ale także dla zdobycia szczególnych trofeów. To właśnie tu była zawsze zapewniona wielka piątka (słoń, bawół, nosorożec, lampart, lew), obiekt pożądania myśliwego, a zarazem niekłamana groza.
Państwo tyranii
W Zimbabwe, określonym ostatnio przez rząd Stanów Zjednoczonych jako jedno z sześciu najbardziej tyranizowanych państw na świecie, dominuje złudny spokój. W Harare nie widać nawet charakterystycznego dla wielu miast afrykańskich zgiełku muzyki, mrowia ludzi czy korków samochodowych. Miastu, zbudowanemu w stylu europejskim, dodają koloru fiołkowe jaccarandy i kaskady bougainville. Jedynie wzmożone policyjne kontrole dokumentów i bagaży na rogatkach miast świadczą o stanie podwyższonego pogotowia. 81-letni, cyniczny kacyk, któremu pozazdrościć można sprawności umysłu i pamięci, kurczowo trzyma się tronu i nie przebiera w środkach aby pozostać przy władzy. Potrafi świetnie zjednać sobie elektorat. Obdziela ważnymi stanowiskami i posiadłościami ziemskimi różnych regionalnych watażków, wykorzystuje jako broń polityczną pomoc żywnościową napływającej od międzynarodowych organizacji charytatywnych. W stosunku do zwolenników opozycji nie gardzi tradycyjnymi metodami represji, zastraszenia, gwałtu czy korupcji. - Tak jak odbyło się to w latach 1987, 1996 i 2002, tak i tym razem do urn idzie się aby wybierać prezydenta Mugabe. Nawet opozycja nie wierzy w inny scenariusz. Nie obędzie się oczywiście bez wyborczych machlojek, tak jak to już miało miejsce w 2002 r. - mówi jeden z dyplomatów europejskich w Harare. Mugabe, popierany przez swoich zaufanych partnerów z RPA i Nigerii, czuje się nad wyraz silny. Swoim przyjaciołom obiecał, że odda władzę w 2008 r. i oni mu zawierzyli. - Nie może oszukać RPA - uważa włoski misjonarz, od kilkunastu lat wrośnięty w miejscowe realia - w przeciwnym przypadku Pretoria zamknęłaby mu wszystkie kurki, poczynając od wszelkiej pomocy militarnej, części zamiennych dla parku maszyn w armii, po zamrożenie kapitałów, które są podstawą egzystencji kraju. 24 lutego prezydent zamknął kolejny niezależny dziennik "Weekly Times" w Bulawayo, na południu kraju. To już czwarta gazeta, która przestała się ukazywać się w ciągu dwóch ostatnich lat. W tym czasie Mugabe, świętując swoje urodziny, skierował ciężki atak w stronę Wielkiej Brytanii, eksmatce ojczyźnie kolonii Zimbabwe. Oskarżył premiera Blaira, swój ulubiony obiekt szyderstw, o to że wierzy on w to, że posiada nadzwyczajną moc boską, pozwalającą narzucać swoją wolę Wielkiej Brytanii, a także i Zimbabwe. - 31 marca musimy pogrzebać raz na zawsze - zapowiedział - tak pana Blaira, jak i banderę angielską i napisać na płycie nagrobkowej: "Tu spoczywa imperializm brytyjski ostatnich czasów. Nigdy się już nie odrodzi".
Nie ma szans na demokrację
W końcu lutego br. ministrowie zagraniczni UE zdecydowali przedłużyć w stosunku do Zimbabwe, aż do 20 lutego 2006 r., środki ograniczające za pogwałcanie praw człowieka. Embargo dotyczy zakazu sprzedaży broni i wjazdu do UE funkcjonariuszy reżimu, oraz zablokowanie ich zagranicznych kont bankowych. Mugabe przełknął gorzką pigułkę i dał odczuć, że ten środek nacisku politycznego wcale go nie przeraża. W dzień później, aby przekonać świat o wolnych i uczciwych wyborach, zrobił krok o sporym wydźwięku propagandowym: zaprosił na 31 marca obserwatorów z 32 krajów, aby umożliwić im monitorowanie prawidłowego funkcjonowania ordynacji wyborczej. Zdecydowana większość przyjedzie z Afryki, ale nie brakuje też gości z Azji, Ameryki Łacińskiej i z Rosji. Europa i Stany Zjednoczone zostały wykluczone. Mugabe nie był już tak hojny w stosunku do dziennikarzy. Wizy będą dla nich przyznawane po jego osobistej decyzji. Polski ambasador w Harare, Jan Wieliński, głęboki znawca tego regionu Afryki, potwierdza moje informacje. W kraju o tak silnej dyktaturze, policja i siły zbrojne nie dadzą żadnych szans dla rozwinięcia skrzydeł stosunkowo bezbronnej i mało zorganizowanej opozycji. Te wybory pozwolą przesiedzieć Mugabemu na tronie do 2008 r. Takie jest zresztą cicha zmowa z przywódcami RPA i Nigerii, które postanowiły jeszcze przez trzy lata przymknąć oko na fanaberie ich przyjaciela.
Joseph, młody pisarz z
Bulawayo przypomina miejscowe przysłowie o pływach morskich, które
świetnie oddaje obraz kraju: - Gdyby Mugabe potrafił wykorzystać
przypływ niepodległości, Zimbabwe miało szansę stać się modelem Afryki.
Ale tego nie uczynił i teraz odpływ, niczym potworna cofająca się fala
tsunami, ciągnie kraj w koszmarne głębie.
