| PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW | ||||||||||||||||||||
![]() |
||||||||||||||||||||
|
|
Janusz Prud, Sebina
W paru slowach chcialbym podzielic sie pewnym wydarzeniem, ktore mialo miejsce wczoraj. Niedziela, na mojej wiosce. Byla to Niedziela modlitwy w intencji ludzi chorych. W naszym kraju, Botswanie mamy wielu ludzi chorych. Bardzo wyjatkowo, wiekszosc z nich to nie ludzie w podeszlym wieku, ktorzy choruja i umieraja ale ludzie mlodzi, w srednim wieku i nawet dzici. Taki niecodzienny obrazek spoleczenstwa, ktore umiera w mlodym wieku na AIDS.
W pewnych momencie glos modlacego sie dziecka zabrzmial w murach naszej swiatyni. Kiedy dziecko modli sie wlasnymi slowami, czyli glosem serca, wowczas cala Wspolnota "zamiera" w ciszy. Piekno i niewinnosc dzieciecego glosu modlitwy budzi piekno i niewinnosc w naszych sercach, czyli Obrazu i Podobienstwa Boga.
Gleboka cisza ogarnela nie tylko mury naszej swiatyni, ale wszelkie zakamarki naszych serc. W ich glebi `trawilismy` sotkanie z zyjacym Bogiem, ktory przemowil do nas ustami umierajacego dziecka. Bog obudzil w nas Pelnie i Prawde kim wlasciwie jestesmy, czyli swoj Obraz i Podobienstwo. Uczynil to slowami modlitwy umierajacego dziecka.
"Dziekuje Ci, ze jestes z nami i
zyjesz w naszych sercach. Dziekuje, ze nas kochasz."
Janusz Prud, Sebina
W obliczu doświadczenia tragedii i skutów choroby HIV / AIDS, każdy z nas chwyta się różnych sposobów, aby zapobiec cierpieniu wielu z naszych ludzi. Wykorzystujemy każdy otrzymany dar i talent, aby `odnowić oblicze tej afrykańskiej ziemii`. W takiej atmosferze umierania nadziei, Ojciec Frantisek Katar SVD, misjonarz z Słwacji, pracujący w Zimbabwe i Ojciec Janusz Prud SVD, misjonarz pracujący w Botswanie, zaplanowali i podjęli się wezwania 1440km Wyprawy Rowerowej i Modlitwy. Osobiście uczyniłem coś podobnego dwa lata temu.
Naszą trasę zaplanowaliśmy z Harare (stolica Zimbabwe) przez Botswanę do Johannesburg’a (Repubika Południowej Afryki). W drogę wyruszyliśmy 22. 09. z zamiarem dotarcia do Johannesburg’a 4. 10. 2005. Główna idea owej modlitwenej pielgrzymki zrodziła się z nauki Jezusa zapisanej u Mateusza 18: 19. Do modlitwy zaangażowaliśmy wiele wspólnot kościoła katolickiego i innych wyznań. Wiele indywidualnych osób, które nie przynależały do żadnej wspólnoty kościoła wzięło aktywny udział w tej modlitewnej przygodzie. Każdy modlił się `Ojcze nasz ...` trzy razy dziennie, w czasie trwania wyprawy. Prosiliśmy Boga o uzdrowienie choroby HIV / AIDS.
W czwartek, 22. 09. ‘05 rozpoczęliśmy naszą 1440km Wyprawę Rowerową i Modlitwę. Była godzina 6.30 rano kiedy opuszczaliśmy Harare udając się w kierunku Bulawayo. W pierwszy dzień pokonaliśmy trasę z Harare do Kadomy, dystans około 147km. Dotarliśmy do miasteczka już po zmierzchu. Osobiście czułem trud drogi w nogach. Następnego dnia czekał nas dystans około 135km do Gweru. Upał dnia i mocne przeciwne wiatry nie dawały nam chwili wytchnienia. Walczyliśmy z naturą i pedałowaliśmy do przodu. W połowie drogi poczułem pierwsze bóle w lewym kolanie. Przestraszyłem się owj kontuzji. Do Gweru dotarliśmy tuż przed zapadnięciem zmroku.
Tego wieczora kolega przetransportował nas do Bulawayo. Tam wzieliśmy udział w uroczystościach pogrzebowych jednego z naszych przyjaciół. W czasie tej krótkiej przerwy zmieniliśmy nieco plany trasy. Wraz ze znajomymi pojechaliśmy do Johannesburg’a, aby z tamtąd kontynuować nasze dalsze zmagania z drogą. Trzydniowa przerwa pomogła mi nieco zregenerować siły. Ból kolana ustał. Po trzech dniach ponownie wsiedliśmy na rowery. Była 6.30 rano kiedy opuszczaliśmy przedmieścia Johannesburg’a. Tego poranka doświadczyliśmy nie tylko wiejących wiatrów, ale i zimna. Ręce wręcz marzły nam od zimna. Takie zimne poranki towarzyszyły nam przez następne dwa dni.
Przejchaliśmy zaledwie 35km. Musieliśmy zrobić małą przerwę. Wiatr był bardzo mocny. Poczułem powracający ból lewego kolana. Przestraszyłem się nie na żarty. Wiedziałem wówczas, że nie była to chwilowa niedyspozycja kolana, ale poważna kontuzja. Zawiązałem kolano elastycznym bandażem. Tegoż dnia zaplanowaliśmy dotrzeć do Swartruggens (R.P.A.), dystans około 130km. Na nasze nieszczęście zabłądziliśmy. Po południowym odpoczynku, pozostało nam jeszcze do zrobienia 30km. Nieco wypoczęci ruszylismy w drogę. Zrobiliśmy około 15km, kiedy zoriętowaliśmy się, że pomyliliśmy kierunek drogi. Zmęczeni i nieco wewnętrznie poddenerwowani wróciliśmy do miasteczka Kostar. Tam musieliśmy rozejrzeć się za nclegiem.
Szybko zoriętowaliśmy się, że w miasteczku nie było Kościoła Katolickiego. Tak więc musieliśmy szukać gościnności u innych chrześcijańskich wyznań. Frantisek wyruszył na poszukiwania. Ja pozostałem przy rowerach, bolało mnie kolano. Po godzinie czasu Fratisek wrócił z bardzo dziwną wiadomością. Znalazł Pastora, który zaproponował, abyśmy przespali się na Policji. Była tam częśc budynku przeznaczona na `nieoczekiwane` przypadki. Pastor przywitał się z nami serdecznie i szybko zostawił samych na środku drogi, tuż przed bramą Policji. Obiecał, że jeden z pilcjantów zajmie się naszą sprawą. Minęła następna godzina, zanim pojawił się ów policjant. Oznajmił, że nie mogliśmy nocować na Policji. Był przygotowany już wziąść nas do swej mamy. W tym czasie podjechało auto, młode małeżeństwo, które przypadkowo dowiedziało sie o naszych problemach. Zaproponowali nocleg w ich domu. Przyjęli nas bardzo po przyjacielsku i z radością. Coż za piękne doświdczenie miłości Boga w drugim człowieku. Pastor przestraszony uciekł, ale jego owieczki bardziej dojrzalsze, podzieliły się miłością Boga, która żyła w ich sercach.
Wiatry nie przestawały wiać. Każedgo wieczora z przerażeniem przysłuchiwałem się kołyszącym konarom drzew. Porankiem budziły one we mnie pierwsze niepokoje i lęki. Ciągle musieliśmy walczeyć z mocami przyrody. Przypomiała mi się wówczas moja rowerowa wyprawa i modlitwa sprzed dwóch lat. Wtedy sam przejechałem dystans około 1500km, z północy na południe Botswany. Dwa lata temu prosiłem Boga o uspokojenie wiatrów. Prosiłem, aby zaminił ich kierunek o 180 stopni. Kilka godziń walczyłem z Nim na modlitwie. Tegoż samego dnia miałem wiatr wiejący już w plecy. Wspominając owe modlitwene wydarzenie zacząłem wznosić te same modlitewne prośby. Tego roku nie walczyłem jednak z wielkim zapałem. Jakiś inny głos budził się we mnie. Pedałowałem więc w milczeniu zmagając się z wiatrami, upałem i bólem lewego kolana. Pewnego dnia w trudach pokonywanej drogi, świadomie zgodziłem się, aby Wola Boga spełniła się podczas tej rowerowej pielgrzymki. Moja logika i mądrość nie umiały pojąć takowej postawy. Przecież wszystko było przeciwko mnie, wiatry, upał, i bolące kolano, a ja jeszcze zgadzałem się z wolą Boga, zamiast prosić Go o przywileje i ulgi. Zgodzenie się i przyjęcie Woli Boga było początkiem nowego doświadczenia i przeżywania drogi. Wiatry wciąż wialy, upały nie ustały, kolano bolało. Patrzyłem na to wszystko innymi oczyma. Zaufałem Bogu. Pragnąłem, aby Jego Wola spełniła się podczas tej modlitewnej przygody. Przestałem uporczywie myśleć o sobie i użalać się nad sobą. Intencja naszej wyprawy, modlitwa o uzdrowienie choroby AIDS, stała sie raz jeszcze pierwszoplanowym wydarzeniem naszego zmagania z drogą.
Kontuzja kolana sprawiła, że w pewnym momencie musiałem przerwać moje rowerowe zmagania. Zazwyczaj nie umiałem przegrywać. Tym razem, z zaufaniem Bożej Mądrości przyjąłem owo doświadczenie. Waże było uzdrowienie choroby HIV / AIDS.
Wróciłem na
misję, gdzie przyjęto mnie z wielką radością i wdzięcznością. Teraz w
atmosferze zaufania i wiary oczekujemy, aby Ojciec Niebieski uczynił to, o
co Go prosiliśmy, według Jego nauki zapisanej u Mateusza 18: 19.
Janusz Prud, Serowe
Chcialbym obecnie podzielic sie z Wami pewnym doswiadczeniem, ktore nauczylo mnie widziec wielka roznica pomiedzy wiedza o Bogu, ktory objawil sie w Chrystusie, a osobistym spotkaniem z Bogiem. W przeszlosci duzo dyskutowalem z "wielkimi" tego swiata,czyli ludzmi o duzej wiedzy, na temat Boga. Wowczas zauwazylem, ze im wieksi wiedzy tym wiecej zagubienia w osobistej przyjazni z Bogiem. Takie bylo moje doswiadczenie. Wielu zaprzeczy takiemu stwierdzeniu; szanuje ich doswiadczenie i wiedze. Obecnie moja wiedza o Bogu budowana jest na pieknym fundamecie, a jest nim osobiste spotkanie z Jego Jedynym Synem, Jezusem Chrustusem. Spotkanie, ktore nadalo nowego swiatla i entuzjazmu w budowaniu przyjazni z Nim. Po prostu jest swietnie.
