PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ten bialy to autor

Sorry, którędy

do Mother of Peace?

 

 

150 km od Harare jest miasteczko Mutoko (bardzo nie wyjątkowej urody). A 10 km piachów od Mutoko jest sierociniec. Po drodze przechodzi się przez wioskę trędowatych. Miejsce to jest prowadzone przez międzynarodową wspólnotę katolicką Mother of Peace (i tak się to miejsce właściwie nazywa) ale białej twarzy nie uświadczysz w promieniu wielu km.

Byłem tu kiedyś przez kilka godzin i tak mi to w głowie zostało, że teraz kiedy nadarzyła się okazja po prostu przyjechałem i zapytałem czy mógłbym z Nimi pomieszkać kilka tygodni. Chyba się nawet ucieszyli – mają księdza.

Rano odprawiam pierwszą Mszę. A w Ewangelii: kto się nie stanie jak dziecko niech zapomni o Królestwie Niebieskim. I: kto przyjmie jedno z tych dzieci Mnie przyjmuje. Się uśmiecham i przyglądam 50ciu dzieciakom, które siedzą na podłodze przed ołtarzem. Ich nikt nie chciał. Ale teraz mają dom.

Zachowuję się trochę dziko. Bo właściwie to nie wiem jak się zachować i co robić. Dzieci przychodzą i patrzą na bladą twarz.  W sierocińcu jest 150 dzieci. Niestety (wiele z Nich ma AIDS) dzieciaki, które nie chodzą jeszcze do szkoły nie znają angielskiego ani trochę. Te które znają są obecnie w szkole.

Po kilku minutach siedzimy razem w piachu i układamy COŚ z kamieni i patyków. Nie wiem co to jest, bo nie rozumiem....Po kolejnych kilku minutach wiem gdzie jest huśtawka i zjeżdżalnia. A po jeszcze kilku kolejnych umiem pierwsze słowa w Shona: „zdejmij” (mnie z huśtawki) i „posadź” (mnie na huśtawkę). 

W środę odprawiam Mszę w wiosce trędowatych. Jedziemy z wszystkimi maluchami ciężarówką (jakieś 4 kilometry). Jest to ośrodek prowadzony przez diecezję Harare. A miejsce to założył John Bradburne (zginął - zamordowany - w opinii świętości w czasie wojny o niepodległość). Prawie codziennie zjawiają się pielgrzymi i modlą się na pięknej górze na której codziennie modlił się John.

Trędowaci bardzo mocno współpracują z sierocińcem. Mieszka tu około 50 chorych. Każdy ma mały pusty pokoik i to wszystko. Nic do roboty. 24 godziny nic. Następnego dnia to samo. I następnego. Nawet nie bardzo jest jak iść na spacer: wielu z nich ma bardzo zniekształcone stopy. Lub nie ma ich wcale. Trąd i uśmiech na twarzy. Niesamowite.

Poszedłem do piaskownicy porobić zdjęcia. Towarzystwo jeszcze ledwie chodzi ale w piasku czują się jak ryby w wodzie. Pod piaskiem też. Oraz z piaskiem w buzi. Oczywiście nie może być zdjęcia jeśli się wszyscy nie zlecą. Ogólnie nici ze zdjęć bo ulubioną pozycją fotografowanych jest usiąście na obiektywie z jednoczesnym wetknięciem palca w odsłonięte oko fotografującego.

O 15-stej cała ta zapiaskowana ekipa rusza biegiem do... kaplicy. Odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Może nie do końca wiedzą co się dzieje (ale modlą się z przejęciem i zacięciem), lecz jest w tym jakiś wielki sens: to miejsce powstało na skutek objawień Matki Bożej pewnej kobiecie w RPA. Maryja nawet wskazała miejsce gdzie ma powstać sierociniec (się miejscowe władze zdziwiły bo akurat ten kawał ziemi do nikogo nie należał!). Wierzyć nie wierzyć, ale 150 dzieciaków ma dom. Kiedy zabrakło w Ich życiu zwykłej ludzkiej miłości zostało Im Boże Miłosierdzie. Anioły na ziemię zstępują ruchomymi schodami!

Hilda

Gina

Couragie

Przyszła dziewczynka (na zdjęciu powyżej druga od lewej, pomiędzy Hildą i Couragie'm). Wzięła mnie za rękę i sobie tak łaziliśmy wszędzie Zagadać się za bardzo nie dało: bariera językowa. Ale próbowałem. Potem się dowiedziałem, że Gina jest głuchoniema. W ten sposób zniknęła miedzy nami bariera językowa. A teraz, kiedy to piszę, Gina buszuje w drugim pokoju. Mam nadzieję, że znalazła obiad i podjada jak zawsze: za nic nie mogę pogryźć tej krowy. Gina sobie  już nie raz poradziła.

Właściwie co ja tu robię? Dla dzieciaków za jestem męską przedszkolanką: podnoszę upadłych, pocieszam płaczących, i wymierzam sprawiedliwość wpychającym się bez  kolejki na ślizgawkę (nawet to trochę biblijnie brzmi, nie?:).

Dla opiekunów i trędowatych chyba jestem jakimś znakiem. Bez Boga i wiary w Boga te miejsca by po prostu nie istniały. Są bo jest Kościół. A ten biały ksiądz to jakby znak, że naprawdę Kościół o Nich nie zapomniał. Spokojnie by sobie przecież beze mnie poradzili. Ale się cieszą, że jestem. Zawsze można przyjść i pogadać. Albo pograć w karty.  Do tego wczoraj przyszli ludzie zapytać czy Im odprawię Mszę w niedzielę bo już dawno nie było księdza w pobliżu i długo nie mieli Mszy. Oczywiście problem języka. Ale od czego są tłumacze? Jak ja to lubię... W czasie Mszy dla trędowatych tez jestem tłumaczony: ja powiem jedno zdanie, tłumacz gada 5 min. Fajny człowiek więc pewnie nie gada głupot.

Przybyło kilkoro dzieci (podobne do tego miejsca mają limity przyjmowanych dzieci. I są pełne. Tu jest miejsce dla każdego). Jednego malucha pracownicy oczyszczalni ścieków znaleźli w szambie. Mówię, że to straszne a kobieta mówi, że to cud (jak na wszystko można różnie patrzeć), że przeżył. 2 tygodnie Mu robactwo pod skórą łaziło. Ale już jest dobrze.

Wody nie było 2 dni. Ale śmierdziałem! A jak już była to taka czerwona, że się bałem, że hydraulika zabili. A tak poważnie to są problemy z rachunkami. Ceny strasznie idą w górę. A 160 dzieci jednak trochę tej wody zużywa. Wiara góry przenosi. Wokoło pełno naprawdę wierzących ludzi. Będzie dobrze.