Zdjęcia: Rafał Sojka, Maciej Malicki, arch. red. Jacek Pałkiewicz swiat@naszapolska.pl
Induku Jest to taka laska, ktora mozna kogos dobrze pobic. Kiedys to byla jedna z broni wojownika. Szanujacy sie mezczyzna kiedy idzie przez wioske, podpiera sie ta laska, nawet kiedy nie musi. Ta glowka u gory laski jest dosc twarda i jak dobrze przylozyc to mieksza glowe mozna by nawet rozbic. Kiedys Mugabe wydal zakaz noszenia przy sobie jakiejkolwiek broni i mozna bylo wtedy kazdego mezczyzne podpierajacego sie induku zaaresztowac. W tym czasie zaaresztowano jednego ksiedza, bo mial w samochodzie noz kuchenny.
Mini-kosa Po angielsku mowia na to slash. To cos takiego posredniego miedzy sierpem a kosa. Uzywa sie tego podobnie jak kija golfowego. Nie moge sie nadziwic, ze z kraju gdzie tysiace ludzi wymachuja tymi mini-kosami nie ma ani jednego mistrza golfowego na jakims amerykanskim PGA Tour. Jak na poboczach drogi miedzynarodowej wyrosnie duzo trawy i kilkanascie kierowcow rozbije samochody a czasem siebie o bydlo, ktorego nie widac, to rzad posyla robotnikow, zeby sobie pomachali tymi mini-kosami i skosili troche trawy.
Butelka na chibuku Taka duza i obla, zeby pilo sie tradycyjnie, czyli powoli. Chibuku to tradycyjne piwo z prosa o sladowej zawartosci alkoholu. Inna nazwa na to piwo to shake-shake czyli potrzasnij - potrzasnij, bo u gory butelki robi sie bardzo gesta zawiesina. To tzw. piwo jest tak geste, ze mozna je traktowac jak jedzenie. Dla niektorych mezczyzn afrykanskich ten posilek - napoj zaczyna sie rano i konczy kolacja, no i ile mozna sie wtedy nagadac. A ktos powiedzial, ze plotkarstwo to specjalnosc kobiet.
Trojnozny garniec Najwspanialszy wynalazek ludzkiej mysli, podobnie jak w zamierzchlych czasach trzy kamienie przy ognisku. Taki garniec nigdy sie nie przewroci, bo ma trzy nogi. Jest bardzo masywny i wszystko mozna w nim ugotowac. Jak przyjdzie do pogrzebu, czy slubu, to zbiera sie garnce z calej wsi i smazy sie cala krowe i pol pola kukurydzy.
Kuchenka sloneczna A to zupelnie nowy wynalazek chociaz takze do gotowania. Wymyslili go obroncy przyrody, czyli drzew, ktore sie spala pod trojnoznymi garncami. Byli to biali oczywiscie. Jest to taka duuuza metalowa soczewka, ktora skupia na garnku pokazna ilosc promieni slonecznych. Problemy pojawiaja sie przy zachmurzonym niebie, wiec nie tak znowu czesto.
Miotla z trawy Sluzy oczywiscie do zamiatania. Nie mozna jednak zamiatac nia wszystkiego, bo po zamiataniu zawsze zostaje troche trawy. Jeden z misjonarzy tak sie zafrykanizowal, ze samochod zamiatal ta miotla i wszyscy sie zastanawiali dlaczego jest zawsze tyle trawy w samochodzie. Zabrano mu te miotle raz na granicy, bo nie wolno przewozic trawy z powodu chorob bydla. Jeszcze inny misjonarz postanowil zrobic asperges ale z braku innych przyrzadow uzyl do kropienia miotelki, czym niektorych zgorszyl. Parafianie jednak nie mieli problemu, bo woda byla swiecona, a to grunt.
Kobra Brzmi groznie ale to nie waz, lecz pasta do podlog. Tu sie podlog nie myje ale zamiata, oczywiscie miotlami z trawy, a potem sie pastuje. Po wypastowaniu niesamowicie osiada wszelki kurz, ale co tam, przynajmniej wiadomo, ze ktos wszedl.
Taboret dla chlopa Kiedys jeden misjonarz zapytal: “Dlaczego w kosciolach na wioskach nie ma mezczyzn?” I sam sobie odpowiedzial: “Bo nie ma lawek!” Mezczyzna nie moze usiasc na ziemi albo na podlodze, to robia kobiety, wczesniej rozkladajac chitenge, czyli wierzchnia warstwe spodnicy. Mezczyzna musi miec stolek. Co niektorzy wiec oprocz induku przynosza do kosciola wioskowego stolek.
Chitenge
Czyli wierzchnia warstwa
spodnicy. To taki duzy kawal materialu, ktorym kobiety sie owijaja, a w
razie potrzeby rozkladaja na ziemi, zeby sobie usiasc. Ta plachta moze byc
tez uzyta jako czesc munduru z wydrukowanymi emblematami kobiecej
organizacji koscielnej. Jest to wtedy taka flaga “noszona inaczej”.
rs
W roku 1979 owczesny biskup Bulawayo Henry Karlen, z pochodzenia Szwajcar wyswiecil pierwsza grupe stalych diakonow. Poprzedzila to gleboka dyskusja wsrod duchowienstwa, wtedy w ogromnej wiekszosci misyjnego; bylo wtedy tylko czterech ksiezy miejscowych wlaczajac w to obecnego arcybiskupa ordynariusza. Jeden z tych ksiezy zaciekle walczyl z idea stalego diakonatu i do dzis nie zmienil swojego zdania.