Byl to czas kiedy potrzebowalem czegos nowego, zywego w mojej relacji z
Bogiem. Potrzebowalem, wiec szukalem, czyli modlilem sie i czytalem Pismo
Sw. Dobry sposob na
Janusz Prud, Serowe
Opowiem Wam jak to Slowo Pana stalo sie ponownie "cialem". Tym razem mialo to miejsce w naszej codziennej afrykanskiej rzeczywistosci. Podobnie jak Betlejem, mala wiocha, malo kto o niej slyszal. Ludzie zyja prosto i nad podziw sa usmiechnieci. Zwykli pasterze i wielu "nieroboli", po prostu nie ma pracy. W Betlejem pasterze byli pierwszymi, ktorzy zlozyli hold Synowi Boga. Czuli sie jak u siebie, zadnej zamoznosci czy pozorniactwa swiatowej "wielkosci". Historia, ktora chce sie z Wami podzielic miala miejsce w malej Botswanskiej wiosce. Nawet, gdybym powiedzial wam jej nazwe, duzo czasu potrzebowalibyscie aby zlokalizowac ja na mapie. Bedziecie musieli poslugiwac sie bardzo szczegolowa mapa.
Otoz mialo to miejsce w Ratholo. Mala wioska w srodkowej czesci Botswany, usytuowana w pasmie gor zwanym Tswapong. Bardzo urocze miejsce. Rozniace sie od ogolnego krajobrazu kraju, ktorym jestna rownina pokryata malymi, karlowatymi drzewami. W tej to wisoce spedzilem okolo piec tygodni. Praktyka nauki lokalnego jezyka. Kurs jezyka skladal sie, jakby to powiedziec, z dwoch czesci. Pierwsza czesc to cztery miesiace w klasie, akademickie zmagania z gramatyka. Natepne dwa miesiace to doswiadczenie w dwoch roznych wioskach. Mialo to na celu zasmakowanie typowego sposobu zycia tubyleczej ludnosci i praktyczne cwiczenie jezyka.
Osobiscie byle zmeczony i psychicznie zalamany progresem nauki tubylczego jezyka. Calkowicie inna historia od tego co mozna zrobic z europiejskim jezykiem. Uczac sie europejskiego jeszyka, wystarcza ksiazki, kasety, video i juz mozna porozumiewac sie w danym jezyku. Afrykanskie jezyki to calkowicie inna historia. Nie wystarczy tyko ksiazka czy kaseta. To przede wszystkim bycie z ludzmi, zycie z nimi. Bez tego jezyk jest czymc bardzo "nienaturalnym" czyli niezrozumialym dla tubylczej ludnosci.
Pobyt w Ratholo byl moim ostatnim sprawdzianem oraz "szlifowaniem" tubylczego jezyka przed rozpoczeciem pracy misyjnej. Szesc miesiecy juz walczylem juz z lokalnym jezykiem. Czulem, ze ciagle jestem na starcie. Nic, po prostu "zero" umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem w praktyce, czyli codzinnym zyciu..Po prostu nie umialem zlozyc najprostszego zdania. Tragedia, osobiste zalamanie. Calkiem inna historia i doswiadczenie jakie przezylem z nauka jezyka angielskiego. Coz, posatanowilem podjac te ostatnia probe. Pojechalem, a wlasciwie zawieziono mnie do Ratholo. Bylo po poludniu, kiedy moja noga stanela na podworzu starszego malzenstwsa, osady gdzie mialem spedzic moich piec tygodni praktyki tubylczego jezyka. Powitano mnie bardzo serdecznie. Charkterystyczna goscinnosc tutejszej ludnosci, szczegolnie tej zyjace z dala od wielkich miast i miasteczek. Zaprowadzono mnie do malego okraglego domku, tradycyjne budownictwo. Moje male mieszkanko wyposazone bylo w lozko, stol i krzeslo. Pozniej doniesiono mi mala wanienke, ktora miala sluzyc do zazywania codziennej kapieli. Kazdego dnia przynoszono mi wiaderko cieplej i wiaderko zimnej wody. Bylo to okolo czwartej po poludniu, czas mej kapieli.
Szybko odnalazlem sie w nowej rzeczywistosci. Bardzo polubilem to miejsce, ich gospodarzy i siasiadow. Moim ulubionym zajeciem bylo gotowanie na ognisku i jedzenie przy ogniu. Przecudowne spotkanie z ludzmi i natura. W tej to wiosce I w tej rodzinie nauczylem sie kochac tubylcza ludnosc oraz ich tradycje i zwyczaje. Pracowalem nad jezykiem. Moi gospodarze, emerytowny nauczyciel, ktory umial tylko po angielsku, i jego zona, byli przecudownymi przewodnikami po zakamarkach tajnikow tubylczego jezyka. Pan domu, okolo szescdziesiat piec lat, Pani domu, bliska siedemdziesiatki, starsza kobieta, przecudowna osoba, prawdziwa matka. Bardzo otwarta na doswiadczenia zyciowe. Duzo dyskutowalismy o Bogu oraz o doswiadczeniach wiary. Codziennie czytalismy Pismo sw. i dyskutowalismy na temat przeczytanego fragmentu. Oczywiscie wszystko to odbywalo sie w lokalnym jezyku, czyli setswanie. Moja gospodyni nie umiale angielskiego. Miala za to bardzo "duze" kochajace serce. Do dnia dzisiejszego jestesmy jak rodzina.
Uczac sie tubelczego jezyka w calkowicie innym srodowisku, potrzebowalem pewnego rodzaju relaksu fizycznego, czyli sportu. Sport zawsze pomagal mi utrzymywac pewna rownowage psychiczna. Tak wiec codziennie jezdzilem na rowerze i po obiedzie wspinalem sie na calkiem duzo gore, ktora wznosila sie tuz za zagroda moich gospodarzy. Pewnego dnia, bylo to okolo piatej po poludnu wracalem z moich cwiczen fizycznych, czyli z wyprawy rowerowej. Dojezdzajac do naszej zagrody widzialem ten sam schemat dnia, czyli ci sami ludzie przy ognisku, a wiec te same tematy rozmow. Bylem nieco znudzony ta szaroscia owej codzinnosci. Dzieciaki otworzyly brame. Moja koszulka, byla porwana na plecach. Po prostu jezdzac po buszu zachaczylem o male drzewa iglaste. Moi gospodarze spojrzeli na mnie z niecodziennym zaciekawieniem. Przeciez codziennie pedalowalem o tej porze. Jednak tym razem zwrocili na mnie uwage.
- Co sie stalo? - zpytal pan domu. Nie wiedzialem o czym mowi, milczalem. - Twoja koszulka jest porwana - wskazal palcem - widze, ze krwawisz. Wowczas wpadlem na pewien pomysl. Znudzony codziennym rytmem dnia, te same czynosci i zachowania. Postanowilem wymyslec jakas niecodzienna historie. - Ach - odrzeklem stawiajac rower przy malym domku - mala przygoda w buszu. - Przygoda w buszu? - ktos inny ze gromadzenia zainteresowal sie moja osoba. - Tak - opowiedzialem, wszystko w tubylczym jezyku - male zmagania z dziczyzna. - Jaka dziczyzna?? - zaniepokoila sie pani domu.
Wowczas zauwazylem, ze moj plan zaczyna dzialac. Chwile milczalem, potrzebowalem czasu, aby to wszystko poukladac w moich szarych komorkach i sprzedac im cos "mrozacego" krew z zylach. - Mala walka w buszu – opowiedzialem. - Walka?! - wszyscy odpowiedzieli jednoglosnie. - Tak - widzialem ze zalapalo - walczylem z lampartem. - Jak to walczyles z lampartem?!?! - przerazona pani domu opatrywala juz moja rane na plecach - Co ty mowisz? - Otoz musialem walczyc z lampartem – powtorzylem. Oczy wszystkich byly juz skierowane na moja osobe. Jeszcze dwie minuty temu opowiadali i wspominali stare dobre dzieje popijajac herbatke przy malym plomieniu ogniska. Codzienny rytual wisoki, spotkania i dyskusje. - O czym ty mowisz?! - gospodarz byl najwyrazniej przerazony moja historia. - Walczylem z lampartem. - wiele dzikich zwierzat mozna bylo spotkac w owym regionie, szczegolnie przy pasie gorskim.
Sciagnelem koszulke, pani domu byla najwyrazniej zaniepokojona. Kilka kropli krwie, po prostu zadrasniecie kolcem. Zauwazylem, ze zabrnalem nieco za daleko z moja historia. Wszyscy obdarzyli mnie calkowitym zaufaniem, wierzyli mojemu opowiadaniu. Chcialem to jakos odkrecic, bylo jednak juz za pozno, zabrnalem za daleko. Musialem kontunuowac. Przy ognisku zgromadzony byly starsze osoby wioski, nie mozna bylo z nimi zartowac. Zmuszony bylem wiec kontunuowac moje opowiadanie. - Co stalo sie z lampartem? - posypalo sie wiele pytan - Otoz stawialem rower pod drzwem - powoli budowalem histroie owego wydarzenia - bylem nieco zmeczony. Chcialem odpoczac w cieniu konarow drzewa - na chwile zamilklem, musialem byc wiarygodny - wowczas zauwazylem lamparta, siedzial na galezi drzewa. - Siedzial na tym drzewie gdzie stawiales rower? - ktos wtracil - Tak. Siedzial, odpoczywal - opowiedzialem - nie wiem co tam robil. Raz jeszcze doswiadczylem jak wszystkie oczy byly utkwione we mnie. Zabrnlem za daleko z moja wyobraznia. Bylo naprawde juz za pozno, aby to wszystko odkrecic i powiedziec wszystkim, ze to tylko zart.
