| PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW | ||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
150 km od Harare jest miasteczko Mutoko (bardzo nie wyjątkowej urody). A 10 km
piachów od Mutoko jest sierociniec. Po drodze przechodzi się przez wioskę
trędowatych. Miejsce to jest prowadzone przez międzynarodową wspólnotę
katolicką Mother of Peace (i tak się to miejsce właściwie nazywa) ale białej
twarzy nie uświadczysz w promieniu wielu km.
Byłem tu kiedyś przez kilka godzin i tak mi to w głowie zostało, że teraz
kiedy nadarzyła się okazja po prostu przyjechałem i zapytałem czy mógłbym z
Nimi pomieszkać kilka tygodni. Chyba się nawet ucieszyli – mają księdza.
Rano odprawiam pierwszą Mszę. A w Ewangelii: kto się nie stanie jak dziecko
niech zapomni o Królestwie Niebieskim. I: kto przyjmie jedno z tych dzieci
Mnie przyjmuje. Się uśmiecham i przyglądam 50ciu dzieciakom, które siedzą na
podłodze przed ołtarzem. Ich nikt nie chciał. Ale teraz mają dom. Zachowuję się trochę dziko. Bo właściwie to nie wiem jak się zachować i co robić. Dzieci przychodzą i patrzą na bladą twarz. W sierocińcu jest 150 dzieci. Niestety (wiele z Nich ma AIDS) dzieciaki, które nie chodzą jeszcze do szkoły nie znają angielskiego ani trochę. Te które znają są obecnie w szkole.
Po kilku minutach siedzimy razem w piachu i układamy COŚ z kamieni i patyków.
Nie wiem co to jest, bo nie rozumiem....Po kolejnych kilku minutach wiem gdzie
jest huśtawka i zjeżdżalnia. A po jeszcze kilku kolejnych umiem pierwsze słowa
w Shona: „zdejmij” (mnie z huśtawki) i „posadź” (mnie na huśtawkę).
W środę odprawiam Mszę w wiosce trędowatych. Jedziemy z wszystkimi maluchami
ciężarówką (jakieś 4 kilometry). Jest to ośrodek prowadzony przez diecezję
Harare. A miejsce to założył John Bradburne (zginął - zamordowany - w opinii
świętości w czasie wojny o niepodległość). Prawie codziennie zjawiają się
pielgrzymi i modlą się na pięknej górze na której codziennie modlił się John.
Trędowaci bardzo mocno współpracują z sierocińcem. Mieszka tu około 50 chorych.
Każdy ma mały pusty pokoik i to wszystko. Nic do roboty. 24 godziny nic.
Następnego dnia to samo. I następnego. Nawet nie bardzo jest jak iść na
spacer: wielu z nich ma bardzo zniekształcone stopy. Lub nie ma ich wcale.
Trąd i uśmiech na twarzy. Niesamowite.
Poszedłem do piaskownicy porobić zdjęcia. Towarzystwo jeszcze ledwie chodzi
ale w piasku czują się jak ryby w wodzie. Pod piaskiem też. Oraz z piaskiem w
buzi. Oczywiście nie może być zdjęcia jeśli się wszyscy nie zlecą. Ogólnie
nici ze zdjęć bo ulubioną pozycją fotografowanych jest usiąście na obiektywie
z jednoczesnym wetknięciem palca w odsłonięte oko fotografującego.
O 15-stej cała ta zapiaskowana ekipa rusza biegiem do... kaplicy. Odmówić
Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Może nie do końca wiedzą co się dzieje (ale
modlą się z przejęciem i zacięciem), lecz jest w tym jakiś wielki sens: to
miejsce powstało na skutek objawień Matki Bożej pewnej kobiecie w RPA. Maryja
nawet wskazała miejsce gdzie ma powstać sierociniec (się miejscowe władze
zdziwiły bo akurat ten kawał ziemi do nikogo nie należał!). Wierzyć nie
wierzyć, ale 150 dzieciaków ma dom. Kiedy zabrakło w Ich życiu zwykłej
ludzkiej miłości zostało Im Boże Miłosierdzie. Anioły na ziemię zstępują
ruchomymi schodami!