Dzisiaj ksiezy diecezjalnych w archidiecezji Bulawayo jest ponad trzydziestu i niestety wiekszosc nie chce slyszec o stalych diakonach. Dlatego tez arcybiskup jest w dosyc trudnej sytuacji; sam widzi wielka szanse w stalym diakonacie a grupa duchowienstwa, z ktorej sam sie wywodzi i ktora powinna byc w pewnym sensie jego podpora, w sprawie stalego diakonatu jest mu zupelnie przeciwna.
26 kwietnia 2004 w jednym z kosciolow Bulawayo obchodzono jubileusz 25-lecia swiecen pierwszej grupy stalych diakonow. Obecny byl Nuncjusz Apostolski w Zimbabwe abp Edward Adams, ordynariusz Bulawayo abp Pius Ncube, pieciu bohaterow dnia, 25-letnich stalych diakonow oraz... I tutaj wyliczanie przestaje byc uroczyste: przybylo tylko szesciu ksiezy, na ponad siedemdziesiat przacujacych w diecezji i cztery siostry zakonne. Wierni zapelnili tylko jakies dwie trzecie miejsc siedzacych. Na pieciu jubilatow dwoch pracuje w sasiednich parafiach; ich proboszczowie nie pofatygowali sie przyjechac. Ktos powiedzial, ze to sobota i oni przeciez musieli przygotowywac kazania na niedziele. Dla porownania; na sluby wieczyste czterech miejscowych siostr zakonnych kilka miesiecy wczesniej przybylo dwudziestu pieciu ksiezy. Na sluby wieczyste jednego z klerykow zromadzenia Mariannhill Missionaries do misji oddalonej o 135 km od Bulawayo przyjechalo dwunastu ksiezy.
Odpowiedzialnym za formacje stalych diakonow w diecezji jest o. Christoph Eisentraut ze zgromadzenia Misjonarzy Mariannhill. Przygotowal on ksiazke na temat stalego diakonatu w diecezji. W trakcie zbierania materialow przeprowadzil dlugi wywiad z abp Ncube, ktory wypunktowal kilka zastrzezen ksiezy diecezjalnych do stalego diakonatu: 1. Staly diakonat funkcjonuje tylko w Bulawayo 2. Stali diakoni sa zagrozeniem dla “polityki jezykowej” archidiecezji 3. Kandydaci do diakonatu nie wykazuja gorliwosci pastoralnej 4. Staly diakonat przeszkadza we wiekszym zaangazowaniu swieckich w Kosciele 5. Staly diakonat powoduje spadek powolan do kaplanstwa w diecezji 6. Ludzie nie rozumieja roznicy pomiedzy diakonatem i kaplanstwem
Nastepnie arcybiskup rozprawia sie z tymi zarzutami: 1. To nie jest zaden problem, przeciez ktos zawsze musi byc pierwszy 2. To jaki jezyk jest uzywany w liturgii nie zalezy od diakona ale od proboszcza 3. Jesli ktorys z kandydatow ma zla opinie to po prostu nalezy zglosic to biskupowi 4-5. W rzeczywistosci, w opinii arcybiskupa, jest odwrotnie; dwoch synow stalych diakonow jest kaplanami a jeden wkrotce bedzie wyswiecony.
Po uroczystosci jubileuszu
rozmawialem z arcybiskupem Piusem o stalym diakonacie. Powiedzial mi wtedy
wprost, ze te wszystkie zastrzezenia to tylko przykrywka dla
najwazniejszego problemu; ksieza diecezjalni nie chca dzieli sie wladza w
parafii. Arcybiskup czasami lubi taki zwrot: “Bo my Afrykanczycy...” W tym
przypadku tez powiedzial: “Bo my Afrykanczycy nie lubimy dzielic sie
wladza.” Ja mysle jednak, ze tu jest po prostu totalny brak zrozumienia
czym jest diakonat i czym kaplanstwo. W Kosciele czesto pojawial sie
problem przepasci pomiedzy duchowienstwem a swieckimi; Kosciol stawal sie
i czesto jest “dwupietrowy”. Staly diakonat moze pomoc i w tym; w
zasypywaniu tej niepotrzebnej przepasci. Szkoda tylko, ze wielu ludzi nie
potrafi tego zrozumiec.
rs
W Zimbabwe wyrosla potworna dyktatura. Jeden czlowiek opetany zadza wladzy ciagnie do ruiny kiedys piekny i bogaty kraj. Ekonomia jest juz zupelnie zniszczona; rzad szuka ciagle sposobow, zeby jeszcze ukrasc, co tylko zostalo do ukradzenia, przez tworzenie ustaw i regulacji, ktore sa w jawnej sprzecznosci z konstytucja. Z jedynej stacji telewizyjnej i kilku radiowych leje sie strumieniem prymitywna propaganda. Armia i policja sa na uslugach rzadzacej partii ZANU-PF nie rozniaca sie w swoich dzialaniach od NSDP albo KPZR. Sa tez w Zimbabwe dwie grupy wykonujace brudna robote dla prezydenta: weterani wojenni, z wojny wyzwolenczej 1980, oraz mlodziezowa, panstwowa organizacja “Sluzba Narodowa” (National Service), zwana potocznie “Green bombers”.
Ponizszy tekst pochodzi z materialu przygotowanego przez niezalezna organizacje i jest to relacja dziewietnastoletniej dziewczyny zmuszonej do wstapienia do mlodziezowej “Sluzby Narodowej” wykorzystywanej przez prezydenta Roberta Mugabe i jego partie ZANU-PF do walki z przeciwnikami politycznymi.