- Tak stawialem rower pod drzewem - szukalem slow, aby kolorowo przedstawic owe wydarzenie - wowczas ow lampert skoczyl na mnie. - Skoczyl na ciebie?! - krzynela pani domu. - Tak, rzucil sie na mnie - poprosilem o szklanke wody - walczylismy okolo pietnastu mninut. - I co?? - ktos nie wytrzymal napiecia opowiadania. - I co? - widzialem, ze juz jestem bohaterem - Zabilem go! - Zabiles go??? - wszyscy zamilkli. - Tak zabilem go! - odppowiedzialem stanowczym glosem. - Jak??? - zapytali jednoglosnie. - Rekami - odpowiedzilem - golymi rekami. - To niemozliwe - kilka glosow odezwalo sie - Czlowiek nie moze zabic lamparta golymi rekami. - Macie racje - odpowiedzialem - czlowiek nie moze. Poprosilem starsza pania, gospodynie domu o podanie mi Pisma Sw. Chwile poszperalem po kartakch Pisma. Otworzylem na owym fragmencie, ktorego wlasnie potrzebowalem, aby zakonczyc moja historie. - "Jesli bedziecie miec wiare jak ziarnko gorczycy" - czytalem - "powiecie tej gorze: ‘Przesun sie stad tam!’ a przesunie sie. I nic niemozliwego nie bedzie dla was.” (Mt 17, 20) Wszyscy milczeli. Nie wiedzieli jak odpowiedziec na moje bardzo nie oczekiwane wyjasnienia. Sam bylem zaskoczony tym sposobem rozwiazania ich watpliwosci. - Wystarczy wiara jak ziarnko gorczycy i wszystko jest mozliwe - bylem panem sytuacji. - Gdzie jest cialo lamparta? - zpytali, nie wiedzac jak odpowiedziec na moje wywody z Pisma Sw. - Zostawilem pod drzewem – odpowiedzialem. - Po drzewem?! - krzykneli - Mogles je przyniesc, bysmy ucztowali! - Nie chcialem - raz jeszcze spojrzeli na mnie za zdziwieniem - nie chcialm aby ludzie z wioski wzieli mnie za kogos o nadzwyczajnej mocy.
Milczeli, nie wiedzieli co powiedziec. Wiedzialem, ze zaszedlem nieco za daleko z moja wyobraznia. Nie moglem juz niczego odkrecic. Wielu ze starszyzny, zebranych przy ognisku, poczulo by sie urazonymi. Nastepnego dnia wiesc o cudowym zbiciu lamparta "golymi rekami" szybko rozprzestrzenila sie po wiosce. Wszyscy mowili o "czerodziejskiej" sile bialego czlowieka, jedynego bialego w wiosce. Wszedzie opowiadano o jego sile, ktora potrafila zabic nawet lamparta. Slyszalem wiele interpretacji i reakcji. Ludzie z wioski i starszyzna byli gotowi powierzyc mi bardzo odpowiedzialne stanowisko we wspolnoscie. Oczywiscie wszystko to odrzucielm.
Kilka dni pozniej, wlasnie skonczylismy obiad, zgodnie ze zwyczajem bylem juz przygotowany do mej gorskiej wyprawy. Na ogol potrzebowalem okolo godziny, aby zdobyc wierzcholek gory. Posuwalem sie szybkim raczej krokiem, jednak droga byla trudna, chwilami strome wzniesienia do zdobycia. Ludzie z wioski obserwowali kazdy moj krok z wielkiem zainteresowaniem. Stalem sie kims wielkim w ich oczach. Przeciez zabilem lamparta "golymi rekami “, takie legedy krazyly po wiosce. - Czy moge pojsc z toba? - uslyszalem glos za plecami Owrocilem sie i zauwazylem starsza pania, gospodynie domu. Byla juz przygotowana do wyprawy. Pierwsza reakcja - nie wiedzialem o czym mowila. Szybko jednak zorietowalem sie, ze mowi o wyprawie na szczyt gory. Nie moglem uwierzyc, miala tyle odwagi. Przeciez byla to dluga i wyczerpujaca wyprawa. Stanowczo za powazna dla osoby w jej wieku. Poza tym nie miala zadnego doswiadczenia we wspinaczce i tak dalej. - Chce pojsc z toba na szczyt gory - patrzyla mi prosto w oczy. - Mowisz o tej gorze? - wskazelem palcem wierzcholek gory rozposcierajacy sie na horyzonicie. - Tak! - stanowczo odpowiedziala - Chce wejsc na nia razem z toba. - Przeciez jestes… - zamilklem, nie chcialem jej urazic, jednak trzeba bylo spojrzec prawdzie w oczy, byla w podeszlym wieku. - Mowisz: za stara - czytala w mich oczach - a jednak chce pojsc z toba. - To jest meczaca i dluga wyprawa - wymamrotalem w tubylczym jezyku. Nie moglem wyobrazic sobie jej wspinajacej sie na szczyt gory. Potrzebowalibysmy kilku godzin, aby zdobyc wierzcholek. Prawde powiedziawszy balem sie o jej kondycje. Widzialem juz jak pada mi na zboczu gory z wyczerapania czy pod wplywem ataku serca. Czarne sceny wypelnialy moja wyobraznie.
- Nie, nie dasz rady - zdobylem sie na chwile szczerowsci - przeciez twoj wiek ci na to nie pozwala. - Dam rade - odpowiedziala stanowczym glosem. - Dasz rade - powtorzylem, przerazila mnie jej stanowczosc siebie - Przeciez nie wiesz o czym mowisz - probowalem wyjasnic jej ze nidgy nie wspinala sie na zadna gore w jej zyciu - zadbaj o siebie, jak wroce to porazmawiamy o Pismie Sw. - Nie, chce isc z toba - byla stanowcza. - Co czyni cie pewna ze mozesz pokonac ow dystans, strome podejscie na gore? - Co? - podeszla blizej - To - powiedziala podsuwajac mi Pismo Sw. pod nos. - Nie rozumiem o czym mowisz - z lekiem parztylem na Pismo Sw. - "Jesli bedziecie miec wiare jak ziarnko gorczycy" – pot oblal mi plecy - "powiecie tej gorze: ‘Przesun sie stad tam!’ a przesunie sie. I nic niemozliwego nie bedzie dla was.” - cytowala slowa Ewangelii Mateusza.
Zagrala te sama nute, jak ja to uczynilem kilka dni temu. Nieswiadoma mego dowcipu, postanowila pojsc tymi samymi sladami.Zaufala Slowom Pana. Przerazilem sie, bylem w potrzasku. Nie moglem powiedziec "nie". Przeciez kopiowala bohaterskie wyczyny walki z lampartem. Nie chciala walczyc z zadnym zwierzeciem, chciala po prostu wejsc na szczyt gory, ktora rozposcierala sie tuz za jej zagroda. - Nie dasz rady - probowalem ja przekonac - jestes w podeszlym wieku a droga jest dluga i stroma. - Wiara - odpowiedziala - wiara, czyni cuda, potrafi nawet gory przenosic. Patrzylem jej w oczy bez slowa. Moglem dyskutowac z nia o jej wierze czy wierzeniach. Nie moglem jednak zakwestionowac Slow Boga. Nie moglem zakwestinowac tych samych slow, ktorych uzylem kilka dni temu, czyniac siebie bohaterem wioski.
Bez slowa wskazalem jej droge. Ruszylismy na podboj szczytu. Zajelo nam to duzo czasu. kilka razy stawalismy, siadala na kamieniu, potrzebowala "zaczerpnac nieco powietrza". W miare posuwania sie do przodu podziwialem coraz bardziej jej fizyczna kondycje. Slowa wypowiedziane przez Chrystusa o przenoszeniu gor wcale nie pojawily sie w moim mysleniu. Wspinala sie bez wiekszych oznak zmeczenia. Potrzebawala tylko nieco wiecej czasu. W koncu stanelismy na szczycie gory. Usiadlem na skrawku skaly. Moje oczy sledzily kazdy jej krok, ciagle balem sie o nia. Balem sie aby nie stoczyla sie na dol, przeciez byl to jej pierwszy sukces, zdobycie szczytu. Spacerowala z duma. Byla dumna z wlasnego wyczynu. Usmiechnieta twarz i oczy pelne dumy, wiara zwyciezyla. Dlugo przygladala sie wiosce rozposcierajace sie u podnoza gory. - Wiesz - odezwala sie wreszcie - mieszkam tutaj od ponad szesdziseciu lat, nigdy jednak nie patrzylam na nasza wioske z gory.
Duma, przecudowne uczucie zwyciestwa, ktore nie prowadzi do proznego samozadowolenia, ale raczej do spotkania z Prawda. Jej duma stala sie moja duma. Bylem wdzieczny Bogu za to doswiadczenie wiary. Przecudowna moc z podazania za Slowami Boga. Kilka dni temu zazartowalem sobie, ona dzis uczynila Slowa Boga rzeczywistoscia swego zycia. Czyli Slowo stalo sie cialem w jej codziennym zyciu. - Wiesz - przerwala moje rozwazania - teraz rozumiem dlaczego Chrystus modlil sie na gorze. Widzial cala wioske, wszystkie osady wioski, wszystkich ludzi, ich radosci i troski - patrzyla na ludzi poruszjacy sie jak mrowki u podnoza gory - on widzial kazda chwile i sytuacje ich zycia. Bardzo piekne kazanie, dzielila sie Slowaem, ktore na moich oczach stalo sie "cialem".
Wrocilismy do naszej malej zagrody. Ona dumna i pelna radosci. Ja wtoczylem sie do mego malego pomieszczenia, wzialem Pismo Sw. do reki. Czulem jego moc. Otworzylem slowa mowiace o ziarnku gorczycy, Mateusz 17: 20. Moje oczy zamglily sie lzami. Tym razem nie tylko czytalem Slowa Chrystusa, czulem ich moc. Jego Slowa staly sie Cialem. Owego dnia, Jego Slowa staly sie raz jeszcze cialem. Ukleknalem i podziekowalem Bogu za cud. Jego slowo stalo sie CIalem raz jeszcze w moim zyciu.
Kilka tygodni pozniej wrocilem do misji. Otrzymalem moje
pierwsze przeznaczenie. Slabo umialem tubylczy jezyk, wrecz wcale. Moja
misyjana praca byla zagrozona, patrzac z owego punktu widzenia. Nie moglem
glosic Slowa Bozego w tubylczym jezyku. Co bylo jednak wazne, Jego Slowo
stalo sie "cialem" we mnie, w mej codziennej rzeczywistosci, na moich
oczach. Nie balem sie czy bede umial mowic tubylczym jezykiem czy nie.