Dziś ładnie wieje. Wyciąłem 3 krzaki (ale mnie małpy w lesie przestraszyły!) i wreszcie znalazłem odpowiednie gałęzie. Siedzę przed domkiem i obdzieram je z kory. Przychodzą chłopaki. „Ojciec, co robisz?” Odpowiadam zgodnie z prawdą: „Latawiec.” Oglądnęli mojego pogromcę przestworzy: „Eee, będzie za ciężki.” Dotknęło mnie to: „Za ciężki?! Haha! Zobaczycie!” Po 15 minutach chłopaki mieli gotowe 2 latawce. Biegają po polu i się cieszą. Latają wysoko. A mój latawiec leży w kącie. Nie poleciał. Za ciężki, czy co?

chrzest

chrzest

chrzest

No to mamy 12 nowych chrześcijan. Jam to uczynił! Czyli: pierwszy raz w Afryce chrzciłem! Się poczułem jak jakiś misjonarz z książki! Maluchów z naszego sierocińca przerobiłem na rodzeństwo Pana Jezusa i nawet się obeszło bez płaczu. Bez wielkiego płaczu...

Oto kilka zdań o czymś co przeżyłem. Bardzo przeżyłem. Czasami bardzo się dziwiłem, czasami wkurzałem, czasami zachwycałem. Bardzo krótko jestem w Afryce, może dlatego czasami bardziej niż języka nie rozumiałem pewnych zachowań. Ale ponieważ jestem tak krótko przyjmowałem to jako lekcję. Zimbabwiańską lekcję udzielaną przez Zimbabwiańczyków Europejczykowi.

Jak wyjeżdżałem nikt nie płakał. Ale coś czuję, że jak tam znowu przyjadę to się będą maluchy cieszyć.

 mj

 

 

 

  Pamiętnik wyborczy.

 

 

Rafał Sojka, Plumtree

 

Słownik

bojówki młodzieżowe - coś podobnego do “Hitlerjugend” albo do naszego ZMS z czasów stalinowskich; młodzieżówka partyjna grupująca najgłubszą i najbardziej agresywną młodzież; specjalnością tych bohaterów jest bicie kogo popadnie a czasem i zabijanie, podpalanie domów i spędzanie kogo się da na spotkania przedwyborcze.

 

weterani wojenni - ludzie, twierdzący, że walczyli w późnych latach 70-tych o niepodległość Zimbabwe; obecnie najbardziej lojalni wobec urzędującego prezydenta; specjalizują się w bezprawnym zajmowaniu farm, okradaniu supermarketów i głoszeniu rasizmu; generalnie są to ludzie o bardzo niskiej inteligencji; przywódca weteranów zmienił sobie imię na Hitler, nie doczekał jednak wyborów, zmarł w zeszłym roku na AIDS.

 

MDC - partia opozycyjna powstała dwa lata temu, na której czele stoi Morgan Tsvangirai, konkurent Mugabego na stanowisko prezydenta

 

ZANU-PF - partia rządząca; z ruchu wyzwoleńczego stała się zwykłą mafią, rządzoną przez prezydenta Mugabe i klikę ludzi, którzy na dobra sprawę wszyscy powinni znaleźć się w wiezieniu za morderstwa polityczne, kradzieże, korupcję i cala listę innych przestępstw.

 

Środa.

Jadę rano do trzech stacji bocznych: Mpini, Nyele i Tokwana. W Mpini jest sporo ludzi. W Nyele za to nie ma nikogo. W zagrodzie, gdzie gromadzi się wspólnota katolicka nastoletni chłopak mówi, że ludzie są w polu. Trochę to dziwne, bo jest susza i za bardzo nie mieliby co w polu robić. W drodze okazuje się, że cala wioska została spędzona w jedno miejsce, w centrum wioski, przy barze, na spotkanie przedwyborcze rządzącej partii. Wokół stoją bojówkarze młodzieżówki “ZANU-PF”, a prelekcje, a raczej “pranie mózgów” urządza weteran wojenny. Sytuacja powtarza się także w Mpini, kiedy wracam z objazdu, tyle że po południu; cala wioska zagoniona na spotkanie przedwyborcze ZANU-PF

 

Piątek.

Dzisiaj głosują policjanci i żołnierze. Oczywiście jest to niezgodne z prawem, ale jest to według prawa stworzonego przez Mugabe, który te glosy chce mieć wszystkie. Dlatego tez każdy żołnierz i policjant wypełnia swoją kartkę wyborczą pod bacznym okiem swojego zwierzchnika, który oczywiście należy do ZANU-PF. Gdyby ktoś nie chciał się na takie wybory zgodzić, to w najłagodniejszym przypadku straciłby pracę.

Prawo wyborcze, które urzędujący prezydent zakończył pisać na dwa dni przed wyborami jest absolutnie bezprawne, według jakichkolwiek międzynarodowych standardów. Np. za krytykowanie prezydenta można dostać dziesięć lat wiezienia; nie wolno nosić ze sobą laski do podpierania, bo prezydent zadekretował, ze to jest “broń” i wiele podobnych nonsensów. Problem w tym, że rządząca partia w RPA, czyli ANC ciągle, nie wiedzieć czemu, darzy “towarzysza Roberta” sympatią.

 

Sobota.

Miasto jest bardzo spokojne. Podziwiam ludzi, którzy już od czwartej rano ustawiają się w kolejce do punktów wyborczych. Tam gdzie Mugabe spodziewał się dużego poparcia dla opozycji, rząd zmniejszył liczbę lokali wyborczych. Ludzie jednak potrafią czekać w kolejkach; ostatnio stoją całymi dniami w kolejkach do sklepów, bo brakuje kukurydzy, a to jest podstawa w tutejszym jadłospisie, zresztą ostatnio bardzo ubogim.

Kupuje przy drodze dwie gazety. Wczorajszą “Daily News”; jedyna opozycyjna gazeta; oraz “Chronicle”, gazeta rządowa. Ta druga w sianiu nienawiści, także wobec Kościoła katolickiego, być może przebiłaby nawet polskie “NIE”, nie mówiąc już o “Trybunie”. Kampania wyborcza w gazecie opozycyjnej jest zdecydowanie pozytywna i kulturalna, chociaż z inteligentnym “zębem”.

 

Obrazek w gazecie opozycyjnej nawiązuje do sztandarowego tematu rządu, czyli do ziemi, którą rząd zabiera (w sposób nielegalny i brutalny) farmerom i obiecuje biedakom. Na obietnicach się jednak kończy, bo ziemie dostają tylko wierni słudzy urzędującego prezydenta.