“Moje zycie zostalo zniszczone. Teraz oczekuje dziecka i nie mam pojecia, kto jest jego ojcem, poniewaz zostalam zgwalcona przez bardzo wielu mezczyzn. Mam tez HIV i wkrotce pewnego dnia i tak umre. Wlasciwie to juz chcialabym nie zyc. Mysle o popelnieniu samobojstwa, bo nie mam zadnego powodu, aby zyc.
Do wstapienia do “Sluzby Narodowej” zostalam zmuszona w listopadzie 2001. Zabrano mnie z chodnika w mojej dzielnicy gdzie sprzedawalam warzywa. Byla to grupa okolo 30 osob, ktorym towarzyszyl samochod z napisem ZANU-PF. Przywiezli mnie do domu, zebym sobie zabrala swoje rzeczy. Ciotka, ktora ze mna mieszkala zaprotestowala. Powiedzieli jej, zeby sie zamknela, bo inaczej spala dom, a ja razem z domem. Potem zabrano mnie do pobliskiej szkoly gdzie zgromadzono juz jakies 600 osob; dziewczat i chlopcow. Kazano nam wykrzykiwac slogany na czesc rzadzacej partii ZANU-PF a ja nie znalam tych sloganow wiec bito mnie kijem. Potem uczona nas tych sloganow i piesni rewolucyjnych. Musielismy wstawac o 3.00 rano i biec 20 km kazdego dnia. Po bieganiu maszerowalismy jak zolnierze az do 9.00 kiedy dawano nam sniadanie; kubek herbaty i trzy kromki chleba. Nastepny posilek byl miedzy 20.00 a polnoca w zaleznosci kiedy dotarla zywnosc. Niektorzy z nas padali ze zmeczenia, glodu i pragnienia. Ci byli bici; mowiono im, ze udaja. Po dwoch tygodniach zabrano nas na dwa dni do wiekszego obozu a potem zawieziono nas do obozu w Bulawayo. Po przyjezdzie stalismy w sloncu przez dwie godziny. Niektore z dziewczat zemdlaly. Wtedy wszystkie, okolo 300, zostalysmy znowu odeslane na tydzien do obozu treningowego, zeby nas zahartowac. W obozie w Bulawayo bylam od grudnia 2001 do lipca 2002. Bylo nas tam okolo 900; jakies 500 chlopcow i 400 dziewczat. Jeden z weteranow wojennych 1980 byl przywodca calego obozu. Byla tam tez kobieta, weteranka, ktora przewodzila dziewczynom.
Jeszcze przedtem, w listopadzie, w szkole, w ktorej nas trzymano nie bylo nikogo kto by pilnowal sypialni; bylysmy gwalcone kazdej nocy. Instruktorzy i chlopcy przychodzili do sypialni w nocy i gwalcili nas; nawet nie widzielismy kto to. Jesli ktoras z nas krzyczala byla bita gumowym wezem. Bylysmy tak wystraszone, ze nie meldowalysmy tych gwaltow. Brama szkolna byla zamknieta i pilnowana przez weteranow. Dziewczynom nie wolno bylo zblizac sie nawet do bramy. Przywodca tego obozu powiedzial, ze gdyby ktora wyszla, to zaprzedalaby sie MDC, opozycyjnej partii.
W glowny obozie, gdzie przebywalismy przez siedem miesiecy, wszystkie dziewczyny spaly w wielkiej sali i zadna nie mogla wyjsc. Sala nie byla zamknieta i chlopcy mogli w nocy przychodzic kiedy tylko chcieli i gwalcic kogo chcieli. Najmlodsza dziewczyna miala 11 lat i tez byla stale gwalcona. Bardzo szybko zachorowala na chorobe weneryczna. Kiedy nasza opiekunka zareagowala od razu zagrozono jej biciem. Weteran-przywodca nie zareagowal, bo sam tez ciagle gwalcil dziewczyny. Mial szczegolne upodobanie do czterech z nas; dwie mialy po 15 lat, jedna 16 a czwarta 17. Bral te dziewczyny do hoteli w Bulawayo i razem ze swoimi przyjaciolmi organizowal orgie. Gwalty dokonane na mnie i krzywda, ktorej doznaly moje kolezanki spowodowala, ze bylam bardzo zla i zameldowalam o wszystkim innemu weteranowi. Ten poszedl do przywodcy z moja skarga. Przywodca zawolal chlopcow, zeby mnie zbili. Uzyli do tego specjalnych kijow; bili mnie i krzyczeli, ze jestem sprzedawczykiem MDC. Cale moje cialo bylo strasznie opuchniete, ale oni nie pozwolili na zadne lekarstwo, nie pozwolono mi nawet wziac tabletki przeciwbolowej.
Po wyborach prezydenckich wiele dziewczyn zostalo wyslanych do innych obozow. Nas zostalo okolo dwadziescia. Szesc z nas bylo w ciazy w rezultacie gwaltu. Nie wiem ile z tych, ktore zostaly przeniesione bylo w ciazy. W lipcu oboz zostal zamkniety a nas po prostu wyrzucono. Rodzice czworga dziewczyn w ciazy przyszli do obozu skarzyc sie, ale nikt z nimi nawet nie rozmawial. W obozie bylam swiadkiem tortur. Nasz weteran-przywodca przywozil z miasta ludzi na tortury. To byli ci, ktorzy nosili koszulki ze znakami MDC albo tacy, o ktorych ktos doniosl, ze byli sympatykami MDC. Widzialam jakies 50 ludzi bitych i torturowanych w naszym obozie. Czasami ludzie ci byli wieszani glowa w dol i bici grubymi batami na zwierzeta, zelaznymi pretami i specjalnymi kijami. Wiekszosc po torturach byla zwalniana do domow ale jakies piec osob nie przezylo. Tych zakopano na wzgorzach za obozem. Jesli ktos z nas oburzal sie na torturowanie ludzi, mowiono mu: “Sziedz cicho, bo wyslemy cie na wzgorza.” Weterani wysylali tez chlopcow, zeby rabowali okoliczne sklepy. Raz zabili nozami wlasciciela i ukradli pieniadze. Kiedy policja przyszla do obozu weteran-przywodca zaplacil policjantom i poszli sobie."