Przyszła dziewczynka (na zdjęciu powyżej druga od lewej, pomiędzy Hildą i
Couragie'm). Wzięła mnie za rękę i sobie tak łaziliśmy wszędzie Zagadać się za
bardzo nie dało: bariera językowa. Ale próbowałem. Potem się dowiedziałem, że
Gina jest głuchoniema. W ten sposób zniknęła miedzy nami bariera językowa. A
teraz, kiedy to piszę, Gina buszuje w drugim pokoju. Mam nadzieję, że znalazła
obiad i podjada jak zawsze: za nic nie mogę pogryźć tej krowy. Gina sobie
już nie raz poradziła.
Właściwie co ja tu robię? Dla dzieciaków za jestem męską przedszkolanką:
podnoszę upadłych, pocieszam płaczących, i wymierzam sprawiedliwość
wpychającym się bez
kolejki na ślizgawkę (nawet to trochę biblijnie brzmi, nie?:).
Dla opiekunów i trędowatych chyba jestem jakimś znakiem. Bez Boga i wiary w
Boga te miejsca by po prostu nie istniały. Są bo jest Kościół. A ten biały
ksiądz to jakby znak, że naprawdę Kościół o Nich nie zapomniał. Spokojnie by
sobie przecież beze mnie poradzili. Ale się cieszą, że jestem. Zawsze można
przyjść i pogadać. Albo pograć w karty.
Do tego wczoraj przyszli ludzie zapytać czy Im odprawię Mszę w niedzielę bo
już dawno nie było księdza w pobliżu i długo nie mieli Mszy. Oczywiście
problem języka. Ale od czego są tłumacze? Jak ja to lubię... W czasie Mszy dla
trędowatych tez jestem tłumaczony: ja powiem jedno zdanie, tłumacz gada 5 min.
Fajny człowiek więc pewnie nie gada głupot.
Przybyło kilkoro dzieci (podobne do tego miejsca mają limity przyjmowanych
dzieci. I są pełne. Tu jest miejsce dla każdego). Jednego malucha pracownicy
oczyszczalni ścieków znaleźli w szambie. Mówię, że to straszne a kobieta mówi,
że to cud (jak na wszystko można różnie patrzeć), że przeżył. 2 tygodnie Mu
robactwo pod skórą łaziło. Ale już jest dobrze.
Wody nie było 2 dni. Ale śmierdziałem! A jak już była to taka czerwona, że się
bałem, że hydraulika zabili. A tak poważnie to są problemy z rachunkami. Ceny
strasznie idą w górę. A 160 dzieci jednak trochę tej wody zużywa. Wiara góry
przenosi. Wokoło pełno naprawdę wierzących ludzi. Będzie dobrze.
Dziś ładnie wieje. Wyciąłem 3 krzaki (ale mnie małpy w lesie przestraszyły!) i
wreszcie znalazłem odpowiednie gałęzie. Siedzę przed domkiem i obdzieram je z
kory. Przychodzą chłopaki. „Ojciec, co robisz?” Odpowiadam zgodnie z prawdą: „Latawiec.”
Oglądnęli mojego pogromcę przestworzy: „Eee, będzie za ciężki.” Dotknęło mnie
to: „Za ciężki?! Haha! Zobaczycie!” Po 15 minutach chłopaki mieli gotowe 2
latawce. Biegają po polu i się cieszą. Latają wysoko. A mój latawiec leży w
kącie. Nie poleciał. Za ciężki, czy co?
No to mamy 12 nowych chrześcijan. Jam to uczynił! Czyli: pierwszy raz w Afryce
chrzciłem! Się poczułem jak jakiś misjonarz z książki! Maluchów z naszego
sierocińca przerobiłem na rodzeństwo Pana Jezusa i nawet się obeszło bez
płaczu. Bez wielkiego płaczu...