 

W gazecie rządowej kampania przypomina pełzanie w rynsztoku. Celuje w tym zresztą sam prezydent, nic wiec dziwnego, że poddani go naśladują. Można tam znaleźć takie hasla: “Pochowajmy w grobie Tshwangirai (to kontrkandydat) i jego Ruch Zdechłych Kryminalistów” (to taka wulgarna parafraza nazwy opozycyjnej partii). Prezydent Mugabe w czwartek na swoim spotkaniu przedwyborczym powiedział: “Po swoim zwycięstwie rozprawie się z opozycja. Nie będziemy mówić: ‘odpoczywajcie w pokoju’ ale powiemy: ‘odpoczywajcie w piekle’”. I znowu, rządowa gazeta pisze: “Sprzedawczyków z MDC należy spłukać w ubikacji premiera brytyjskiego Blair’a” Tak się Mugabe ze swoimi poplecznikami prześcigają w wulgarności i złośliwości. I pomyśleć, że ten “człowiek” ma już prawie osiemdziesiąt lat no i został ochrzczony w Kościele katolickim. A propos Kościoła, to w tej samej gazecie nasz Arcybiskup jest malowany na wyborczych plakatach jako osioł na którym jeżdżą brytyjscy imperialiści. Mugabe go osobiście nienawidzi, bo Arcybiskup wypomniał mu morderstwa popełnione przez reżim Mugabego w Matabelelandzie; czyli w prowincji Zimbabwe, gdzie leży Bulawayo.

 

Ten rysunek to część plakatu wyborczego prezydenta Mugabe. Plakat jest drukowany codziennie z wielkim hasłem, że Zimbabwe już nigdy nie będzie brytyjską kolonią.

 

Tak w ogóle to Mugabe wydaje się być opętany nienawiścią do Wielkiej Brytanii. Jego przemówienia nie dotyczą niczego innego tylko brytyjskiego premiera i innych osobistości. Przez cala kampanię właściwie nie powiedział niczego o ekonomii czy polityce czy o czymkolwiek innym. Jego przemówienia, kilkugodzinne, prawie jak przemówienia Fidela Castro, to pełne inwektyw pokrzykiwania.

 

Niedziela.

Drugi dzień wyborów. Dalej bardzo spokojnie, dzięki Bogu. Może będzie lepiej... 

 

 

 

Mugabosaurus rex, prezydent Zimbabwe

 

Teraz jest noc z soboty na niedzielę. Dziś i jutro wybory. Właśnie przeczytałem bardzo dobry artykuł Wojciecha Jagielskiego z Gazety Wyborczej o prezydencie Mugabe. Czekamy na dobre wieści jak na deszcz. 

Niestety, nawet kiedy nie zajmujemy się polityką - ona zajmuje się nami. I doprowadza ten piękny kraj do ruiny.

A może, jakimś cudem, policzą te głosy uczciwie i wszystko zacznie się kręcić w normalną stronę?

Rysunek z miejscowej prasy niezależnej. 

Prezydent Mugabe dokonuje inspekcji gwardii honorowej podczas uroczystości ku czci bohaterów wojny wyzwoleńczej. Harare, 11 sierpnia 2001 r.

Robert Mugabe rządzi swym krajem od 22 lat. Czy po dzisiejszych wyborach w końcu odda władzę? - zastanawia się w korespondencji ze stolicy Zimbabwe Wojciech Jagielski

- Przez tyle lat Robert Mugabe był wspaniałym przywódcą, gwiazdą najjaśniej świecącą na afrykańskim niebie. Kiedy jego kraj odzyskał wolność, a ludzie domagali się zemsty na swoich ciemiężycielach, on nawoływał do pojednania i zgody - południowoafrykański arcybiskup Desmond Tutu znany jest z prostolinijności i ciętego języka. A także odwagi i bezkompromisowości. Nie oszczędza nikogo, kto jego zdaniem sprzeniewierza się dobrej sprawie. - Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Odnoszę wrażenie, jakby sam chciał zniszczyć i ośmieszyć tego dawnego siebie. Jakby się uparł, aby stać się uosobieniem wszystkich wad i przywar afrykańskich satrapów.

22 lata temu, gdy po zwycięskiej wyzwoleńczej wojnie przeciwko rasistowskiemu reżimowi przejmował władzę w niepodległym Zimbabwe, uważany był za nadzieję Afryki. Był ludowym bohaterem, znakomicie zapowiadającym się przywódcą obejmującym we władanie jeden z najbogatszych i najlepiej urządzonych krajów na kontynencie, który już wtedy uważano za skazany na klęskę. Mugabe miał temu zaprzeczyć. Po latach, gdy Afryką rządzili brutalni wojskowi, szaleńcy i rabusie, wszechstronnie wykształcony i światowy Mugabe był skazany na sukces.

Dziś, u schyłku swej politycznej kariery i życia, niemal 80-letni stał się symbolem porażki, jaka zdaniem czarnowidzów jest Afryce przypisana. Z bohatera ludowych pieśni stał się zwyczajnym kacykiem kurczowo trzymającym się tronu i gotowym dla władzy poświęcić absolutnie wszystko, łącznie z państwem, którym włada i które prędzej zniszczy, niż odda w inne ręce.

Przemiana, jaka zaszła w tym człowieku, sprawiła, że nawet jego starzy przyjaciele i najgorętsi zwolennicy zaczynają mieć wątpliwości, kim był i kim jest naprawdę. Upadłym aniołem, zagubionym, postarzałym marzycielem i rewolucjonistą czy też cynicznym, gotowym na wszystko, żądnym władzy i całkowicie od niej uzależnionym satrapą?


Ten szaleniec wszystko zniszczy

- Zawsze uważałem go za komunistę, a tacy nigdy się nie zmieniają - 82-letni Ian Smith, ostatni biały premier Rodezji, nie ukrywa, że nigdy za Mugabe nie przepadał. Przezywał go czarnym Stalinem albo czarnym Hitlerem. - W 1979 roku, kiedy Margaret Thatcher i lord Carrington [w latach 1979-82 szef brytyjskiego MSZ - red.] zmuszali nas do rokowań z Mugabe, tłumaczyłem, że doprowadzą do tego, że ten kraj dostanie się komunistom, którzy zniszczą wszystko. Cóż, Anglicy nigdy niczego nie rozumieli, a zawsze uważali się za wszystkowiedzących. Wyszło na moje, ale to wątpliwa satysfakcja.

Siedząc w głębokim fotelu i wskrzeszając czasy sprzed ćwierćwiecza, Smith przypomina angielskiego arystokratę opowiadającego historię rodzinną. Kuśtyka z powodu kontuzji biodra, ale sprawności umysłu i pamięci mogliby pozazdrościć mu ludzie młodsi od niego o wiele lat.

- Muszę jednak przyznać - mówi, nalewając herbatę do filiżanek z chińskiej porcelany - że na początku mnie zadziwił. Jak już wprowadził się do mojego gabinetu i przejął władzę w kraju, pytał mnie o rady, słuchał z uwagą, zarzucił wojowniczą retorykę. Nie odbierał nam, białym, niczego. Ci, którzy zostali, zachowali wszystko - farmy, fabryki, sklepy, rezydencje z basenami i służbą. Może właśnie to uśpiło naszą czujność? Mugabe chciał mieć w nas swoich dłużników i finansistów. Zostawił nam farmy, ale w zamian za to oczekiwał, że nie będziemy się wtrącać do polityki i zajmiemy się gospodarką, na której zupełnie się nie znał.