Wiedzialem, ze Slowo codzinnie staje sie cialem w naszym zyciu.. Tak wiec
nie “mowione slowo” stalo sie podlozem mego gloszenia Dobrej Nowiny, ale
Slowo, ktore stalo sie "Cialem".
Jacek Gniadek, Maun
Sześć lat temu przybyłem do Botswany na misje. Nie wiedziałem zbyt wiele o tym państwie, położonym w Kotlinie Kalahari, w Afryce Południowej. Przed wyjazdem przeczytałem, że pierwsi katoliccy misjonarze rozpoczęli tu pracę ewangelizacyjną dopiero w 1926 r. Słyszałem, że w momencie odzyskania niepodległości był to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie. Jednak w chwili mojego wyjazdu na misje Botswana należała już od dawna do najzamożniejszych państw Czarnego Kontynentu. Nie zrobiło to jednak na mnie żadnego wrażenia. Byłem już wcześniej w Afryce Równikowej i wyjeżdżając do Botswany nie obiecywałem sobie za dużo. Po przyjeździe okazało się, że odkryłem prawdziwą perłę.
Zaskoczy to na pewno niejednego czytelnika tej strony, ale Botswana jest najstarszym państwem o nieprzerwanej demokratycznej tradycji w pokolonialnej historii Afryki. Elementy sytemu demokratycznego nie pojawiły się jednak w tym kraju po raz pierwszy wraz z adopcją projektu konstytucji opartej na Westminsterskim Statucie w czasach protektoratu brytyjskiego. Botswańczycy mają system demokratyczny we krwi. Tradycyjna władza plemiennych wodzów była tu zawsze ograniczona przez zwyczaje i prawo w postaci wioskowych rad zwanych ‘kgotla’ (w jęz. setswana - spotkanie przedstawicieli starszyzny plemiennej).
W przeciwieństwie do pozostałych krajów afrykańskich, gdzie ich przywódcy po uzyskaniu niepodległości przechodzili na system jednopartyjny lub władze przejmowały wojskowe junty w wyniku licznych zamachów stanu, Botswańczycy wybierali w tym czasie regularnie swoich przywódców w demokratycznych wyborach. Obecna scena polityczna Botswany jest wyraźnie spolaryzowana. Liczą się właściwie dwie partie: prawicowa Demokratyczna Partia Botswany (DPB), utrzymująca się przy władzy od momentu odzyskania niepodległości przez Botswanę w 1966 r. i lewicowy Narodowy Front Botswany (NFB), będący w wiecznej opozycji parlamentarnej. Reprezentację parlamentarna w postaci jednego mandatu ma w chwili obecnej Partia Kongresowa Botswany, a poza parlamentem istnieje jeszcze 10 innych małych partii politycznych.
Powstanie BDP Kluczem do zrozumienia politycznej stabilizacji Botswany i jej sukcesów gospodarczych są okoliczności powstania DPB oraz sylwetka jej założyciela, Seretse Khamy. DPB została założona pod koniec 1961 roku jeszcze w czasach protektoratu brytyjskiego jako Demokratyczna Partia Beczuany. Celem, który sobie partia wyznaczyła była oczywiście walka o odzyskanie niepodległości. Jednak bezpośrednią przyczyna powstania BDP to stworzenie opozycji w stosunku do innej istniejącej już w protektoracie Ludowej Partii Beczuany (LPB), założonej rok wcześniej przez K. T. Motsetse.
Wart odnotowania jest tu fakt, że Brytyjczycy w przeciwieństwie do Francuzów stosowali w swoich koloniach zasadę rządów pośrednich i tak np. po odzyskaniu niepodległości przez Ghanę w 1957 roku w brytyjskich posiadłościach nasilił się proces stopniowego przekazywania władzy miejscowej ludności. W 1960 roku Beczuana otrzymała pierwszy projekt nowej konstytucji, który uwzględniał ustanowienie Rady Ustawodawczej złożonej z równej liczby Afrykańczyków i Europejczyków. Konsekwencją tych przemian było powstawanie nowych partii politycznych.
Pierwszą partią była Federalna Partia Beczuany (FPB), która opowiadała się za powszechnymi wyborami i tym samym stanęła w opozycji do plemiennych wodzów, którzy mieli prawo do nominowania swoich reprezentantów do Rady Ustawodawczej. FPB nigdy nie zyskała szerokiego poparcia i po trzech latach funkcjonowania zniknęła ze sceny politycznej w 1962 r. Na powstanie drugiej partii, LPB, duży wpływ miały wydarzenia w Związku Południowej Afryki. Po rozruchach w Sharpville w 1960 roku wprowadzono tam zakaz funkcjonowania afrykańskich partii politycznych. Około 1400 osób związanych z Afrykańskim Kongresem Narodowym Południowej Afryki (ANC) i Kongresem Panafrykańskim (PAC) uciekło do Beczuany. Niektórzy z nich byli Botswańczykami i próbowali kontynuować działalność polityczną w swoim kraju. Wśród tej grupy był między innymi Motsami Mpho, który był członkiem ANC i został sekretarzem generalnym LPB.
Program LPB nie odbiegał od socjalistycznych manifestów politycznych ANC i PAC. Członkowie LPB żądali radykalnych zmian socjalnych i politycznych. Byli za wydaleniem wszystkich białych osadników i za natychmiastowym wprowadzeniem nowej konstytucji potępiającej rasizm i kolonializm brytyjski. Khama nie tylko był przekonany, że partia pozostająca pod obcym wpływem może być niezdolna do rządzenia krajem, ale mocno wierzył, że tylko konstytucyjne zmiany a nie rewolucja są w stanie zapewnić odzyskanie niepodległości. W przeciwieństwie do panafrykanistycznych poglądów LPB („Afryka dla Afrykańczyków”) opowiadał się wyraźnie za społeczeństwem wielorasowym. Miał też inne poglądy na rolę, jaką Wielka Brytania odegrała w historii Botswany. Musimy pamiętać, że to Khama III, wódz plemienia Bamangwato, wraz z innymi wodzami plemiennymi z grupy Tswana poprosili Koronę Brytyjską o protektorat. Mimo poważnych zaniedbań w rozwoju protektoratu i nawet osobistych urazów do Brytyjczyków Khama widział Wielką Brytanią jako przyszłego politycznego i gospodarczego partnera. Był również, w przeciwieństwie do LPB, zwolennikiem wyborów w okręgach jednomandatowych.
Seretse Khama DPB bardzo szybko zdobyła popularność w całej ówczesnej Beczuanie i zawdzięczała to głownie swojemu założycielowi. Khama pochodził z rodu wodza plemienia Bamangwato. Wyższe wykształcenie zdobył w Związku Południowej Afryki (ZPA) na Uniwersytecie Fort Hare i w Wielkiej Brytanii na Oxfordzie, gdzie studiował prawo. W tym czasie Khama należał do nielicznych wodzów plemiennych z wyższym wykształceniem. W roku 1948 ożenił się z białą Angielką Ruth Willimas. To romantyczne małżeństwo afrykańskiego wodza i białej dziewczyny przyciągnęło w tamtych czasach uwagę całego świata. Początkowo R. Williams nie została zaakceptowana w Beczuanie. Później z powodu obiekcji wysuwanych przez białych osadników w ZPA, władze Brytyjskie skazały Khame na wygnanie z Botswany i wydziedziczyły go jako wodza w 1952 r. Pozwolenie na powrót do kraju uzyskał dopiero w roku 1956. Wracając z wygnania jako ‘osoba prywatna’ zaangażował się w życie polityczne. Szybko dał się poznać jako sprawny polityk. Będąc osobą prywatną, a nie wodzem plemienia Bamangwato, zyskał poparcie innych plemion i szybko zdobył sobie uznanie narodowego przywódcy, zwłaszcza w ośrodkach wiejskich, co nie udało się innym partiom, które opowiadały się za osłabieniem tradycyjnych struktur plemiennych. Najsilniejsze poparcie ‘wywalczył” oczywiście wśród swojego plemienia Bamangwato, które było najliczniejszym w protektoracie.
Pod wpływem nacisków ze strony nacjonalistów Wielka Brytania zgodziła się na dalsze ustępstwa. Powstało Zgromadzenie Narodowe, do którego członkowie mieli być wybierani w wyborach powszechnych oraz Izba Wodzów jako organ doradczy. Zniesiono urząd wysokiego komisarza. W marcu 1965 roku odbyły się wybory, w których zdecydowane zwycięstwo odniosła DPB, zdobywając 28 z 31 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym. Khama objął urząd premiera Autonomicznego Rządu Protektoratu Beczuany, a po odzyskaniu niepodległości przez Botswanę (30 września 1966), został pierwszym prezydentem i szefem rządu niepodległej Republiki Botswany. Porażka LPB była między innymi wynikiem wewnętrznych sporów i różnic w szeregach przywódców partyjnych. W 1964 r. doszło do rozłamu LPB i M. Mpho założył nową partie, o nazwie Niezależna Partia Botswany.
Prawica górą W 1969 roku, w pierwszych wyborach parlamentarnych po odzyskaniu niepodległości, wygranych zdecydowanie przez Khamę, reprezentację parlamentarną w postaci trzech mandatów zdobył Narodowy Front Botswany. Ta nowa partia została założona w 1966 roku przez socjalistę Kennetha Koma, który tuż przed odzyskaniem niepodległości powrócił ze studiów w Moskwie, gdzie ukończył Uniwersytet im. P. Lumumby szkolący socjalistyczne kadry dla krajów rozwijających się. Koma uważał, że Botswana zarządzana przez DPB, nie miała pełnej kontroli nad swoimi bogactwami. Jednym z głównych punktów socjalistycznego programu NFB była oczywiście nacjonalizacja gospodarki. DPB była krytykowana za zbyt konserwatywną politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Nowa partia główne poparcie zdobyła w miastach. W pierwszych wyborach w niepodległej Botswanie, NFB uzyskał w Gaborone, stolicy Botswany, więcej głosów niż DPB. Prestiż Khamy gwarantował jednak DPB pewną wygraną w każdych wyborach i opozycja nie odgrywała większej roli aż do momentu jego przedwczesnej śmierci na raka w 1980 r.