Ponizszy text pochodzi z wywiadu z mlodym mezczyzna, 25 lat, uczestnikiem “Sluzby Narodowej”
“Mamy wielka sile. Zrodlem tej sily jest zacheta ze strony policji i innych. Wiemy, ze mozemy isc gdziekolwiek i zrobic cokolwiek i nikt tego nie zakwestionuje.” Mam 25 lat i wstapilem do “Sluzby Narodowej” we wrzesniu 2002 roku. Powiedziano mi, ze po “Sluzbie Narodowej” bede mogl dostac prace, bo rzad wyrzuci wszystkich, ktorzy nie sluzyli i otworzy sie duzo wakansow. (...)
W obozie treningowym bylo bardzo ciezko. Najbardziej doskwieral nam glod a cwiczenia byly bardzo wyczerpujace. (...) Uczono nas takze historii Zimbabwe poczynajac od krola Lobenguli, a konczac na czasach wspolczesnych. Mowiono nam, ze biali przyszli i zrabowali wszelki bogactwa Lobenguli i ukradli nasza ziemie. Potem zalozyli parki narodowe, zeby zwierzetom bylo dobrze a nam zle. Dlatego nalezy zabrac ziemie wszystkim bialym i produkowac zywnosc. Zywnosc te nalezy oddac do GMB (Rzadowa Agencja Zywnosci), ktora bedzie rozdawac jedzenie potrzebujacym.
Mowiono nam, ze biali przychodza do naszego kraju, zeby nas okrasc ze wszystkiego. Dlatego jesli nie przystapimy do Trzeciej Rewolucji (Chimurenga) to jestesmy zdrajcami narodu i musimy walczyc do konca. Tak wlasciwie to do dzis nie wiem co to znaczy ta Trzecia Chimurenga i co oni maja w glowach jak o tym mowia.
Mielismy sie uczyc, jak budowac przyszlosc naszego kraju, a uczylismy sie tylko jak niszczyc. W tym wszystkim nikomu nie wolno bylo zadawac pytan. Kto by zadal jakies pytanie byl od razu zdrajca i ginal. Nikomu nie moglo przejsc przez glowe powiedziec tez cokolwiek dobrego o opozycji. Opozycja byla potepiona i koniec, kropka.
Kazdy kto opuszczal oboz mial bardzo negatywne spojrzenie na caly normalny swiat. Jak wchodzi do sklepu to nie lubi widoku ludzi sprzedajacych i kupujacych; chce ukrasc, zniszczyc, spladrowac i zamknac sklep. Takiego ducha ksztaltowano w kazdym z nas. Kiedy wychodzi sie z obozu ma sie w sobie ducha zemsty i okrucienstwa, bo tak bylismy traktowani. Kiedy w obozie ktos mial usmiech na twarzy to poddawano go biciu, zeby sie przestal usmiechac. Wychodzac z obozu chce sie czlowiekowi mscic za to wszystko i ofiarami padaja ci, ktorzy sa najblizej i ktorzy sa bezsilni. Kiedy bilismy ludzi oni meldowali to policji. Policja przybywala i zawsze stawala po naszej stronie. (...) Bylismy wysylani do dystrybucji zywnosci glodujacym. Duza czesc tej zynwosci zabieralismy dla siebie aby ja pozniej sprzedac. (...)
Po dokonaniu wszelkich okrucienstw i krzywd czulem wielki zal, ale balbym sie rozmawiac o tym z kimkolwiek. Wielu innych, wydaje mi sie, nie czulo zadnych wyrzutow sumienia. (...) Czasem bilem ludzi, ktorych znalem. Byli to sprzedawcy pamiatek. Bilismy ich dlatego, ze sprzedawali pamiatki bialym. (...) Przed akcjami pilismy alkohol albo brali narkotyki. Kto nie chcial brac, sam byl bity. (...) Po pewnym czasie czlowiek juz nie potrzebuje narkotykow, zeby kogos bic czy torturowac. Agresja staje sie druga natura."
Co to byla za walka! Dziewczynka, siodma czy osma w kolejce, podchodzila do baptysterium a przerazenie roslo w jej oczach. Kiedy juz doszla do stopni malego basenu wymurowanego w rogu kosciola, ktos ja lekko pchnal do przodu, a ksiadz polozyl reke na jej glowie aby dziecko zanurzyc. Ona sie ksiedzu wyrwala i glosno placzac zlapala za porecz aby sie z wody wydostac. Ludzie zaczeli sie smiac. Ksiadz tez, aczkolwiek wydawal sie troche zaklopotany. Zaraz tez poprosil o dzbanek z woda i ochrzcil dziewczynke polewajac jej glowe.