W pierwszych miesiącach władzy trudno było w premierze Mugabe dostrzec dawnego płomiennego afrykańskiego nacjonalistę, więźnia politycznego (w obozach pracy i więzieniach spędził w sumie prawie 11 lat) i zapatrzonego w Chiny komunistę. Zaprzysiężony na premiera na stadionie na murzyńskim przedmieściu Harare Mbare zapowiedział, że w niepodległym Zimbabwe nie pozwoli na żadne polowania na czarownice. Gospodarka miała się znakomicie, a świat, chcąc nagrodzić pojednawcze gesty Mugabe i uczynić go wzorem do naśladowania dla reszty Afryki, obiecał pomoc finansową na odbudowę kraju z wojny domowej, która pochłonęła 30 tys. ludzkich istnień, i na reformę rolną, która miała zaprowadzić sprawiedliwość społeczną.

Przejmując władzę, Mugabe odziedziczył nie tylko kwitnącą gospodarkę, ale też scentralizowany i wszechmocny aparat państwowy idealnie odpowiadający jego komunistycznym zapatrywaniom. Potępiane, izolowane i karane sankcjami rasistowskie państwo rodezyjskie, walcząc o przetrwanie, przekształciło się w zbiurokratyzowany twór kontrolujący każdy aspekt życia - banki, linie lotnicze, koleje, kopalnie, telewizję, gazety. Mugabe nie zmienił niczego. Przeciwnie, z radością ten spadek przejął - mógł kontrolować wszystko. Pokusie tej zresztą nie oparł się żaden z afrykańskich przywódców przejmujących władzę z rąk europejskich kolonizatorów i stających się bezwiednie ich politycznymi spadkobiercami.

- Wydaje mi się, że na początku Mugabe ukrywał swoją naturę dyktatora. Bał się może, co powie świat - wspomina Smith. - Wystarczyło jednak kilka lat u władzy, by poczuł się pewnie i pokazał swoje prawdziwe oblicze. To szaleniec. Ktoś w końcu musi go powstrzymać, zanim wszystko zniszczy.


Dworzanie, raporty, donosy

- Mugabe jest z zawodu nauczycielem i ma mentalność belfra, takiego, co to uważa, że wszystko wie najlepiej - mówi prof. Masipula Sithole, niezależny politolog z Harare. - Fatalnie też znosi wszelką krytykę, ale pod tym względem niewiele różni się od innych przywódców, i to nie tylko w Afryce.

Nieufny z natury, dumny i niepewny siebie szybko poróżnił się ze swoim zastępcą Joshuą Nkomo, którego podejrzewał o spiskowanie. Już w 1982 r. wyrzucił go z rządu, a kiedy w rodzinnej prowincji Nkomo Matabelelandzie jego zwolennicy zaczęli protestować, Mugabe posłał wojsko, by stłumiło rebelię. Dowodzona przez północnokoreańskich instruktorów ekspedycja karna wymordowała prawie 20 tys. Matabele, a kres wojnie położyła dopiero ugoda z Nkomo w 1987 r.

W niełaskę Mugabe popadali coraz to nowi znani przywódcy i komendanci z czasów wojny wyzwoleńczej, którzy wciąż uważali go za swojego druha i może dlatego ośmielali się wytykać mu błędy. Mugabe nie zamierzał jednak znosić niczyich połajanek, które w jego mniemaniu podważały jego autorytet.

Jego świtę i dwór zaczęli tworzyć ludzie bez wielkich nazwisk i ambicji, pochlebcy gotowi spełnić każdy rozkaz przywódcy. Mugabe pozwalał im walczyć między sobą o dostęp do tronu, wykrwawiać się w bratobójczych bataliach o zakres władzy. Im byli słabsi i bardziej skłóceni, tym łatwiej było mu nad nimi panować. Nie dbał więc nawet o to, by przekształcić swoją partię ZANU w silną, zjednoczoną organizację, ale pozwalał na powstawanie rozmaitych zwalczających się frakcji. Absolutna kontrola nad aparatem państwowym, biurokracją i gospodarką ułatwiła mu zbudowanie patronackiego ustroju politycznego, w którym wszystko zależało od niego samego. Mając wyłączne prawo do rozdziału dóbr, mógł zarówno nagradzać, jak i karać.

- Powoli zaczął traktować państwo jak swoją własność. Coraz bardziej zaczynał przypominać monarchę, który nie liczy się ze zdaniem dworu ani nie troszczy o losy poddanych - mówi prof. Sithole. - Oderwany od rzeczywistości murem dworzan, ich raportów i donosów, zaczynał stopniowo tracić rozeznanie, co się naprawdę w kraju dzieje.


Pusto w kasie

Gospodarce nie poświęcał zbyt wiele uwagi. Jakby wierzył, że złote czasy trwać będą wiecznie i że wiecznie będzie mógł czerpać do woli z państwowego skarbca. Machnięciem ręki bagatelizował ostrzeżenia księgowych, że sprawy w kraju mają się coraz gorzej. Zresztą z biegiem czasu na jego dworze coraz mniej było odważnych, którzy ośmielali się zakłócać samopoczucie przywódcy niepokojącymi raportami.

Pierwszym ciosem, który wstrząsnął gospodarką, okazały się trwające dekadę eksperymenty z socjalizmem. Nakazowo-rozdzielcza gospodarka nie mogła dostarczyć mu dosyć pieniędzy, by mógł zrealizować utopijne plany zaprowadzenia sprawiedliwości społecznej. Tym bardziej że większość funduszy z kasy państwa szła wciąż na utrzymywanie politycznego patronatu.

Potem przyszła światowa recesja, a także straszliwa susza, jaka nawiedziła południe Afryki pod koniec lat 80. W kraju zaczęły się strajki głodowe i antyrządowe demonstracje. W sąsiednich Tanzanii i Zambii podobna zapaść gospodarcza doprowadziła do upadku innych piewców afrykańskiego socjalizmu - Juliusa Nyerere i Kennetha Kaundy. Przestraszony Mugabe zgodził się zastosować do zaleceń zachodnich bankierów i finansistów, pożegnał się z socjalizmem i zaczął wprowadzać w kraju oszczędności.