Przekazanie władzy jak na warunki afrykańskie przebiegło niezwykle sprawnie i zgodnie z demokratycznymi zasadami. Wieloletni przyjaciel Khamy, współzałożyciel partii i zarazem wiceprezydent, Masire, został niemal jednogłośnie wybrany przez parlament na prezydenta, w tym również głosami opozycji. Pod przewodnictwem Masire rząd odnosił kolejne sukcesy gospodarcze, a partia wygrywała wszystkie kolejne wybory przypominając wyborcom w każdej kampanii wyborczej, że oddanie władzy socjalistycznej opozycji byłoby zagrożeniem dla gospodarki. Po śmierci Khamy nie obyło się jednak bez personalnych nieporozumień wewnątrz rządzącej partii. Prawdopodobnie najbardziej szkodliwym w skutkach była sprawa wyboru następcy po Masire. Podczas wyborów w 1994 roku NFB po raz pierwszy naruszył niezachwianą większość parlamentarna DPB, zdobywając 40 procent głosów i uzyskując 13 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym. Był to najlepszy wynik NFB w całej jego historii.
Wiele przyczyn złożyło się na spadek popularności DPB w tym czasie. Jedną z nich była korupcja. Do największych afer należy zaliczyć nielegalne sprzedawanie państwowej ziemi, afery w Spółdzielni Mieszkaniowej Botswana, Narodowym Banku Rozwoju i w Ministerstwie Edukacji, które było wplątane w nielegalne transakcje związane z dostarczaniem pomocy naukowych dla szkół podstawowych. Należy tu podkreślić, że korupcja w Botswanie była znikoma w porównaniu z takimi korupcyjnymi gigantami, jak Demokratyczna Republika Konga (dawny Zair) czy Nigeria. Według najnowszego rankingu państw o najmniejszej korupcji na świecie (według the Berlin-based organization Transparency International) Botswana została sklasyfikowana na 24 pozycji. Warto tu odnotować, że Polska znajduje się dopiero na 49 miejscu. W tm samym rankingu, na miejscach pomiędzy Botswaną i Polską znajdują się jeszcze tylko dwa państwa afrykańskie: Tunezja oraz Namibia. Reszta Afryki jest daleko w tyle za Polską.
Inną przyczyną spadku popularności DBP była szybka urbanizacja, jaka miała miejsce w ostatnim czasie w Botswanie. Tradycyjnie miasta były zawsze najsilniejszymi ośrodkami opozycji i spodziewano się, że w kolejnych wyborach FNB może odnieść jeszcze większy sukces. Przewidywania politycznych analityków się jednak nie sprawdziły. Do ostatnich wyborów parlamentarnych stanęło sześć partii politycznych i dwóch niezależnych kandydatów na prezydenta. DPB jeszcze raz wygrała i odniosła spektakularne zwycięstwo, zdobywając 33 z 40 miejsc w parlamencie. NFB pozostał w roli partii opozycyjnej, ale tylko z 6 mandatami. Ostatnie wybory w 1999 roku pokazały, że DPB poczyniła znaczne postępy w zdobywaniu elektoratu w tradycyjnych bastionach partii opozycyjnych. Przewaga DPB była widoczna również w wyborach regionalnych, gdzie partia rządząca wygrała w 11 z 14 dystryktów.
Wydaje się tutaj stosownym nadmienić, że w porównaniu z resztą Afryki, bardzo zaskakującą cechą nowoczesnej Botswany jest pełna godności prostota życia miejscowego establishmentu. Nie było tu nigdy pompatycznych parweniuszy próbujących zwrócić na siebie uwagę ekstrawaganckim stylem bycia, znanych we Wschodniej Afryce jako Wabenzi (termin pochodzi od ich ulubionej marki samochodu – Daimler-Banz). Styl pierwszego prezydenta Botswany jest w dalszym ciągu naśladowany przez obecnych polityków. Były prezydent kraju. Q. Masire, sam odbiera telefony. Obecny prezydent, F. Mogae, mówi do gości w sposób prostolinijny, porusza się po stolicy bez zbędnej parady samochodów i wystrzega się drogich, prywatnych samolotów, ulubionych środków transportu prezydenta RPA Thabo Mbeki, prezydenta Namibii Samuela S. Nujomy i króla Suazi Mswati III, który na prywatny odrzutowiec wydał jedną trzecią dochodu narodowego swojego małego królestwa.
Jeszcze jedno zwycięstwo Zwycięstwu DPB przypisuje się różne czynniki. Najważniejszym z nich jest z pewnością reforma DPB. Uznanie frakcji wewnątrz partii za szkodliwe i odmłodzenie partyjnej kadry to kolejne fenomeny, niespotykany nigdzie indziej w polityce na Czarnym Kontynencie. Powrót Iana Khamy, najstarszego syna pierwszego prezydenta i byłego naczelnego dowódcy sił zbrojnych, przyczynił się do złagodzenia rozłamów. Duża część zwolenników DPB, która przeszła do opozycji, wróciła znowu na stronę rządzącej partii. Ian Khama, startując w wyborach w północnym okręgu wyborczym w Serowe (miasto rodzinne jego ojca) zdobył ponad 6 tys. głosów i tym samym stał się jedynym członkiem rządzącej partii, na którego głosowało ponad 6 tys. wyborców. Żaden z jego przeciwników nie uzyskał więcej niż 500 głosów. W przeciwieństwie do innych partii, przedsiębiorcy i prywatni sponsorzy byli więcej niż hojni dla DPB. Z kwotą 680 tys. USD DPB mogła zorganizować spektakularną jak na warunki Botswany kampanię wyborczą z bilbordami, wykupionym czasem antenowym w lokalnych komercyjnych stacjach radiowych i ogłoszeniach w prywatnych gazetach. Dla potrzeb kampanii wyborczej zakupiono nowe samochody dla każdego z czterdziestu okręgów wyborczych do wyjazdu w teren. Większość Botswańczyków, która poszła do urn wyborczych w 1999 roku znowu okazała zaufanie DPB.
Rok przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi Botswana dokonała następnego wielkiego wyczynu. Masire zrezygnował z funkcji prezydenta i następcą został Festus Mogae, były minister finansów, ekonomista i zdolny technokrata. Był to dopiero czwarty przypadek w historii Czarnego Kontynentu, gdzie prezydent ustąpił dobrowolnie z zajmowanego stanowiska. W tym samym czasie wniesiono również poprawkę do konstytucji Botswany, ograniczając sprawowanie urzędu prezydenta do dwóch pięcioletnich kadencji. Należy podkreślić wymiar tego wydarzenia w skali regionu Afryki Południowej. W sąsiedniej Namibii również wprowadzono poprawkę do konstytucji, ale dzięki tej zmianie urzędujący prezydent Nujoma został w 1999 roku wybrany na trzecią pięcioletnią kadencję. Dwa lata później, przed wyborami w 2001 roku ustępujący prezydent Zambii Fryderyk Chiluba, któremu kończyła się druga pięcioletnia kadencja, nie zdołał przekonać opinii publicznej o potrzebie wprowadzenia takiej poprawki i nowym prezydentem został Levy Patrick Mwanawasa. Chiluba jest obecnie oskarżony o korupcje i przebywa w areszcie. W 2000 roku, Robert G. Mugabe, urzędujący prezydent Zimbabawe od momentu odzyskania niepodległości przez ten kraj w 1980 roku, poddał pod referendum projekt nowej konstytucji, z poprawką dającą mu możliwość pozostania przy władzy przez następne dwie pięcioletnie kadencje. Projekt konstytucji został w referendum odrzucony przez Zimbabwiańczyków, ale następne wybory w 2002 r. zostały sfałszowane i bez zbędnych kosmetycznych poprawek w konstytucji Mugabe utrzymał się dalej przy władzy.
Najbiedniejszy na świecie Gospodarka Botswana należy od wielu lat do najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Przez ostatnie lata, począwszy od 1966 roku gospodarka ta rozwijała się w przeciętnym tempie przyrostu produkcji wynoszącym 9,2% pozostawiając w tyle takie światowe potęgi jak Korea Południowa ze średnim przyrostem wynoszącym tylko 7,35 % i Chiny z 6,7%. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) słusznie określa gospodarkę botswańską jako przyjazną wolnemu rynkowi. Botswana jest największym eksporterem diamentów, ale błędem byłoby jednak przypisywanie całego sukcesu rozwojowi górnictwa. W porównaniu z takim np. Kongo, gdzie pod ziemią kryje się niemal cała tablica Mendelejewa, Botswana nie powinna mieć najmniejszych szans. Ale stało się inaczej. Kongo należy dziś do jednych z najbiedniejszych państw na świecie, a dewizowe rezerwy Botswany są większe od Polski (6,7 mld USD w 2002 r.) z dochodem narodowym wynoszącym 9,5 tys. USD (2002 r.) na jednego mieszkańca (w roku 1966 wynosił tylko 80 USD).
Nic jednak nie wskazywało na to w momencie odzyskania niepodległości przez ten jeden z najbiedniejszych w tym czasie krajów na świecie i w dodatku kraju, położonego w najbardziej niesprzyjających warunkach geograficznych jakie można sobie tylko wyobrazić – w piaszczystej dolinie Kalahari. Położenie geopolityczne Botswany nie było wcale lepsze. Na południu i południowym wschodzie była Republika Południowej Afryki, gdzie od 1948 przy władzy była Partia Nacjonalistyczna, wcielająca w życie ustawodawstwo apartheidu. Na zachodzie i północy była Namibia, której terytorium było praktycznie anektowane jeszcze przez Związek Południowej Afryki. Za wschodnią granicą Ian D. Smith proklamował jednostronnie niepodległość Rodezji (dziś Zimbabwe) w 1965, nie uznaną oficjalnie przez żadne państwo świata i potępioną przez ONZ oraz Organizację Jedności Afrykańskiej (OJA). Do tego trzeba jeszcze dodać Zambię na północy, która wprawdzie odzyskała niepodległość w 1964 r., ale prezydentem kraju mianowano K. Kaundę, który wkrótce podjął realizację reform wewnętrznych w ramach koncepcji „filozofii humanizmu”, co w praktyce oznaczało przejęcie kontroli nad brytyjskimi i amerykańskimi towarzystwami górniczymi. Należy również pamiętać, że odzyskanie niepodległości przez Botswanę zbiegło się z jedną z największych susz w dziejach tego państwa. Do roku 1965 przez cztery lata z rzędu nie spadła ani jedna kropla deszczu. Drastyczna w skutkach susza była połączona z epidemią pryszczycy. Mieszkańcy Beczuany stracili 400 tys. sztuk bydła, co stanowiło jedną trzecią całego pogłowia w tym kraju. Był to ogromny cios dla kraju, którego gospodarka opierała się głównie na pasterstwie. Pozostałe przy życiu bydło było masowo sprzedawane na ubój. Ponad 100 tys. ludzi cierpiało głód, utracone zostały wszystkie zbiory miejscowych zbóż, a rezerwy żywności i pieniędzy były praktycznie na wyczerpaniu. Myślę, że trudno wyobrazić sobie gorszy początek.