Oto kilka zdań o czymś co przeżyłem. Bardzo przeżyłem. Czasami bardzo się
dziwiłem, czasami wkurzałem, czasami zachwycałem. Bardzo krótko jestem w
Afryce, może dlatego czasami bardziej niż języka nie rozumiałem pewnych
zachowań. Ale ponieważ jestem tak krótko przyjmowałem to jako lekcję.
Zimbabwiańską lekcję udzielaną przez Zimbabwiańczyków Europejczykowi.
Jak wyjeżdżałem nikt nie płakał.
Ale coś czuję, że jak tam znowu przyjadę to się będą maluchy cieszyć.
mj
Rafał Sojka, Plumtree
Słownik
bojówki młodzieżowe - coś
podobnego do “Hitlerjugend” albo do naszego ZMS z czasów stalinowskich;
młodzieżówka partyjna grupująca najgłubszą i najbardziej agresywną młodzież;
specjalnością tych bohaterów jest bicie kogo popadnie a czasem i zabijanie,
podpalanie domów i spędzanie kogo się da na spotkania przedwyborcze.
weterani wojenni - ludzie,
twierdzący, że walczyli w późnych latach 70-tych o niepodległość Zimbabwe;
obecnie najbardziej lojalni wobec urzędującego prezydenta; specjalizują się w
bezprawnym zajmowaniu farm, okradaniu supermarketów i głoszeniu rasizmu;
generalnie są to ludzie o bardzo niskiej inteligencji; przywódca weteranów
zmienił sobie imię na Hitler, nie doczekał jednak wyborów, zmarł w zeszłym
roku na AIDS.
MDC
- partia opozycyjna powstała dwa lata temu, na której czele stoi Morgan
Tsvangirai, konkurent Mugabego na stanowisko prezydenta
ZANU-PF
- partia rządząca; z ruchu wyzwoleńczego stała się zwykłą mafią, rządzoną
przez prezydenta Mugabe i klikę ludzi, którzy na dobra sprawę wszyscy powinni
znaleźć się w wiezieniu za morderstwa polityczne, kradzieże, korupcję i cala
listę innych przestępstw.
Środa.
Jadę rano do trzech stacji bocznych: Mpini, Nyele i Tokwana. W Mpini jest
sporo ludzi. W Nyele za to nie ma nikogo. W zagrodzie, gdzie gromadzi się
wspólnota katolicka nastoletni chłopak mówi, że ludzie są w polu. Trochę to
dziwne, bo jest susza i za bardzo nie mieliby co w polu robić. W drodze
okazuje się, że cala wioska została spędzona w jedno miejsce, w centrum wioski,
przy barze, na spotkanie przedwyborcze rządzącej partii. Wokół stoją
bojówkarze młodzieżówki “ZANU-PF”, a prelekcje, a raczej “pranie mózgów”
urządza weteran wojenny. Sytuacja powtarza się także w Mpini, kiedy wracam z
objazdu, tyle że po południu; cala wioska zagoniona na spotkanie przedwyborcze
ZANU-PF
Piątek.
Dzisiaj głosują policjanci i żołnierze. Oczywiście jest to niezgodne z prawem,
ale jest to według prawa stworzonego przez Mugabe, który te glosy chce mieć
wszystkie. Dlatego tez każdy żołnierz i policjant wypełnia swoją kartkę
wyborczą pod bacznym okiem swojego zwierzchnika, który oczywiście należy do
ZANU-PF. Gdyby ktoś nie chciał się na takie wybory zgodzić, to w
najłagodniejszym przypadku straciłby pracę.