"Nasi przywódcy nie mają żadnego pomysłu na wyjście z sytuacji. Zgodzili się na proponowany przez Zachód program oszczędnościowy tylko dlatego, że to była jedyna rada, jaką otrzymali. Poparliby wszystko, co mogłoby dawać choćby szansę na jakieś rozwiązanie. A jeśliby za tym szły jeszcze pieniądze, to tym bardziej" - pisał w 1993 r. prof. Jonathan Moyo, przewidując, że Zimbabwe może się stać zwykłym afrykańskim krajem, biednym, źle rządzonym i źle urządzonym. Dziś prof. Moyo pełni obowiązki ministra propagandy na dworze Mugabe.


Szkocki król

Brytyjska gazeta nazwała kiedyś Mugabe "szkockim królem" - podobno stanął do przetargu o rozległą posiadłość i zamek w Szkocji warte 9 mln dolarów. W końcu zamiast w Szkocji wybudował sobie w Harare za milion dolarów otoczoną czterometrowym murem rezydencję strzeżoną przez uzbrojonych po zęby wartowników.

Zimbabweńskie linie lotnicze odmówiły mu wynajmowania państwowych samolotów, gdyż z powodu częstych podróży prezydenta musiały odwoływać regularne rejsy. Spośród światowych przywódców Mugabe jest największym podróżnikiem. W 1999 i 2000 r. odbył aż po 22 oficjalne podróże zagraniczne. Rodacy zaczęli przezywać go Vasco da Gama.

Jego rodzinna prowincja Zachodni Mashonaland wydała najwięcej wpływowych polityków i przedsiębiorców. Wolnorynkowa gospodarka, która zastąpiła siermiężny socjalizm, okazała się zbawienna dla wielu jego krewnych i ziomków, którzy z przedziwną łatwością wygrywają atrakcyjne przetargi. Rekordzistą jest siostrzeniec prezydenta Leo, prezes zimbabweńskiego związku piłki nożnej, który wygrywał wszystkie najintratniejsze przetargi - od budowy pierwszej sieci telefonii komórkowej w kraju po budowę nowego lotniska w stolicy. Kuzyn prezydenta Charles Chikerema wygrał konkurs na redaktora naczelnego państwowej gazety "Herald".

Wpływową posłanką i przedsiębiorcą okazała się siostra prezydenta Sabina, która po śmierci jego pierwszej żony Sally pełniła przez jakiś czas obowiązki Pierwszej Damy. Aż do czasu, gdy Mugabe pojął za żonę swoją sekretarkę - młodszą o 40 lat Grace Marufu.


Ach, co to był za ślub...

W sierpniową sobotę 1996 r. prawie 20 tys. ludzi przybyło do rodzinnego miasteczka Mugabe Zvimba na jego ślub z 31-letnią Marufu. Wyraźnie podenerwowany Mugabe ubrany był w granatowy garnitur i białe rękawiczki. Jego świadkiem był prezydent Mozambiku Joaquim Chissano, a honorowymi gośćmi: Nelson Mandela, jego ówczesna narzeczona Graca Machel (wdowa po byłym mozambickim prezydencie Samorze Machelu) oraz prezydenci Namibii i Botswany. Ślubu udzielił sam katolicki arcybiskup Patrick Chakaipa, który podczas trwającej ponad trzy godziny uroczystości odczytał depeszę gratulacyjną od Jana Pawła II.

Biorąc ślub kościelny, stary komunista Mugabe kończył wojnę z Kościołem katolickim, który oskarżał go, że grzeszy, żyjąc z sekretarką. Mugabe istotnie pozostawał w związku z panną Marufu od dawna, kiedy jeszcze żyła jego pierwsza żona Sally. W 1992 r. zgodnie z afrykańskim obyczajem zezwalającym na wielożeństwo zapłacił za Grace okup - lobolę - i według tradycyjnego prawa pojął ją za żonę. Jeszcze przed ślubem Grace urodziła mu dwójkę dzieci. Księża mieli więc powody, by nazywać wychowanego przez jezuitów prezydenta poligamistą i cudzołożnikiem. Dopiero po śmierci pierwszej żony starzejący się Mugabe nawrócił się na katolicyzm i postanowił uporządkować swoje stosunki z Bogiem i Kościołem. Biskupi uznali też za nieważne poprzednie małżeństwo Grace z pewnym oficerem lotnictwa, ponieważ dopiero gdy Mugabe poprosił ją o rękę, przyjęła chrzest i wiarę katolicką.

Po ślubie i weselu, które kosztowały 6 mln dolarów, Mugabe zabrał swoją żonę w podróż poślubną do Kapsztadu, a po powrocie kupił jej 30-pokojową willę. Rodzinnego szczęścia prezydenta nie mogli podzielać jego rodacy, którzy w tym czasie strajkowali i demonstrowali na ulicach, domagając się podwyżek. Odtąd często zdarzało się, że kiedy tylko wybuchały protesty, prezydent wyjeżdżał z kraju.

Zakochany bez pamięci z młodej i pięknej żonie Mugabe obsypywał ją coraz to nowymi prezentami - strojami, dywanami, kosztownościami. Wkrótce Grace urodziła mu kolejnego syna. Kiedy przeciwnicy Mugabe domagali się, by ustąpił z urzędu, bo jest już za stary, prezydent odpowiadał dumnie: "Czuję się znakomicie. Kiedy będę stary, odejdę z całą pewnością. Ale ten czas jeszcze nie nadszedł".

Wrogowie zaczęli podejrzewać, że sprawowana władza stała się dla sędziwego prezydenta afrodyzjakiem.

Rozeszły się też plotki, że gdyby nie młoda pani prezydentowa (Sally mieszkańcy Zimbabwe wprost ubóstwiali, Grace nie cierpieli i kiedy tylko zdarzała się sposobność, grabili podczas ulicznych zamieszek należące do niej sklepy), Mugabe przeszedłby na emeryturę. To żona miała namówić go do pozostawania u władzy jeszcze przez wiele, wiele lat. Grace stała się szarą eminencją reżimu. Zabiegający o względy prezydenta urzędnicy i partyjni dygnitarze musieli odtąd najpierw wkupywać się w łaski prezydentowej.


Afryka dla Afrykanów

Zachodni dyplomata na placówce w Harare powiedział mi kiedyś, że największym przerażeniem napawały go audiencje u wiceprezydenta Joshuy Nkomo. Stary i schorowany, potrafił zasypiać w fotelu w trakcie rozmowy. Nie wiadomo było, czy wyjść z sali przyjęć, czy też dotrwać do końca spotkania, słuchając jego pochrapywań.

Nkomo i inni sędziwi weterani wojny wyzwoleńczej sprawili, że w Zimbabwe zapanowała gerontokracja. Żyjąc we własnym świecie wspomnień z czasów romantycznej, bohaterskiej młodości, próbowali nieudolnie rządzić poddanymi, z których większość przyszła na świat już w niepodległym kraju, a wojna była już dla nich tylko historią. W kwietniu 1996 widziałem, jak na stadionie w Mbare podczas obchodów Dnia Niepodległości wielotysięczny tłum z niecierpliwością czekał, aż Mugabe skończy swoje wspominki z wojny wyzwoleńczej i na boisko wybiegną wreszcie piłkarze Zimbabwe i RPA.