Po Mszy sw. zapytalem ksiedza czy kandydaci mieli jakas probe przed chrztem. “Jasne, odpowiedzial, i to kilka razy. Oczywiscie jednak bez wody, bo woda jest droga, i nie mozemy jej marnowac na probe.” Wtedy sobie uswiadomilem, ze dla wielu z tych ludzi calkowite zanurzenie w chlodnej wodzie to calkiem niezly szok. Wiekszosc z nich nie widziala nigdy basenu plywackiego i to chrzcielne zanurzenie bylo pierwsze w ich zyciu. Dlatego ta dziewczynka byla tak przerazona. Z drugiej strony swoj chrzest chyba bedzie pamietac do konca zycia.
W kosciolach katolickich w Bulawayo chrztu udziela sie przez zanurzenie. Jednym z powodow jest to, ze niektorzy ludzie uwazaja, iz katolicki chrzest przez polanie woda moze byc “slabszy” niz chrzest w kosciolach niezaleznych. W tych ostatnich chrzest przez zanurzenie to prawie dogmat wiary. Na marginesie mozna zauwazyc, ze w kosciolach niezaleznych jest wiele takich elementow, gdzie forma jest wazniejsza niz tresc i to nie moze byc powodem, zeby w Kosciele katolickim zmieniac obrzedy. Wazne jednak jest aby obrzedy byly zrozumiale dla ludzi i mialy dla nich znaczenie. Dla przecietnego wierzacego chrzest przez zanurzenie przemawia mocniej niz przez polanie; jest w nim wiecej symboliki.
Kiedys zapytalem Krystiana, dlaczego w Plumtree nie chrzci sie przez zanurzenie. Powiedzial, ze nie ma za bardzo miejsca w kosciele na odpowiednie do tego baptysterium a potem dodal z usmiechem: “No i zauwaz, jakich my uzywamy naczyn do chrzczenia.”
rs
Marek Glodek, Ndolwane Bardzo serdecznie pozdrawiam z Zimbabwe. Tutaj zaczynaja sie powoli chlodne miesiace, bo zbliza sie zima. No tak, ale jaka to zima w Afryce? A jednak! Pierwsza afrykanska zime przezylem rok temu, jeszcze w Harare. Oczywiscie, temperatury nie sa tak niskie jak w Polsce, ale czasami zimno odczuwa sie bardzo dotkliwie, a to dlatego, ze w dzien termometr pokazuje 25 stopni, noca zas temperatura potrafi spasc ponizej zera. Najzimniejsze miesiace to czerwiec i lipiec. Nawet te 25 stopni za dnia to wcale nie za duzo jak na Zimbabwe. Bardzo czesto zimowa pora wieje bardzo zimny wiatr, ktory nie pozwala na rozgrzanie nikogo i niczego. Jezeli snieg spadnie w gorach Poludniowej Afryki, to juz nawet za dnia nie bedzie 25 stopni. Wszyscy mi mowia: "Ty jestes z zimnego kraju, dla ciebie to nic nowego" i nie rozumieja, dlaczego nosze takie same grube swetry jak ani. Tylko czapki i rekawic jeszcze nie zalozylem. Jestem nieco rozczarowany klimatem w tej czesci Afryki.
Tutaj nie ma ogrzewania Trzeba tez pamietac, ze tutaj nie ma ogrzewania w pomieszczeniach, wiec sami rozumiecie... W wioskach pali sie ogniska wewnatrz domow. Afrykanska chata to okragly budynek, przykryty dachem zrobionym z trawy, bez okien, tylko drzwi wejsciowe i maly przeswit miedzy zadaszeniem i sciana. Palace sie na srodku ognisko jest zrodlem swiatla i ciepla. Oczywiscie wewnatrz jest duzo dymu, wiec po paru minutach jestesmy zaplakani i musimy wychodzic na zewnatrz. Afrykanczykom zas dym nie przeszkadza. Mebli nie ma; sa tylko polki w scianach, uformowane podczas budowy chaty. Czasami stoi jakies lozko, ale czesciej do spania rozklada sie maty na ziemi. Podloga jest betonowa. Chaty buduje sie po dwie-trzy w jednym ogrodzeniu - rodzina mieszka razem. Obecnie mozna tez spotkac kwadratowe domy z okienkami, jednak wiekszosc chat buduje sie tradycyjnie. Wokol biegaja chude psy, jakies kury i wszechobecne kozy. Podworka wysypane sa piaskiem, zawsze czyste, zagrabione i bardzo schludne.
Moglem przyjrzec sie z bliska zyciu w buszu, poniewaz nasz program nauki jezyka obejmuje rowniez mieszkanie w wiosce. Ja jeszcze tego nie doswiadczylem, ale o. Maciej Malicki SVD, z ktorym przylecialem do Zimbabwe, ostatnie dwa tygodnie spedzil w buszu, mieszkajac z ludzmi. Kiedy go odwiedzilem, mialem okazje zobaczyc, jak wyglqda zycie przecietnego mieszkanca Zimbabwe. Szczerze mowiac, takich rzeczy nie oglqdalem nawet na filmie - trudno uwierzyc, ze ludzie moga tak zyc. Kiedy po raz pierwszy przyjechalem do o. Malickiego, pierwsze wypowiedziane zdanie brzmialo: "Jak ja bym cos zjadl". Podstawowym pozywieniem jest tzw. sadza, czyli maka kukurydziana ugotowana z woda i olejem, no i wolowina. Mieso, nawet jesli jest, bardzo trudno ugotowac na ognisku, a niedogotowana "krowe" bardzo trudno pogryzc. I choc rodzina, u ktorej mieszkal o. Maciej, starala sie bardzo, to zjedzenie niedogotowanego miesa bylo fizyczna niemozliwoscia. A jada sie raz dziennie. Odwiedzalem mojego wspolbrata dosc czesto, zeby go dokarmic i podniesc na duchu. Przebrnal przez to doswiadczenie zwyciesko. Jezyk klikania i mlaskania Rozpisalem sie o afrykanskiej wiosce, a nie wspomnialem, dlaczego tu jestem. Otoz po trzymiesiecznym pobycie w Bulawayo, gdzie pracowalem w parafii w ramach praktyki jezyka angielskiego, przenioslem sie do Plumtree - malego miasteczka polozonego 100 km od Bulawayo i 10 km od granicy z Botswana. Liczy ono ok. 8 tys. mieszkancow. Sa tu dwie szkoly podstawowe i srednie, kilka piekarni i sklepow, mlyn, szpital - i to wszystko. W centrum stoja male domki - to miasto, a kilka kilometrow dalej zaczynaja sie juz wioski bez pradu i wody.