Jednak mimo takiego pechowego startu, zwycięstwo DPB w wyborach w 1965 r., perspektywa stabilnego rządu i zapewnienia o realistycznej polityce gospodarczej opartej na współpracy handlowej z sąsiadami stworzyły dobry klimat dla inwestycji. Khama prowadził rozsądną politykę zagraniczną, gdyż zdawał sobie sprawę z całkowitej ekonomicznej zależności od RPA. Jako Afrykańczyk zdecydowanie przeciwstawiał się południowoafrykańskiej polityce apartheidu i wyrażał to językiem dalekim od obłudnych frazesów. Gdy jednak ONZ i OJA nałożyły ekonomiczne sankcje na RPA, by wymusić zakończenie polityki apartheidu, Botswana nie sprzeciwiła się tym sankcjom, ale równocześnie nie zaprzestała wymiany handlowej z RPA ze względu na własne ekonomiczne korzyści. Nieco inna była polityka wobec Rodezji. Został wprowadzony zakaz na transport ropy i broni do tego kraju przez terytorium Botswany. Rząd botswański wprowadził również zakaz importu tytoniu i piwa, ale ten ostatni zakaz nie obejmował północnej części Botswany (Chobe), która całkowicie była uzależniona ekonomicznie od swojego wschodniego sąsiada. Mimo niesprzyjającego położenia geopolitycznego gospodarka botswańska w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości rozwijała się w błyskawicznym tempie.
Odkrycie diamentów W roku 1965 Brytyjczycy opublikowali informator geologiczny Botswany, w którym zasadniczym wnioskiem było stwierdzenie, że w kraju tym nie ma żadnych większych złóż wartościowych minerałów. Nie po raz pierwszy w historii tego typu konkluzje zostały zdementowane. W roku 1967 grupa geologów z południowoafrykańskiego konsorcjum De Beersa po 12 latach poszukiwań odkryła ogromne złoża diamentów w północno-centralnej części kraju w okolicach Orapy. Rząd botswański podpisał z De Beersem porozumienie o utworzeniu spółki górniczej (od 1991 roku funkcjonuje jako Debswana), w której rząd miał 50 procent udziałów. Produkcja diamentów w Orapie ruszyła w 1971 r. Sześć lat później, 20 km na zachód od Orapy wybudowano drugą kopalnie w Letlhakane. W 1973 roku De Beers odkrył jeszcze większe złoża diamentów w południowo-zachodniej części Botswany w okolicach Jwaneng. Produkcja pełną parą ruszyła w roku 1982. Jeszcze raz należy podkreślić, że samo szczęście odkrycia diamentów nie wystarczyłoby do sukcesu, gdyż w podobnej sytuacji była większość krajów w Afryce. Trzeba tu zaznaczyć po raz wtóry, że kluczem do fenomenalnego wzrostu gospodarczego była prorynkowa polityka rządu. Z perspektywy czasu łatwo chyba sobie wyobrazić jak potoczyłyby się losy tego półpustynnego kraju, gdyby wybory wygrał socjalistyczny FNB. Podobną politykę rząd botswański zastosował wobec eksploatacji złóż miedzi i niklu w okolicach Selebi-Phikwe tworząc inną spółkę, w której również ma 50% udziałów.
Po gospodarczym wzroście z końca lat osiemdziesiątych, gdy produkt krajowy brutto na jednego mieszkańca wynosił 2,3 tys. USD, botswańska gospodarka gwałtownie zwolniła tempa. Między rokiem 1989 a 1993 wzrost gospodarczy spadł z 13,2 % do –0,7%. Inflacja wzrosła do 14,3 procenta, a eksport zmniejszył się o 20%. Jednak rozsądne zarządzanie największym bogactwem Botswany przyniosło znowu swoje owoce. Rząd botswański potrafił wynegocjonować nowe korzystne warunki z Centralną Organizacją Handlową De Beers’a (obecnie Towarzystwo Handlowe Diamentami), która kontroluje 80% światowego handlu diamentami. Wszystkie diamenty w stanie surowym zaczęły od tego momentu przechodzić przez Towarzystwo Handlowe Diamentami i sprzedaż botswańskich diamentów po światowym kryzysie na ten surowiec znacznie wzrosła. W chwili obecnej górnictwo diamentów dostarcza jedną trzecią produktu krajowego brutto i ponad 70% wartości eksportu. Jest to 50% dochodów rządowych. W roku 2003 wartość rynkowa sprzedanych diamentów przekroczyła po raz kolejny 2 miliardy USD, co stanowi prawie jedną trzecią wartości ogólnoświatowej produkcji. W roku ubiegłym w Debtswanie było zatrudnionych 6300 pracowników i 93% z nich stanowili Botswańczycy.
Głównym źródłem rządowych dochodów po odzyskaniu niepodległości były nie tylko diamenty. Razem z Suazi, Lesotho i RPA, Botswana należy do Unii Celnej Afryki Południowej (UCAP), która powstała w 1969 r. Te trzy byłe kolonie brytyjskie bez dostępu do morza używały południowoafrykańskich portów dla importu i eksportu swoich towarów. W pierwszym roku po wejściu do związku celnego Botswana była ciągle mocno uzależniona od brytyjskich subwencji, które jeszcze w pierwszym roku po wejściu do unii celnej wynosiły więcej niż całe dochody z cła włącznie z akcyzą na wyroby alkoholowe. Brytyjskie dotacje wkrótce skończyły się, ale Botswana miała wystarczająco dużo czasu na wytargowanie korzystnych dla siebie taryf wewnątrz unii celnej i w najlepszym okresie w roku 1974 osiągnęły 54% rządowych dochodów. Wraz z szybkim rozwojem górnictwa dochody z unii celnej zmniejszyły się do 14% wszystkich dochodów państwa za rok 1989/90 i zaczęły gwałtownie spadać. Jedną z przyczyn spadku był kontrowersyjny sposób podziału dochodów z cła, podatku od wartości dodanej i opłaty akcyzowej ściąganego przez rząd RPA, który do roku 1996 wyłącznie sam decydował o ich podziale. Botswana i pozostałe kraje członkowskie unii celnej zaczęły renegocjować warunki układu z RPA. Innym powodem było przystąpienie RPA do Światowej Organizacji Handlu (Botswana też jest członkiem tej organizacji), w wyniku czego cła zostały zmniejszone i towary amerykańskie zaczęły być bardziej konkurencyjne na rynku południowoafrykańskim.
Nowym ważnym partnerem handlowym Botswany zostało Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (ESWH). W chwili obecnej 90% wartości botswańskiego eksportu wędruje na rynki Europy Zachodniej, ale nie są to tylko diamenty. Ponad 4/5 botswańskiej wołowiny (18,9 mln ton rocznie) jest przeznaczone na rynek zachodnioeuropejski, gdzie Botswana ma możliwość zbytu tego towaru po cenach preferencyjnych. Prócz hodowli bydła turystka jest następnym kluczowym sektorem botswańskiej gospodarki. Mimo spadku liczby turystów podróżujących samolotami po ataku terrorystycznym na Centrum Handlowe w Nowym Yorku 11 września 2001 turystyka jest ciągle drugim sektorem po górnictwie (734 tys. turystów w 1997r.) przynoszącym rządowi największe zyski. Botswana obecnie handluje w ramach ESWH (87%), UCAP (7%) i z Zimbabwe (4%). Dane pochodzą z 2003 r.
Gospodarcza niezależność Cyfry te wskazują na pewną znaczącą tendencję w polityce zagranicznej Botswany. Ten kraj bez dostępu do morza wyszedł już na tyle spod strefy wpływów RPA, że jest dziś jedynym państwem regionu, które mogłoby wytrzymać embargo nałożone przez swojego południowego sąsiada. Większość towarów do Botswany jest ciągle importowana z RPA, ale w tym momencie jest to bardziej sprawa mniejszych kosztów niż forma gospodarczego uzależnienia. Wziąwszy pod uwagę obecną pozycję botswańskiej waluty, od wielu lat najmocniejszego pieniądza w Afryce (1 USD = 4,43 botswańskiej Pula (BWP)), Botswana byłaby w stanie zaopatrzyć się w niezbędne towary w dowolnym miejscu na świecie.
W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że po uzyskaniu niepodległości w 1966 roku, wyrwanie się spod strefy wpływów RPA było głównym celem polityki zagranicznej Botswany. W połowie lat siedemdziesiątych, Botswana, ciągle jeszcze gospodarczo nierozwinięta i politycznie słaba, była współzałożycielem Państw Frontowych Afryki Południowej, organizacji politycznej, której celem było doprowadzenie do niepodległości Zimbabwe i Namibii, obalenie apartheidu w RPA, oraz przeciwstawienie się politycznej i gospodarczej dominacji RPA w rejonie Afryki Południowej. Jako rezultat pozytywnego doświadczeniea współpracy między rządami „państw frontowych” w 1979 r. podczas konferencji w Arusha (Tanzania) powstała Południowoafrykańska Konferencja Koordynacji Rozwoju, której celem była redukcja gospodarczej dominacji RPA i harmonizacja rozwoju w rejonie. W styczniu 1992 r. jako odpowiedź na polityczne zmiany w RPA konferencja przekształciła się we Wspólnotę Rozwoju Afryki Południowej i RPA zostało przyjęte jako jedenasty członek nowej wspólnoty gospodarczej. Cele organizacji uległy zmianie. Teraz naczelnym celem stało się utworzenie strefy wolnego handlu i wprowadzenie jednolitej taryfy celnej na zewnątrz wspólnoty.