Słuchając tego, co mówi Mugabe, można odnieść wrażenie, że dla niego czas zatrzymał się 20 lat temu. Z wzniesioną i zaciśniętą pięścią wciąż pokrzykuje o wrogach, sabotażystach i walce aż do zwycięstwa. "Jestem za rewolucją. A wy? Jesteście ze mną czy przeciwko mnie?" - wołał w 1996 r. do znudzonych studentów na stadionie w Mbare. Dziś nikt już tak nie mówi, nikt nie rozumie takiego języka, nikt się w ten sposób nie zachowuje.

Mugabe najlepiej czuje się w gronie podobnych mu weteranów, postarzałych rewolucjonistów, jak pułkownik Muammar Kadafi czy Fidel Castro. Można odnieść wrażenie, że wciąż toczy wojnę z białymi Rodezyjczykami i kolonialną metropolią - Wielką Brytanią. Prezydent niepodległego od 22 lat kraju krzyczy, że Zimbabwe "nigdy nie będzie już niczyją kolonią, ani Wielkiej Brytanii, ani Ameryki. Nigdy nie pozwolimy, żeby rządził nami znowu Ian Smith". Albo: "Zimbabwe należy do Afrykanów. Ci biali, którzy chcą z nami żyć, muszą szanować nasze wartości. Przed tymi rasistami, którym się nie podoba, jak żyjemy - droga wolna. Nie, nigdy, przenigdy biali nie będą naszymi kuzynami. Nie spocznę, zanim ich nie pokonam. Bo moim wrogiem nie jest żadna opozycja, tylko Anglicy".

Mugabe wzywa do ostatniej rewolucji, jaką ma być odebranie ziemi białym farmerom. "Gospodarka to ziemia, a ziemia to gospodarka" - odpowiada na zarzuty przeciwników, że wywłaszczając farmerów i niszcząc rolnictwo, uśmiercił faktycznie gospodarkę kraju. Nie słucha bezrobotnych z Harare i Bulawayo, którzy mówią, że nie chcą ziemi - potrzebują miejsc pracy i towarów w sklepach, a nie farm i dziejowej sprawiedliwości.

Reforma rolna była marzeniem i przekleństwem Mugabe. Ilekroć się do niej zabierał, zawsze kończyło się to nieszczęściem. Jego dworzanie rozkradli przejęte przez państwo i przeznaczone dla bezrolnej biedoty farmy, a także podarowane przez Zachód pieniądze na ich wykup. Kiedy zachodni bankierzy odmówili dalszych pożyczek, Mugabe postanowił skonfiskować farmy białych, którzy w dodatku coraz bardziej angażowali się w politykę i popierali opozycję. Na pomoc wezwał dawnych towarzyszy broni, weteranów wojny, którzy najeżdżali i okupowali farmy. Przemoc i terror ściągnęły na Mugabe potępienie całego świata. "Modlę się do Boga, by pozwolił mi dożyć dnia, w którym afrykańska ziemia wróci w ręce Afrykanów. Nasza ziemia należy do nas i do nikogo innego" - powiedział kiedyś.

Ten podły Mandela

Pod koniec lat 90. Mugabe znalazł się w nie lada tarapatach. Krajem wstrząsały strajki i zamieszki. Próbował gasić je, pustosząc kasę państwa, by pieniędzmi załagodzić gniew weteranów wojny wyzwoleńczej, którym dygnitarze partyjni i ministrowie rozkradli fundusz socjalny, żołnierzy, policjantów, urzędników. Lekarzami, nauczycielami czy studentami się nie przejmował. Przestał pojawiać się na pierwszomajowych paradach. W telewizyjnych orędziach twierdził, że winę za kłopoty ponoszą Brytyjczycy, którzy sprzysięgli się przeciwko niemu i sabotują zimbabweńską gospodarkę, by ukarać go za reformę rolną. Zarazem uspokajał, że kłopoty mają charakter przejściowy. I chyba sam w to wierzył. Kiedy brakowało mu wiary - wyjeżdżał w odwiedziny do któregoś z afrykańskich państw, gdzie wciąż był witany jako bohater, pogromca białych.

Sposobił się do roli niekoronowanego króla Afryki. I zostałby nim z pewnością. Był już nestorem wśród afrykańskich prezydentów - żaden z nich nie miał większych ich on zasług w walce o wolność Afryki. Wyśnionego tytułu pozbawił go ten, o którego wolność walczył najbardziej, kolega z lat studenckich Nelson Mandela.

Mugabe poświęcił gospodarkę Zimbabwe, wspierając południowoafrykański ruch wyzwoleńczy i narażając się na sankcje i zbrojne rajdy komandosów apartheidowskiej RPA. Zwycięstwo, którego był jednym z ojców, okazało się dla niego pyrrusowe. Uwolniony z więzienia Mandela natychmiast został okrzyknięty wodzem Afryki, a co więcej - jej sumieniem. Początkowo Mugabe, o którym świat nagle zapomniał, starał się zdusić w sobie złość, zazdrość i rozczarowanie. Liczył, że Mandela odwdzięczy mu się przynajmniej pomocą gospodarczą, pożyczkami. Jednak wolna Afryka Południowa nie tylko nie chciała się dzielić swoimi bogactwami z sąsiadami, ale w ogóle nie uznała się za ich dłużniczkę. Tańsze i lepsze towary z RPA wypierały z rynku zimbabweńskie. Wszystko, co robił Mandela, irytowało Mugabe. Mandela złożył prezydenturę zaledwie po jednej kadencji, podczas gdy Mugabe był głuchy na prośby, by w końcu ustąpił. Mandela piętnował korupcję i pychę afrykańskich prezydentów: "Coście zrobili z Afryką? Przynosicie jej wstyd!".

Aż któregoś razu powiedział dziennikarzom: "Znam przynajmniej jednego afrykańskiego przywódcę, który uległ korupcji i został milionerem. Dobrze wiecie, kogo mam na myśli. Mówię o przywódcy, który niegdyś przyniósł swojemu ludowi wolność, ale potem, zepsuty do szpiku władzą, stał się taki sam jak jego dawni prześladowcy". Naciskany, wybuchnął: "To, co się dzieje w Zimbabwe, to skandal. Społeczeństwa muszą same obalać tyranów. A jeśli nie da się po dobroci, to może potrzebne będą karabiny?".


Na emeryturę?

Sondaże wskazują, że od dwóch lat dwie trzecie mieszkańców Zimbabwe marzy, by Mugabe odszedł wreszcie na emeryturę. On zaś nie chce uznać faktu, że w oczach swoich rodaków przestał być już rycerzem bez skazy, a stał się zniedołężniałym, groźnym satrapą.