Prawo wyborcze, które urzędujący prezydent zakończył pisać na dwa dni przed
wyborami jest absolutnie bezprawne, według jakichkolwiek międzynarodowych
standardów. Np. za krytykowanie prezydenta można dostać dziesięć lat wiezienia;
nie wolno nosić ze sobą laski do podpierania, bo prezydent zadekretował, ze to
jest “broń” i wiele podobnych nonsensów. Problem w tym, że rządząca partia w
RPA, czyli ANC ciągle, nie wiedzieć czemu, darzy “towarzysza Roberta” sympatią.
Sobota.
Miasto jest bardzo spokojne. Podziwiam ludzi, którzy już od czwartej rano
ustawiają się w kolejce do punktów wyborczych. Tam gdzie Mugabe spodziewał się
dużego poparcia dla opozycji, rząd zmniejszył liczbę lokali wyborczych. Ludzie
jednak
potrafią
czekać w kolejkach; ostatnio stoją całymi dniami w kolejkach do sklepów, bo
brakuje kukurydzy, a to jest podstawa w tutejszym jadłospisie, zresztą
ostatnio bardzo ubogim. Kupuje przy drodze dwie gazety. Wczorajszą “Daily News”; jedyna opozycyjna gazeta; oraz “Chronicle”, gazeta rządowa. Ta druga w sianiu nienawiści, także wobec Kościoła katolickiego, być może przebiłaby nawet polskie “NIE”, nie mówiąc już o “Trybunie”. Kampania wyborcza w gazecie opozycyjnej jest zdecydowanie pozytywna i kulturalna, chociaż z inteligentnym “zębem”.
W gazecie rządowej kampania przypomina pełzanie w rynsztoku. Celuje w tym zresztą sam prezydent, nic wiec dziwnego, że poddani go naśladują. Można tam znaleźć takie hasla: “Pochowajmy w grobie Tshwangirai (to kontrkandydat) i jego Ruch Zdechłych Kryminalistów” (to taka wulgarna parafraza nazwy opozycyjnej partii). Prezydent Mugabe w czwartek na swoim spotkaniu przedwyborczym powiedział: “Po swoim zwycięstwie rozprawie się z opozycja. Nie będziemy mówić: ‘odpoczywajcie w pokoju’ ale powiemy: ‘odpoczywajcie w piekle’”. I znowu, rządowa gazeta pisze: “Sprzedawczyków z MDC należy spłukać w ubikacji premiera brytyjskiego Blair’a” Tak się Mugabe ze swoimi poplecznikami prześcigają w wulgarności i złośliwości. I pomyśleć, że ten “człowiek” ma już prawie osiemdziesiąt lat no i został ochrzczony w Kościele katolickim. A propos Kościoła, to w tej samej gazecie nasz Arcybiskup jest malowany na wyborczych plakatach jako osioł na którym jeżdżą brytyjscy imperialiści. Mugabe go osobiście nienawidzi, bo Arcybiskup wypomniał mu morderstwa popełnione przez reżim Mugabego w Matabelelandzie; czyli w prowincji Zimbabwe, gdzie leży Bulawayo.
Tak w ogóle to Mugabe wydaje się być opętany nienawiścią do Wielkiej Brytanii.
Jego przemówienia nie dotyczą niczego innego tylko brytyjskiego premiera i
innych osobistości. Przez cala kampanię właściwie nie powiedział niczego o
ekonomii czy polityce czy o czymkolwiek innym. Jego przemówienia,
kilkugodzinne, prawie jak przemówienia Fidela Castro, to pełne inwektyw
pokrzykiwania.
Niedziela.
Drugi dzień wyborów. Dalej bardzo spokojnie, dzięki Bogu. Może będzie lepiej...