Pomysł utworzenia strefy wolnego handlu w rejonie Afryki Południowej jest bardzo mocno popierany przez rząd w Gaborone. W czerwcu ubiegłego roku rozpoczęto rozmowy między państwami UCAP i rządem Stanów Zjednoczonych. Prowadzone do tej pory bilateralne rozmowy były bardzo pomyślne i podpisanie umowy (Free Trade Agreement) jest planowane na koniec tego roku jeszcze przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Układ ten powstaje na podstawie pozytywnego doświadczenia w wymianie handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. W maju 2001 rząd G. Busha zawarł umowę handlową (African Growth and Opportunity Act – AGOA) z 38 krajami afrykańskimi, której celem jest liberalizacja handlu między dwoma kontynentami. Od tego czasu wymiana handlowa między Botswaną i Stanami znacznie się poprawiła. Pomimo tego, że w dalszym ciągu eksport na kontynent amerykański w 70% zdominowany jest przez kamienie szlachetne i inne minerały, to jednak w ostatnim czasie powstało kilka wielkich firm tekstylnych produkujących ubiory na rynek amerykański. Będzie to pierwszy obszar wolnego handlu z prawdziwego zdarzenia na kontynencie afrykańskim i wszystko na to wskazuje, że Botswana będzie odgrywać kluczowa rolę w liberalizacji gospodarki w tej części Afryki.
Najniższe podatki Na mocy ustawy podatkowej z 1995 r., która mieści się tylko na 151 stronach, Republika Botswany mam w tej chwili najmniejsze podatki w całej Afryce. Podatek dochodowy od osób prawnych (CIT) wynosi 25%, a w branży wytwórczej tylko 15%. Podatek dochodowy osobisty jest jeszcze mniejszy. Przy obecnym kursie dolara amerykańskiego do botswańskiej puli pierwszy próg podatku dochodowego rozpoczyna się dopiero od dochodów wynoszących 4,5 tys. USD i do tej kwoty nie płaci się podatku w ogóle. W drugim progu znajdują się wszyscy zarabiający od 4.5 tys. do 7,8 tys. USD. Ich podatek to tylko 5% z nadwyżki powyżej dolnej granicy progu. Większość Botswańsczyków mieści się w tych kategoriach. Ostatni próg to zarobki powyżej 18,8 tys. od których Botswańczyk płaci 9,3% podatku oraz 25% z nadwyżki. Dla osób niezameldowanych na stałe w Botswanie pierwszy próg obniżony jest do 3,3 tys. USD, a najwyższy rozpoczyna się już od 13,3 tys. USD.
Natalia Dueholm ma racje pisząc w NCz! (49/2003), że również Afrykę duszą podatki. Botswana jest przykładem państwa, na którym teoria niskich podatków sprawdza się nawet na ‘pustyni’. Niskie podatki w Botswanie są nie tylko bodźcem przyciągającym inwestorów, ale są równocześnie źródłem dość znacznych dochodów państwa. Na przykład w Kenii najwyższy próg osobistego podatku dochodowego to 30%. Na pierwszy rzut oka wygląda to nieźle, ale w porównaniu z Botswaną podatnik znajduje się w tym progu już przy dochodach trzykrotnie mniejszych niż w Botswanie. Podatek dochodowy od osób prawnych wynosi 30%, a dla firm zagranicznych 37,5%. W Botswanie wszystkie firmy traktowane są w taki sam sposób, a podatek w branży wytwórczej jest o połowę mniejszy niż w Kenii. Do tego należy dodać całą gamę podatków w formie cła eksportowego i importowego oraz opłat stemplowych. Są to formy podatku od których Botswana od dawna stopniowo odchodzi. Do tego dochodzi jeszcze VAT, który w Kenii wynosi 18%. Botswana również wprowadziła podatek od wartości dodanej (2002 r.), ale jest on znowu najniższy w całym rejonie /10%/. Wszystkie te podatki dają rządowi Kenii tylko 1,9 mld USD dochodu rocznie, a Botswana przy zdecydowanie mniejszych podatkach uzyskuje dochód wynoszący 1,3 mld USD. Tylko musimy tu pamiętać, że ludność Botswany to tylko 1,68 miliona, a populacja Kenii jest prawie 20 razy większa (!). Ale są jeszcze inne, bardziej szokujące wyniki na Czarnym Kontynencie. Roczny dochód z podatków w Etiopii przy populacji 67 mln to zaledwie 1 mld USD, a dochody Liberii z 3,3 mln ludności to tylko 6,5 mln USD. Wszystko to dzięki doradcom z MFW, którzy za każdym razem jako remedium na kryzys gospodarczy zalecają dewaluacje pieniądza i podwyżkę podatków.
Prywatyzacja Rząd Botswany zdaje sobie sprawę, że diamenty nie będą trwać wiecznie. Przy obecnej eksploatacji zasoby diamentów w Botswanie oceniane są na około 30 lat (w ubiegłym roku otworzono nową kopalnię Damtshaa, 25 km na wschód od Orapy,). Pierwszorzędnym celem polityki gospodarczej rządu jest jeszcze większe przyciągniecie obcego kapitału i zróżnicowanie gospodarki, do tej pory kręcącej się wokół kamieni szlachetnych. Pierwszym krokiem było obniżenie podatków. W 1999 roku uwolniono kontrolę kursu dewiz. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych rząd Botswany zabrał się ostro za prywatyzacje swojego sektora państwowego. Bezrobocie wynosi w Botswanie 21%, ale w przeciwieństwie do J. Chiraca, który obecny rok nazwał rokiem walki z bezrobociem we Francji, prezydent Botswany stawia raczej na liberalizację gospodarki niż na hasła. Dwa lata temu Botswana gościła u siebie ludzi biznesu ze 150 krajów świata w ramach Ogólnoświatowej Koalicji dla Afryki. W czasie tego spotkania, urzędujący prezydent Botswany F. Mogae zaznaczył: „Od dawna wiadomo, że prywatny sektor jest niezbędny dla gospodarczego wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy i technologicznego postępu”. I nie są to tylko puste słowa.
Wspomniane wcześniej nagłe wejście Iana Khamy do polityki w 1999 roku miało głownie na celu wzmocnienie szeregów BDP i jednocześnie odwrócenie uwagi od wewnętrznych tarć związanych z walką o przywództwo w partii. Cel ten został osiągnięty, ale nie był on wtedy jedynym celem. W czerwcu ubiegłego roku Ian Khama został wybrany przewodniczącym rządzącej BDP. W wyborach uzyskał 512 głosów, zdecydowanie więcej niż P. Kedikliwe, na którego głosowało tylko 219 członków partii. Celem pierwszorzędnym i długofalowym tego wydarzenia było przygotowanie kandydata na wybory prezydenckie w roku 2009. W obecnej chwili jest już chyba raczej pewne, że urzędujący prezydent otrzyma nominację swej partii na drugą kadencję. Po zeszłorocznej rezygnacji K. Koma z NFB, kolejne zwycięstwo DPB jest już tylko kwestią czasu. BDP nie musi się również martwić o przyszłość. Ian Khama jest w chwili obecnej najpopularniejszym politykiem w Botswanie. Wszystko jednak zależy w tym kraju od gospodarki i wiele spoczywa na barkach kandydata na przyszłego prezydenta Botswany.
F. Mogae namówił Iana Khamę nie tylko do powrotu do polityki. Jako urzędującemu wiceprezydentowi zlecił również nadzór nad Narodowym Planem Rozwoju, którego głównym i najbardziej zarazem kontrowersyjnym punktem jest prywatyzacja kilku z 30 państwowych przedsiębiorstw. Daje mu to w praktyce możliwość podejmowania działań we wszystkich ministerstwach. Na pierwszy rzut poszły dwa przedsiębiorstwa: Linie Lotnicze Botswana i Telekomunikacja Botswana. Postęp w procesie prywatyzacji linii lotniczych został zahamowany z powodu wydarzeń z 11 września 2001 i obawy Zgromadzenia Narodowego, że zbyt dużo prywatnego biznesu jest w obcych rękach. Proces prywatyzacji nabiera jednak znowu tempa. Na rynku lotniczym nastąpiła znaczna poprawa, a jeżeli chodzi o niektórych polityków, to Ian Khama już niejednokrotnie pokazał, że podchodzi do nich z pogardą nazywając ich ludźmi „bez zasad, nietolerancyjnymi i samolubnymi sępami”. Najstarszy syn pierwszego prezydenta Botswany znany jest jako człowiek o nieskazitelnej uczciwości, który w polityce nie idzie na żadne kompromisy. Prywatyzacja w jego rękach skazana jest na sukces.
Pokój i prawo Wejście Iana Khamy do polityki jest gwarantem, że Botswana nadal będzie stabilnym krajem na kontynencie afrykańskim. Na polityczną i gospodarczą stabilizację składa się wiele czynników. Warto w tym miejscu przypomnieć wymowną symbolikę flagi botswańskiej, zaprojektowaną przez „Ojców Narodu, która składa się z pięciu poziomych pasów o różnej szerokości w trzech kolorach. Kolor błękitny oznacza wodę i deszcz, a czarny i biały jest symbolem pokojowego współistnienia wszystkich ras w Botswanie. Wszyscy jednomyślnie przyznają, zarówno przyjaciele jak i wrogowie, że odzwierciedla to stan rzeczywisty pokolonialnej Botswany.
W życiu politycznym nie ma tarć na tle plemiennym. Urzędnicy cywilni i wodzowie plemienni muszą zrezygnować z zajmowanych stanowisk jeżeli chcą spróbować swoich sił w polityce i ubiegać się o urząd publiczny w hierarchii państwowej. Przedsiębiorcy robiący interesy w Botswanie mogą spać spokojnie jeszcze z innego powodu. Rząd botswański nigdy nie próbował niczego nacjonalizować w przeszłości i nie ma żadnych przesłanek, że nastąpi to w przyszłości. Przejęcie prywatnego mienia przez państwo jest tu po prostu niezgodne z konstytucją. Brak poszanowania prawa i doprowadzenie gospodarki do ruiny w sąsiednim Zimbabwe przez dyktatorskie rządy Mugabe są ostro piętnowane przez rząd w Gaborone. Z tego powodu od ostatniego szczytu krajów Wspólnoty Narodów w Abudży w grudniu ubiegłego roku Mogae jest w ostrym konflikcie z prezydentem RPA i z innymi przywódcami państw Wspólnoty Rozwoju Afryki Południowej, którzy prowadzą bardzo ugodową politykę w stosunku do Zimbabwe.
Pokój i szacunek dla prawa to dużo, by odnieść trwały sukces w polityce i gospodarce, ale jeszcze nie wszystko. Na grobie Sir Seretse Khamy (w 1966 roku otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej Elżbiety II), pierwszego prezydenta Botswany, wygrawerowany jest w języku setswana jego ulubiony cytat z czasów szkolnych, zapamiętany z kazania pewnego świeckiego kaznodziei: „Świat jest moim kościołem, a czynienie dobra moją religią” (Lefatshe ke kereke ya me, go dira molemo tumelo ya me). I czynienie dobra stało się również „religią” obecnej klasy politycznej. Wszystko wskazuje na to, że Botswana jeszcze długo pozostanie błyszczącą perłą Afryki. Szkoda tylko, że tak mało u nas znaną (również przez prawicę) i niedocenianą przez swoich socjalistycznych sąsiadów.