Zgłaszając się do walki o prezydenturę, wygłosił kolejne przemówienie w swoim archaicznym stylu: "Idziemy na nową wojnę, rewolucyjną wojnę. Odtąd jesteśmy jedną armią, a wy żołnierzami gotowymi wykonać każdy rozkaz swoich dowódców. Wznieśliśmy wojenne sztandary!".

Władza stała się dla niego tożsama z jego własnym życiem. Każdego, kto mówi mu, że pora spocząć, nazywa parszywym zdrajcą. "Przyznaję, że popełniliśmy błędy - tłumaczy się rodakom. - Ale czy żona ma prawo porzucić męża tylko dlatego, że w domu nie ma nic do jedzenia?". Władza jest dla niego sakramentem. Czymś Raz Na Zawsze.

Lider opozycyjnego Ruchu na rzecz Demokratycznych Zmian Morgan Tsvangirai, który w sobotę i niedzielę zamierza odebrać Mugabe władzę, uspokaja przerażonych Zimbabweńczyków: - Nie ma nic Raz Na Zawsze. Istnieje przecież życie po Mugabe. W każdym teatrze, na każdej scenie w końcu zapada kiedyś kurtyna.
 

 

 

 

   Modlitwa o deszcz

 

 

Rafał Sojka, Plumtree 

Środa jest dniem, w którym odwiedzamy stacje dojazdowe. Około godz. 9.00 wyruszyłem na długą trasę razem z naszym katechetą Rafałem Zulu i z jednym seminarzystą z Filipin, Arielem, który w Zimbabwe jest na praktyce OTP. Naszym celem były trzy wioski: Tjompane, Village 10 oraz Mboma. Dla wyjaśnienia trzeba dodać, że niektóre wsie nie mają nazw, tylko numery. Wzięło się to stąd, że przesiedlono ludzi na tereny dawnych farm i zaczęto używać numerów, bo nazw, po prostu, nie było. W każdej z tych wiosek, planowaliśmy coś innego; w Tjompane miało być uroczyste nabożeństwo błagalne o deszcz z błogosławieństwem ziarna. Co do dziesiątki, to mieliśmy zdecydować na miejscu, a w Mbomie była zaplanowana Msza św. u jednej bardzo chorej kobiety.

Zabraliśmy na naszego pick-up’a ISUZU prawie pół tony ziarna kukurydzy, którą sprzedajemy ludziom w stacjach bocznych, po cenie o 40% niższej niż w sklepie; resztę finansuje Kościół. Pogoda, no cóż, krótko mówiąc, bardzo letnia, czyli upał jak w piecu i na niebie żadnej chmurki. Pomyślałem sobie, że to rzeczywiście doskonała pora, aby modlić się o deszcz. Dojechaliśmy do Tjompane, gdzie ludzie zgromadzili się przy ruinach domu na skale. To jest rzeczywiście jedyny dom w swoim rodzaju. Pewien farmer, jeszcze w czasach gdy Zimbabwe było Rodezją wybudował ładny dom na skalnym wzgórzu, gdzie jeszcze wcześniej było miejsce kultu ludzi Kalanga, do dziś zresztą zamieszkujących ten obszar. Właściciel zginął podczas wojny o niepodległość Zimbabwe i nikt w domu na skale nie zamieszkał. Obecnie wspólnota katolicka w Tjompane stara się o ten dom, aby móc go wyremontować i legalnie używać.

Nabożeństwo odbyło się u podnóża skał. Zagrały bębny i do bezchmurnego nieba wzniosło się żarliwe błaganie o deszcz. Dwóch starszych mężczyzn wygłosiło płomienne kazania, których konkluzja była wspólna; Bóg zawsze wysłuchuje próśb swoich dzieci, kiedy one nie ustają w błaganiach. Jakby na potwierdzenie tego nad nasze głowy napłynęły chmury. Powiedziałem do Zulu: "Ale byłoby fajnie, gdyby dzisiaj spadł deszcz." Na zakończenie pobłogosławiłem ziarno siewne i wodę; potem jeszcze jedzenie w dużych, trójnożnych garnkach przy ognisku. Kiedy już skończyłem to błogosławienie, jedna z kobiet przyniosła do ogniska kalabasz z piwem z prosa. Też je pobłogosławiłem, bo jak tu się cieszyć bez piwa. A tak na marginesie, to takie piwo z prosa ma mniej alkoholu niż w Polsce piwo bezalkoholowe. Po obiedzie, na którym zaserwowano naszej trójce połowę dużego kurczaka w smacznym sosie, udaliśmy się do wioski nr 10, tylko po to, aby się dowiedzieć, że wszyscy poszli do szkoły na jakieś nadzwyczajne spotkanie.

W ostatniej stacji tłum ludzi wypełnił dom chorej kobiety. Byłem tam pierwszy raz, ale trafiłem bezbłędnie, chociaż drogę pokazywał mi niewidomy mężczyzna. Do teraz nie mogę się nadziwić, jak on może pamiętać każdy szczegół krętej drogi w buszu.

     

Kiedy po Mszy św. wyszliśmy z chaty, na dworze było ciemno jak w nocy. Przyszła tak potworna burza, że droga stała się w jednej chwili rwącym potokiem. Najgorsze było to, że mieliśmy do przekroczenia dwie rzeki, w których  na co dzień jest tylko piasek. Ale nie po takim deszczu! Kiedy Zulu wyraził obawy, czy aby przejedziemy, Ariel powiedział: "No cóż, nie możemy narzekać, przecież modliliśmy się o deszcz." Kiedy w drodze powrotnej przejeżdżaliśmy przez Tjompane, spotkaliśmy jednego z liderów, który z deszczowej radości aż sobie zatańczył. Choć ma koło siedemdziesiątki, tańczył tak żwawo, że aż chcieliśmy się dołączyć. Tak to Pan Bóg nie tylko nas obdarował, ale i dołożył trochę więcej.

 

 

  Rany Zmartwychwstałego

 

 

Krystian Traczyk, Plumtree

 

Dziś przypada II Niedziela Wielkanocna. W naszym kościele rozpoczęła się właśnie Msza św. Ewangeliczne opowiadanie o Zmartwychwstałym Jezusie przychodzącym do uczniów, na pewno pomoże naszym parafianom doświadczyć obecności Chrystusa wśród nich. Czy takie będzie też moje doświadczenie dzisiejszej niedzieli.