Przyjechalem tu na poczatku maja i wytrwale ucze sie jezyka ndebele. Jak zapewne niektorzy z was wiedza, w Zimbabwe ludzie posluguja sie dwoma jezykami: na polnocy uzywa sie jezyka shona - 80% populacji, a na poludniu ndebele - 20%. Werbisci pracuja jak na razie z ludnoscia Ndebele – potomkami Zulusow, ktorzy przywedrowali tu z RPA. Ndebele to ciekawy jezyk, w ktorym wystepuja tzw. kliki, czyli cmokniecia, mlaski itp. dzwieki. Poczatkowo nie jest prosto opanowac wymowe. Kiedy siedze z nauczycielami i probuje, sprawiam im wiele radosci. Oni slysza roznice, dla mnie wszystko brzmi podobnie. Prawde mowiac sa tylko trzy kliki - tego sie juz nauczylem: raz jezyk kladzie sie na zebach, raz na podniebieniu, a raz tak, zeby dotykal od wewnatrz do policzka. Poza normalna praca duszpasterska, obejmujaca kosciol w stacji glownej i ok. 30 stacjach dojazdowych, funkcjonuje tu rowniez wydawnictwo "Ilizwi", w ktorym sie drukuje wszystko w jezyku ndebele. Powstaje tez Centrum Biblijne, a w planach jest jeszcze kilka innych projektow, ale o tym kiedy indziej napisze. Tak sie sklada, ze jest nas w Plumtree trzech Polakow - werbistow: o. Krystian Traczyk i o. Rafal Sojka - obaj z Katowic, no i ja. Przy takiej liczbie stacji dojazdowych w tak skromnej obsadzie niemozliwa jest praca bez zaangazowania swieckich. To ani prowadza modlitwy, pogrzeby, nabozenstwa i czuwaja nad duchowa formacja ludzi w wioskach. Do Plumtree przyjezdzajq co kilka tygodni na kursy biblijne i ucza sie, jak prowadzic male wspolnoty. Raz w miesiacu w kazdej stacji dojazdowej jest Msza sw. 80 kilometrow do sklepu Poza tym, poniewaz sytuacja w Zimbabwe jest bardzo trudna - brakuje podstawowego pozywienia, czyli sadzy - misja zaopatruje wioski w ziarno badz make kukurydziana. To koniecznosc w Zimbabwe, gdyz ludzie gloduja. Przed sklepami stoja ogromne kolejki czekajqcych na meal-meal, tj. make kukurydziana. Trzeba pamietac, ze niektorzy maja do sklepu 80 km. Rozwozimy wiec zywnosc, ktorej zdobycie i dla nas niejednokrotnie jest bardzo trudne. Najczesciej odbieramy ja prosto z mlyna. Ludzie nie protestuja, bo wiedza, ze to nie dla nas - my tego nie jemy. Mozna kupic inne produkty, ale jesli nie ma meal-meal, to jest podobnie jakby nam zabrano chleb. Poza tym wszystko inne jest za drogie.
Dzieciom rozdaje sie napoje z witaminami. Sa one w gorszej sytuacji, gdyz najpierw jedza dorosli, a dopiero pozniej dzieci. O. Krystian wymyslil sposob na dozywianie dzieci - sprowadza napoje z witaminami, ktorych dorosli nie pija, wiec nie zabiora dziecku. Napoje rozdaje sie w szkolach. Moze obraz, jaki sie wylania z tego opisu, nie jest zbyt pochlebny dla doroslych mieszkancow Zimbabwe, ale taka jest tu tradycja i kultura, uformowana przez wieki. Zeby nie pozostawic zlego wrazenia, chce podkreslic, ze generalnie ludzie w Zimbabwe sa bardzo przyjacielsko nastawieni do obcych i siebie nawzajem. Choc zawsze tak twierdzilem, tu w Plumtree doswiadczam tej zyczliwosci jeszcze bardziej niz w Bulawayo czy Harare.