Robert Mugabe rządzi swym krajem od 22 lat. Czy po dzisiejszych wyborach w
końcu odda władzę? - zastanawia się w korespondencji ze stolicy Zimbabwe
Wojciech Jagielski
Reforma rolna była marzeniem i przekleństwem Mugabe. Ilekroć się do niej zabierał, zawsze kończyło się to nieszczęściem. Jego dworzanie rozkradli przejęte przez państwo i przeznaczone dla bezrolnej biedoty farmy, a także podarowane przez Zachód pieniądze na ich wykup. Kiedy zachodni bankierzy odmówili dalszych pożyczek, Mugabe postanowił skonfiskować farmy białych, którzy w dodatku coraz bardziej angażowali się w politykę i popierali opozycję. Na pomoc wezwał dawnych towarzyszy broni, weteranów wojny, którzy najeżdżali i okupowali farmy. Przemoc i terror ściągnęły na Mugabe potępienie całego świata. "Modlę się do Boga, by pozwolił mi dożyć dnia, w którym afrykańska ziemia wróci w ręce Afrykanów. Nasza ziemia należy do nas i do nikogo innego" - powiedział kiedyś. Sposobił się do roli niekoronowanego króla Afryki. I zostałby nim z pewnością. Był już nestorem wśród afrykańskich prezydentów - żaden z nich nie miał większych ich on zasług w walce o wolność Afryki. Wyśnionego tytułu pozbawił go ten, o którego wolność walczył najbardziej, kolega z lat studenckich Nelson Mandela. Mugabe poświęcił gospodarkę Zimbabwe, wspierając południowoafrykański ruch wyzwoleńczy i narażając się na sankcje i zbrojne rajdy komandosów apartheidowskiej RPA. Zwycięstwo, którego był jednym z ojców, okazało się dla niego pyrrusowe. Uwolniony z więzienia Mandela natychmiast został okrzyknięty wodzem Afryki, a co więcej - jej sumieniem. Początkowo Mugabe, o którym świat nagle zapomniał, starał się zdusić w sobie złość, zazdrość i rozczarowanie. Liczył, że Mandela odwdzięczy mu się przynajmniej pomocą gospodarczą, pożyczkami. Jednak wolna Afryka Południowa nie tylko nie chciała się dzielić swoimi bogactwami z sąsiadami, ale w ogóle nie uznała się za ich dłużniczkę. Tańsze i lepsze towary z RPA wypierały z rynku zimbabweńskie. Wszystko, co robił Mandela, irytowało Mugabe. Mandela złożył prezydenturę zaledwie po jednej kadencji, podczas gdy Mugabe był głuchy na prośby, by w końcu ustąpił. Mandela piętnował korupcję i pychę afrykańskich prezydentów: "Coście zrobili z Afryką? Przynosicie jej wstyd!". Aż któregoś razu powiedział dziennikarzom: "Znam przynajmniej jednego afrykańskiego przywódcę, który uległ korupcji i został milionerem. Dobrze wiecie, kogo mam na myśli. Mówię o przywódcy, który niegdyś przyniósł swojemu ludowi wolność, ale potem, zepsuty do szpiku władzą, stał się taki sam jak jego dawni prześladowcy". Naciskany, wybuchnął: "To, co się dzieje w Zimbabwe, to skandal. Społeczeństwa muszą same obalać tyranów. A jeśli nie da się po dobroci, to może potrzebne będą karabiny?".
Zgłaszając się do walki o prezydenturę, wygłosił kolejne przemówienie w swoim
archaicznym stylu: "Idziemy na nową wojnę, rewolucyjną wojnę. Odtąd jesteśmy
jedną armią, a wy żołnierzami gotowymi wykonać każdy rozkaz swoich dowódców.
Wznieśliśmy wojenne sztandary!".