 

Poranki stały się bardzo zimne, dlatego ludzie we wioskach nie gromadzą się zbyt wcześnie na modlitwy. Postanowiłem się udać do wiosek dla przesiedlonych. Niedzielne wizyty nie są zapowiadane; w odróżnieniu do środowych; ludzie i tak maja się gromadzić w każdą niedzielę na nabożeństwo, my się po prostu dołączamy. Zabieram ze sobą kobietę, która właśnie wróciła z miesięcznego kursu dla "współpracowników pastoralnych". W drodze modlimy się na różańcu a potem dyskutujemy o sytuacji w kraju. Zimababwe znajduje się w bardzo trudnej sytuacji; ludzie boją się przyszłości. Skorumpowani politycy myślą tylko o własnej kieszeni. Organizacje pomagające lokalnym społecznościom opuściły kraj. Bieda stała się nieproszonym gościem prawie wszystkich rodzin.

 

Przyjeżdżamy do pierwszej wioski. Dowiadujemy się, że zwołano zebranie wszystkich mieszkańców. Katolicy przyjdą po południu i wtedy odprawimy Msze św.

 

Jedziemy następne 20 km i docieramy do małej wspólnoty. Wioska sprawia wrażenie opuszczonej. Większość mieszkańców poszła do swoich krów i na pola. Ptaki i dzikie zwierzęta niszczą dojrzałą kukurydzę i proso. Dla ludzi nie ma chwili odpoczynku. Po kilku minutach podchodzi do nas jeden z katolików. Prowadzi nas do domu umierającej kobiety.

 

Zwykła, powtarzająca się historia. Mąż zmarł dwa lata temu, po nim dwójka dzieci. Dwóch braci męża także odeszło do wieczności w tym czasie. Dzisiejszego ranka teściowa umierającej udała się do czarownika, aby dowiedział się kto rzucił taka straszna klątwę na jej rodzinę i jak uratować ostatnie dziecko, małego chłopczyka, który jedyny pozostał przy życiu. Nie poszła tam z pustymi rękami. Ludzie płacą czarownikom za często bardzo wątpliwą pomoc, kiedy jednak idą do szpitala, albo przychodni, oczekują bezpłatnej pomocy. Tak zresztą działo się dość długo w Zimbabwe, ale od kilku lat za wszystko trzeba płacić. Szpital w naszym mieście posiada bardzo ograniczony zapas leków i wiele pustych łóżek; jedynym zatłoczonym oddziałem jest szpitalna kostnica.

 

Krystian   

Kobiecie nic już właściwie nie może pomóc; znajduje się w ostatnim stadium zakażenia. Ponadto jest sparaliżowana i utraciła mowę. Siadamy wkoło jej łóżka; śpiewamy kilka pieśni i słuchamy słów Ewangelii św. Jana o Jezusie przychodzącym do swoich uczniów. Oni poznają Go po Jego ranach. Na ścianach widać zdjęcia młodych, przystojnych ludzi. Zdjęcia te zostały zrobione w "Goli"; czyli w Johanesburgu. "EGoli" oznacza "w Ziemi Obiecanej". Ta "Ziemia Obiecana" to RPA i Botswana, bo tam jest praca i wygodne życie. Tak to wygląda w marzeniach; rzeczywistość jest inna, brutalna.

 

Plumtree jest miastem granicznym; często widzimy policyjne ciężarówki przekraczające granice, przywożące do domu nielegalnych imigrantów, tysiące każdego roku. W sąsiednich krajach są obcymi; nie mającymi praw. Grzebiemy ludzi zabitych przez krokodyle w rzece Limpopo, ludzi zabitych w wypadkach ciężarówek, w których chowali się przed policją, ludzi zabitych w slumsach wielkich miast "Ziemi Obiecanej". A nad tym wszystkim, jak kosa w ręku Śmierci, przeraża AIDS, zabierający największe żniwo.

 

Patrzyłem na te piękne zdjęcia, a potem skierowałem wzrok na umierająca kobietę. W mojej modlitwie pamiętałem o ranach Jezusa. Wzruszyła mnie miłość i troska sąsiadów. Umierająca utraciła już wszelką kontrolę nad swoim ciałem, nic już dla siebie nie mogła zrobić; oni robili co mogli, aby we wszystkim jej dogodzić. Pamiętam chorą jako szczupłą kobietę, dziś była jak małe dziecko. Jedyne, co pozostało z jej urody, to duże, szeroko otwarte oczy i piękne, białe zęby. Położyłem jej ręce na głowie i razem z innymi modliłem się w ciszy. Potem, kiedy już wychodziliśmy, nie chciała przez dłuższą chwilę wypuścić mojej dłoni. Patrzyła na mnie z tym całym nieskończonym cierpieniem. Patrzyła tak, jak setki innych, podobnie umierających, których tak samo żegnałem przez ostatnie dwadzieścia lat. Co mogę dla nich zrobić? Powiedzieć coś radosnego, pomodlić się. Czy to ma jakieś znaczenie?

 

Z ciężkim sercem pojechaliśmy do następnych wiosek. Pod drzewem, pod którym spodziewaliśmy się zastać kilku katechumenów, nie było nikogo. Kolejna wioska była już ostatnia na naszej drodze. Wspólnota tutejsza to nasza wielka radość. Po ludzku sądząc, nie ma wielkich szans na rozwój Kościoła w tej wiosce, ale widać, jak bardzo działa tutaj Duch Święty. Znaleźliśmy ich; dziesięciu dorosłych i grupę dzieci w starej przychodni, którą wyremontowali na użytek całej społeczności wioskowej, i którą też teraz mogą używać jako kościół. Kiedy przybyliśmy nabożeństwo dobiegało końca; robiono właśnie ogłoszenia. Poproszono mnie o modlitwę nad chorymi. Potem zaśpiewaliśmy kilka pieśni i uzgadnialiśmy sprawy związane ze spotkaniem w Plumtree pod koniec maja. Po wszystkim rozmowa zeszła na sprawy codziennego życia. Ciężko byłoby powiązać koniec z końcem bez pomocy krewnych pracujących w Botswanie czy RPA. Problemem nie jest nieurodzajna gleba czy susza, ale bieda; brak środków do pracy na roli. Ponadto, ci najbardziej zdolni i wykształceni pracują w "Goli", w "Ziemi Obiecanej".

 

Krystian     

Tegoroczny sezon deszczowy był trochę skomplikowany. Ci jednak, którzy przyłożyli się do pracy, którzy mieli co zasiać na swoich polach, zebrali wystarczająco żywności. Jest jednak bardzo wielu, których już teraz straszy głód. Jak im pomoc? Nie mogą dostawać za darmo żywności, bo wtedy przestaną pracować. Jak zmotywować ich do pracy? Jak pomoc im przezwyciężyć uczucie rezygnacji?

 

We wtorek uczyłem w seminarium w Bulawayo. Rozważałem ze studentami tekst z Ewangelii jak Tomasz chciał zobaczyć rany Zmartwychwstałego Jezusa. Myślami zawędrowałem z powrotem do odwiedzanych w niedziele wiosek. Znowu widziałem Jego rany. A potem usłyszałem słowa Jezusa skierowane do Piotra, i do mnie: "Czy miłujesz Mnie...? Paś owce Moje..."