Niedziela Palmowa Procesja przez pół Plumtree. Krystian z palmą prowadził całkiem spory tłumek. Potem spytałem Go dlaczego nie jechał na osiołku? - Osioł na ośle? – odpowiedział filozoficznie. Wielki Wtorek czyli Wielki Czwartek Z przyczyn duszpastersko – praktycznych przerabiamy dziś czwartek (Msza krzyżma w katedrze). Przyjechali prawie wszyscy księża z diecezji (ponad 60 chłopa). Biskup powiedział w kazaniu (nawiązując do ostatnich aresztowań księży), że nawet jak nas wszystkich zamkną to my i tak się nie zamkniemy. Że ksiądz nigdy nie może milczeć w obliczu zła, stracić nadziei ani opuścić swoich ludzi. Po Mszy małe spotkanko w miłej atmosferze i w grillowym dymie. No w końcu dziś wszyscy księżą mają święto. Gadam niekulturalnie z pełną buzią i myślę sobie jednocześnie, że ci starzy misjonarze to nieziemscy apacze. Wielka Środa Rafał przyjechał ze sklepu i powiedział, że kupił pasztetową. No i rzeczywiście! Wygląda to trochę dziwnie ale smakuje nieźle! I jest tanie – ciekawe z czego to jest zrobione? Wielki Czwartek Jestem w Embakwe. Jakieś 40 km od Plumtree. Będę tu przez święta pomagał Rafaelowi (ksiądz miejscowy – sam tu jest a ma parafię i 8 dużych stacji bocznych). Samo miejsce jest bardzo ciekawe: kiedy się tu jedzie najpierw kończy się asfalt. Potem ze 20 minut po piachu, dziurach i kamieniach oraz przez trzy wyschnięte rzeki. Susza. Ja rzeki popłyną to trzeba jechać sporym objazdem. I jak się już to wszystko przejedzie to nagle, w środku buszu, wyrastają jak spod krzaków wielkie ceglane budynki. Dziesiątki większych i mniejszych budynków. I to jest właśnie misja w Embakwe. W tym roku mija 100 lat od jej założenia. Szkoła podstawowa, szkoła średnia na 700 uczniów, szpital – wszystko tu jest. Szkoła ma wysoki poziom, są tu nawet uczniowie z Bulawayo (uczą się chłopaki pilnie, bo i tak nie ma gdzie na wagary pójść...) Przed bardzo dobrze wyposażoną pracownią komputerową pasą się kozy i osły. Dziś w gazecie rządowej pojawił się komentarz do wtorkowego kazania biskupa. Bez komentarza to zostawię bo szkoda klawiatury na te bzdury. Odprawiłem Mszę w stacji bocznej. Kiedy przyszło do mycia nóg... przyszli wszyscy. Jakaś setka ludzi! Trochę mi zeszło... A teraz sobie wyobraźcie jak wyglądał ręcznik, którym wytarłem 200 stóp, z których najwyżej 1/3 ostatnio widziała buty... Wieczorem Msza w kościele w Embabkwe. Wielki kościół. Rafał pożyczył mi sutannę – dzień kapłański i mam wyglądać jak ksiądz. Po Mszy przenieśliśmy Najświętszy Sakrament do ciemnicy. Ludzie śpiewali jakieś niesamowicie smutne afrykańskie pieśni. Potem wszystko zdejmowaliśmy z ołtarzy, zasłanialiśmy krzyże. Smutno. Jak się pomyśli co się tak naprawdę działo 2000 lat temu to szkoda gadać. Gdyby nie to, że właśnie o tym mamy mówić... Wielki Piątek Jedziemy zobaczyć tamę. Zbudowana przez misjonarzy, żeby misja miała wodę. Wielka woda jak na afrykańskie okoliczności. Wokoło pełno zadowolonych krów. A ja już wiem dlaczego z kranu czasem mi leci błotko... W jednej ze stacji bocznych mieliśmy gości: przyjechało ze 20 zwolenników prezydenta, darli się niesamowicie. Ludzie się naprawdę przestraszyli. Jutro wieczorem miało tam być nabożeństwo. Rafael chyba odwoła. Wielka Sobota Rano postanawiamy kupić coca-colę. Trzeba jakoś zaznaczyć świąteczny charakter świat. Już po 40stu minutach znajdujemy sklep, który posiada. Gdyby nam ludzie nie pomogli to byśmy nigdy tego sklepu nie znaleźli. Drogi prawie nie było. Ludzi też. Sklep widmo. I ceny jak sprzed wyborów. Cuda. Wieczorne uroczystości – 5 godzin radości. Oczywiście chrzest. A jak ludzie zaśpiewali to buty spadają! I tańczyć się chce. Na szczęście nie trzeba się powstrzymywać. Też się do ogólnej radości przyczyniłem jak zacząłem czytać te wszystkie imiona świętych z I Modlitwy Eucharystycznej (jest taki fragment na płycie Arki Noego). Po polsku to brzmi śmiesznie trochę ale jak zacząłem to wymawiać po sindebelsku... Kilkoro dzieci prawie rozerwało z duszonego śmiechu. Gdyby nie powaga chwili to pewnie mnie pierwszego rozrzuciłoby w kawałeczkach po kościele. Ale co tam!!! Jezus udowodnił, że jesteśmy nieśmiertelni! Niedziela Wielkanocna Wielkanocny poranek. Wszystko znowu normalne i przepiękne. I możliwe. W kazaniu nie zabrakło niebieskich Harleyów Davidsonów. A wieczorem wybieramy się na spotkanie okolicznego duchowieństwa. Skoro nie można się wybrać do Babci...
Lany Poniedziałek Tu jest zupełnie nie lany. Nawet kran dziś rano nie uraczył mnie wodą. Ani nawet błotkiem. Po drodze do stacji bocznej zabieramy z misyjnego szpitala mamuśkę z synkiem. Się urodził wczoraj. Ostatnia stacja „świąteczna”. Msza po afrykańsku – czyli zaczynamy 2 godziny po czasie. A po Mszy katastrofa: wszyscy chcą zdjęcia a mi się film skończył. I taki to koniec przedłużonego Wielkiego Tygodnia. Wieczorem powrót do Plumtree. Jutro Botswana i coroczne spotkanie polskich werbistów z naszej prowincji. Ale to już zupełnie inna historia...
mj
|