Rafał Sojka, Plumtree Środa jest dniem, w którym odwiedzamy stacje dojazdowe. Około godz. 9.00 wyruszyłem na długą trasę razem z naszym katechetą Rafałem Zulu i z jednym seminarzystą z Filipin, Arielem, który w Zimbabwe jest na praktyce OTP. Naszym celem były trzy wioski: Tjompane, Village 10 oraz Mboma. Dla wyjaśnienia trzeba dodać, że niektóre wsie nie mają nazw, tylko numery. Wzięło się to stąd, że przesiedlono ludzi na tereny dawnych farm i zaczęto używać numerów, bo nazw, po prostu, nie było. W każdej z tych wiosek, planowaliśmy coś innego; w Tjompane miało być uroczyste nabożeństwo błagalne o deszcz z błogosławieństwem ziarna. Co do dziesiątki, to mieliśmy zdecydować na miejscu, a w Mbomie była zaplanowana Msza św. u jednej bardzo chorej kobiety. Zabraliśmy na naszego pick-up’a ISUZU prawie pół tony ziarna kukurydzy, którą sprzedajemy ludziom w stacjach bocznych, po cenie o 40% niższej niż w sklepie; resztę finansuje Kościół. Pogoda, no cóż, krótko mówiąc, bardzo letnia, czyli upał jak w piecu i na niebie żadnej chmurki. Pomyślałem sobie, że to rzeczywiście doskonała pora, aby modlić się o deszcz. Dojechaliśmy do Tjompane, gdzie ludzie zgromadzili się przy ruinach domu na skale. To jest rzeczywiście jedyny dom w swoim rodzaju. Pewien farmer, jeszcze w czasach gdy Zimbabwe było Rodezją wybudował ładny dom na skalnym wzgórzu, gdzie jeszcze wcześniej było miejsce kultu ludzi Kalanga, do dziś zresztą zamieszkujących ten obszar. Właściciel zginął podczas wojny o niepodległość Zimbabwe i nikt w domu na skale nie zamieszkał. Obecnie wspólnota katolicka w Tjompane stara się o ten dom, aby móc go wyremontować i legalnie używać. Nabożeństwo odbyło się u podnóża skał. Zagrały bębny i do bezchmurnego nieba wzniosło się żarliwe błaganie o deszcz. Dwóch starszych mężczyzn wygłosiło płomienne kazania, których konkluzja była wspólna; Bóg zawsze wysłuchuje próśb swoich dzieci, kiedy one nie ustają w błaganiach. Jakby na potwierdzenie tego nad nasze głowy napłynęły chmury. Powiedziałem do Zulu: "Ale byłoby fajnie, gdyby dzisiaj spadł deszcz." Na zakończenie pobłogosławiłem ziarno siewne i wodę; potem jeszcze jedzenie w dużych, trójnożnych garnkach przy ognisku. Kiedy już skończyłem to błogosławienie, jedna z kobiet przyniosła do ogniska kalabasz z piwem z prosa. Też je pobłogosławiłem, bo jak tu się cieszyć bez piwa. A tak na marginesie, to takie piwo z prosa ma mniej alkoholu niż w Polsce piwo bezalkoholowe. Po obiedzie, na którym zaserwowano naszej trójce połowę dużego kurczaka w smacznym sosie, udaliśmy się do wioski nr 10, tylko po to, aby się dowiedzieć, że wszyscy poszli do szkoły na jakieś nadzwyczajne spotkanie. W ostatniej stacji tłum ludzi wypełnił dom chorej kobiety. Byłem tam pierwszy raz, ale trafiłem bezbłędnie, chociaż drogę pokazywał mi niewidomy mężczyzna. Do teraz nie mogę się nadziwić, jak on może pamiętać każdy szczegół krętej drogi w buszu.
Kiedy po Mszy św. wyszliśmy z chaty, na dworze było ciemno jak w nocy.
Przyszła tak potworna burza, że droga stała się w jednej chwili rwącym
potokiem. Najgorsze było to, że mieliśmy do przekroczenia dwie rzeki, w
których na co dzień jest tylko
piasek. Ale nie po takim deszczu! Kiedy Zulu wyraził obawy, czy aby
przejedziemy, Ariel powiedział: "No cóż, nie możemy narzekać, przecież
modliliśmy się o deszcz." Kiedy w drodze powrotnej przejeżdżaliśmy przez
Tjompane, spotkaliśmy jednego z liderów, który z deszczowej radości aż sobie
zatańczył. Choć ma koło siedemdziesiątki, tańczył tak żwawo, że aż chcieliśmy
się dołączyć. Tak to Pan Bóg nie tylko nas obdarował, ale i dołożył trochę
więcej.
Krystian Traczyk, Plumtree
Dziś przypada II Niedziela Wielkanocna. W naszym kościele rozpoczęła się właśnie Msza św. Ewangeliczne opowiadanie o Zmartwychwstałym Jezusie przychodzącym do uczniów, na pewno pomoże naszym parafianom doświadczyć obecności Chrystusa wśród nich. Czy takie będzie też moje doświadczenie dzisiejszej niedzieli.
Poranki stały się bardzo zimne, dlatego ludzie we wioskach nie gromadzą się zbyt wcześnie na modlitwy. Postanowiłem się udać do wiosek dla przesiedlonych. Niedzielne wizyty nie są zapowiadane; w odróżnieniu do środowych; ludzie i tak maja się gromadzić w każdą niedzielę na nabożeństwo, my się po prostu dołączamy. Zabieram ze sobą kobietę, która właśnie wróciła z miesięcznego kursu dla "współpracowników pastoralnych". W drodze modlimy się na różańcu a potem dyskutujemy o sytuacji w kraju. Zimababwe znajduje się w bardzo trudnej sytuacji; ludzie boją się przyszłości. Skorumpowani politycy myślą tylko o własnej kieszeni. Organizacje pomagające lokalnym społecznościom opuściły kraj. Bieda stała się nieproszonym gościem prawie wszystkich rodzin.
Przyjeżdżamy do pierwszej wioski. Dowiadujemy się, że zwołano zebranie wszystkich mieszkańców. Katolicy przyjdą po południu i wtedy odprawimy Msze św.
Jedziemy następne 20 km i docieramy do małej wspólnoty. Wioska sprawia wrażenie opuszczonej. Większość mieszkańców poszła do swoich krów i na pola. Ptaki i dzikie zwierzęta niszczą dojrzałą kukurydzę i proso. Dla ludzi nie ma chwili odpoczynku. Po kilku minutach podchodzi do nas jeden z katolików. Prowadzi nas do domu umierającej kobiety.
Zwykła, powtarzająca się historia. Mąż zmarł dwa lata temu, po nim dwójka dzieci. Dwóch braci męża także odeszło do wieczności w tym czasie. Dzisiejszego ranka teściowa umierającej udała się do czarownika, aby dowiedział się kto rzucił taka straszna klątwę na jej rodzinę i jak uratować ostatnie dziecko, małego chłopczyka, który jedyny pozostał przy życiu. Nie poszła tam z pustymi rękami. Ludzie płacą czarownikom za często bardzo wątpliwą pomoc, kiedy jednak idą do szpitala, albo przychodni, oczekują bezpłatnej pomocy. Tak zresztą działo się dość długo w Zimbabwe, ale od kilku lat za wszystko trzeba płacić. Szpital w naszym mieście posiada bardzo ograniczony zapas leków i wiele pustych łóżek; jedynym zatłoczonym oddziałem jest szpitalna kostnica.
Kobiecie nic już właściwie nie może pomóc; znajduje się w ostatnim stadium zakażenia. Ponadto jest sparaliżowana i utraciła mowę. Siadamy wkoło jej łóżka; śpiewamy kilka pieśni i słuchamy słów Ewangelii św. Jana o Jezusie przychodzącym do swoich uczniów. Oni poznają Go po Jego ranach. Na ścianach widać zdjęcia młodych, przystojnych ludzi. Zdjęcia te zostały zrobione w "Goli"; czyli w Johanesburgu. "EGoli" oznacza "w Ziemi Obiecanej". Ta "Ziemia Obiecana" to RPA i Botswana, bo tam jest praca i wygodne życie. Tak to wygląda w marzeniach; rzeczywistość jest inna, brutalna.
Plumtree jest miastem granicznym; często widzimy policyjne ciężarówki przekraczające granice, przywożące do domu nielegalnych imigrantów, tysiące każdego roku. W sąsiednich krajach są obcymi; nie mającymi praw. Grzebiemy ludzi zabitych przez krokodyle w rzece Limpopo, ludzi zabitych w wypadkach ciężarówek, w których chowali się przed policją, ludzi zabitych w slumsach wielkich miast "Ziemi Obiecanej". A nad tym wszystkim, jak kosa w ręku Śmierci, przeraża AIDS, zabierający największe żniwo.
Patrzyłem na te piękne zdjęcia, a potem skierowałem wzrok na umierająca kobietę. W mojej modlitwie pamiętałem o ranach Jezusa. Wzruszyła mnie miłość i troska sąsiadów. Umierająca utraciła już wszelką kontrolę nad swoim ciałem, nic już dla siebie nie mogła zrobić; oni robili co mogli, aby we wszystkim jej dogodzić. Pamiętam chorą jako szczupłą kobietę, dziś była jak małe dziecko. Jedyne, co pozostało z jej urody, to duże, szeroko otwarte oczy i piękne, białe zęby. Położyłem jej ręce na głowie i razem z innymi modliłem się w ciszy. Potem, kiedy już wychodziliśmy, nie chciała przez dłuższą chwilę wypuścić mojej dłoni. Patrzyła na mnie z tym całym nieskończonym cierpieniem. Patrzyła tak, jak setki innych, podobnie umierających, których tak samo żegnałem przez ostatnie dwadzieścia lat. Co mogę dla nich zrobić? Powiedzieć coś radosnego, pomodlić się. Czy to ma jakieś znaczenie?
Z ciężkim sercem pojechaliśmy do następnych wiosek. Pod drzewem, pod którym spodziewaliśmy się zastać kilku katechumenów, nie było nikogo. Kolejna wioska była już ostatnia na naszej drodze. Wspólnota tutejsza to nasza wielka radość. Po ludzku sądząc, nie ma wielkich szans na rozwój Kościoła w tej wiosce, ale widać, jak bardzo działa tutaj Duch Święty. Znaleźliśmy ich; dziesięciu dorosłych i grupę dzieci w starej przychodni, którą wyremontowali na użytek całej społeczności wioskowej, i którą też teraz mogą używać jako kościół. Kiedy przybyliśmy nabożeństwo dobiegało końca; robiono właśnie ogłoszenia. Poproszono mnie o modlitwę nad chorymi. Potem zaśpiewaliśmy kilka pieśni i uzgadnialiśmy sprawy związane ze spotkaniem w Plumtree pod koniec maja. Po wszystkim rozmowa zeszła na sprawy codziennego życia. Ciężko byłoby powiązać koniec z końcem bez pomocy krewnych pracujących w Botswanie czy RPA. Problemem nie jest nieurodzajna gleba czy susza, ale bieda; brak środków do pracy na roli. Ponadto, ci najbardziej zdolni i wykształceni pracują w "Goli", w "Ziemi Obiecanej".
Tegoroczny sezon deszczowy był trochę skomplikowany. Ci jednak, którzy przyłożyli się do pracy, którzy mieli co zasiać na swoich polach, zebrali wystarczająco żywności. Jest jednak bardzo wielu, których już teraz straszy głód. Jak im pomoc? Nie mogą dostawać za darmo żywności, bo wtedy przestaną pracować. Jak zmotywować ich do pracy? Jak pomoc im przezwyciężyć uczucie rezygnacji?
We wtorek uczyłem w seminarium w Bulawayo. Rozważałem ze studentami tekst z
Ewangelii jak Tomasz chciał zobaczyć rany Zmartwychwstałego Jezusa. Myślami
zawędrowałem z powrotem do odwiedzanych w niedziele wiosek. Znowu widziałem
Jego rany. A potem usłyszałem słowa Jezusa skierowane do Piotra, i do mnie:
"Czy miłujesz Mnie...? Paś owce Moje..."
|