Maun, styczeń
2004
Rozmawiała Natalia Dueholm, Najwyższy Czas!, Nr 51-52, 20-27 grudnia 2003.
O Botswanie, tamtejszej wolności gospodarczej, misjach i walce z AIDS mówi Ojciec werbista Jacek Gniadek, misjonarz, prowadzący przy misji prywatne przedszkole.
- Jak to jest w tej Botswanie, czy rzeczywiście jest to wyjątkowy kraj w Afryce pod względem niskich podatków i wolności gospodarczej?
- Muszę przyznać, że rzeczywiście jest to kraj wyjątkowy. Kraj ten położony jest w najbardziej niesprzyjających warunkach geograficznych na świecie – na pustyni Kalahari. Wyjeżdżając pięć lat temu na misje do tego kraju wiedziałem tylko, że był to kiedyś najbiedniejszy kraj na świecie. Podobno w momencie uzyskania niepodległości (1966) było tu tylko 26 km asfaltowej drogi. Rok później odkryto złoża diamentów i Botswana jest obecnie największym ich producentem na świecie. Jest również najszybciej rozwijającym się krajem w Afryce, ale swój sukces zawdzięcza nie tylko diamentom. W porównaniu z takim np. Kongo, gdzie pod ziemią kryje się cała tablica Mendelejewa, Botswana nie powinna mieć najmniejszych szans. Ale stało się jednak inaczej. Kongo należy dziś do najbiedniejszych państw na świecie, a mała Botswana ma dewizowe rezerwy większe od Polski. Na sukces Botswany składają się przynajmniej dwa czynniki: kapitalizm i stabilny system polityczny. Zaskoczy to na pewno niejednego czytelnika NCz!, ale Botswana jest jedynym krajem w Afryce, gdzie od momentu uzyskania niepodległości odbywały się regularne demokratyczne wybory i przekazywanie władzy odbywało wbrew powszechnie przyjętym w Afryce zasadom - pokojowo i bez majstrowania przy konstytucji, by wnieść poprawkę o trzeciej kadencji dla ustępującego prezydenta. I jeszcze inna ważna informacja - pula, waluta botswańska jest najmocniejszym afrykańskim pieniądzem (1 PLN = 1,34 Botswana Pula /BWP, a 1 dol. to 4,5 puli).
- Czy z własnego doświadczenia potwierdziłby Ojciec teorię pomiędzy wysokimi podatkami a biedą w Afryce?
- Powiedziałbym tak. Botswana jest przykładem, że niskie podatki sprawdzają się wszędzie, nawet na pustyni. Wszyscy znani mi przedsiębiorcy (z nie tylko mojej parafii) jednoznacznie stwierdzają, że podatki w Botswanie są najniższe w całej południowej Afryce. Wśród całego gąszczu rożnego rodzaju odmian afro-socjalizmu i afro-marksizmu Botswana jest prawdziwą perlą. Podobno podatki były tu kiedyś wyższe, a teraz jest tendencja spadkowa. Niestety niektórym ludziom z Tanzanii, Zambii i innych socjalistycznych krajów afrykańskich robiącym interesy w Botswanie dzięki niskim podatkom czasem trudno jest zauważyć związek między socjalizmem (= wysokie podatki) a biedą. A może dlatego, że to katolicy i Królestwo Boże błędnie kojarzą z państwem opiekuńczym?
- Jak wygląda działalność przedsiębiorców w Botswanie?
- Generalnie rzecz biorąc przedsiębiorcy płacą 15% (branża wytwórcza) albo 25% (inna branża) podatku od czystego dochodu (nie wlicza się w to wydatków i pieniędzy na inwestycje.) W Praktyce wygląda to tak. Przykład - przedszkole. Pracuję na misji w Maun, ale w branży przedszkolnej jestem już od pięciu lat. Prowadzimy tutaj prywatne przedszkole (z językiem angielskim) i działamy na czysto rynkowych zasadach. W naszej diecezji podobne przedszkola funkcjonują prawie przy każdej misji. Uwaga - w Botswanie są tylko prywatne przedszkola! W ubiegłym roku mieliśmy 48 dzieci. Obrót około 90 tys. Pula na rok. Do zapłacenia trzy przedszkolanki, kucharka, sprzątaczka i jak do tej pory nie odprowadziłem do fiskusa ani jednego grosza (a raczej thebe), gdyż Kościoły są zwolnione z podatków. Inne przedszkola również nie płacą podatku od firm, a to dlatego gdyż nie wykazują czystego dochodu. Właściciele płaca tylko podatek osobisty. Przedszkole w tym kraju może założyć praktycznie każdy. Wystarczy jedna przedszkolanka z papierami. Nie ma żadnego ZUS-u. Co pięć lat muszę wypłacić pracownikom tzw. gratuity (rodzaj dodatkowego wynagrodzenia). Nie pamiętam w tej chwili przelicznika, ale nasza gospodyni przy zarobku 670 pula dostała ok. 3 tys. pula. Nie ma żadnych emerytur. Każdy obywatel po ukończeniu 65 lat otrzymuje 150 pula. Wystarczy to na 5 worków mąki z sorgo - to podstawa ich wyżywienia, lub na 50 bochenków chleba. Z głodu więc nikt nie umrze. Podobnie jest zresztą w innych branżach.
- Wracając do podatków. Jak to jest z podatkiem dochodowym?
- Ustawa o podatku dochodowym (Income Tax Act) z 1995 r. mieści się zaledwie na 152 stronach. Od tego czasu było kilka poprawek, ale są to małe broszury liczące po kilka punktów. W ostatniej za rok 2001/2002 mamy taka oto istotna poprawkę. Do 25 tys. pula nie płaci się podatku w ogóle, a powyżej tej sumy i do 43 tys. 750 pula tylko 5% z nadwyżki. Większość Botswańczyków mieści się w tych kategoriach. Potem są kolejne progi 10, 15, 20 i 25%. Dla Botswanczyków jest więc znaczna obniżka w porównaniu z tym, co było w 1995 r.
- Czy rzeczywiście nie ma w Botswanie VATu?
- Niestety to już nie jest prawda. Wcześniej nie było (tylko sales tax – podatek od sprzedaży), ale wprowadzili go rok temu w lipcu w wysokości 10 % i wszystkie ceny podskoczyły automatycznie o 10%. Dla ludzi, którzy nie prowadzą żadnego biznesu, a zwłaszcza dla tych z dochodami poniżej 20 tys. pula rocznie, jest to właściwie podatek w wysokości 10 %. Na jedzenie i usługi muszą wydać ok. 2 tys. pula więcej i nikt im tego nie zwróci. Ustawa o podatku od wartości dodanej (Value Added Tax Act) z 2000 r. mieści się 81 stronach. Z VAT-u zwolniona jest mąka z sorgo i mąką kukurydziana. Stanowi to podstawę wyżywienia miejscowej ludności.
- A co z ZUSem?
- Nie ma żadnego ZUS-u. Moje przedszkolanki całą wypłatę dostają na rękę. Nie płacę za nie podatku, gdyż mieszczą się jeszcze w pierwszym progu. Daję im co miesiąc wypłatę, a co pięć lat dostają tzw. gratuity, ale o tym już wspominałem. Takie same zasady są w całym biznesie. Trochę inaczej jest z pracownikami rządowymi. Dostają emerytury, ale nie są to podobno wielkie pieniądze. Prawdę powiedziawszy, to po co im te emerytury? Jest to smutne, ale w Botswanie w grupie wiekowej 15-35 lat 38% ludzi jest chorych na AIDS. Jest to chyba najwyższy wskaźnik na świecie i ma to podobno związek z wysokimi dochodami. Spotkałem się z teorią, że społeczeństwo o niskim stopniu społecznej spójności (brak silnego społeczeństwa cywilnego) i względnie wysokich dochodach jest narażone na wysoki stopień zachorowalności na AIDS. A Botswana niestety podpada pod tę kategorię.
- Słyszałam, że programy rządowe bazujące na abstynencji seksualnej i wierności przynosiły (przynajmniej przez jakiś czas w Ugandzie) niezłe efekty w walce z AIDS. Czy to prawda?
- Prawda. Polityka Y. Museweni’ego w tym zakresie przyniosła niezłe efekty i Uganda jest krajem wzorcowym w walce z AIDS. Szkoda, że Botswana nie idzie za tym przykładem. Ostatnio na BBC z okazji 25-lecia pontyfikatu papieża Jana Pawła II był program o AIDS i Botswana z 1/3 populacji zarażonej wirusem była oczywiście na topie. Wiem, ze BBC nie przepada za Kościołem Katolickim, ale tym razem trochę przesadzili. Katolicy zostali obarczony wina za rozprzestrzenianie AIDS w Afryce. Powodem była oczywiście katolicka moralność, która zakazuje stosowania prezerwatyw. Program był pokazem prawdziwej dziennikarskiej nierzetelności. Zgodzę się, że taka tezę można by postawić w kraju, w którym większość stanowią katolicy (i to pod warunkiem, że nie stosują się do nauczania Kościoła, tzn. używają środki antykoncepcyjne i wykreślili z dekalogu szóste przykazanie), ale nie w Botswanie. Na południu (w diecezji Gaborone) jest tylko 3% katolików, a u mnie na północy (w diecezji Francistown) zaledwie 1 %. W Maun mamy 200 osób na niedzielnej Mszy św., a miasto liczy ponad 40 tys. mieszkańców. Jaki wiec wpływ Kościół ma na kształtowanie świadomości Botswańczykow? Znikomy, by nie powiedzieć zerowy. Każdego dnia słyszę w radio o bezpiecznym seksie. Tłumaczą jak używać prezerwatyw niemal przy okazji każdych wiadomości. Są one dostępne wszędzie. Obok misji mamy wielka reklamę prezerwatyw. I co? Coraz więcej ludzi jest zarażonych i nie widać nadziei na poprawę.
- Czy myśli Ojciec, że polskim przedsiębiorcom pozostaje emigrować do Botswany?
- Hmmm, chyba jeszcze długo nie będzie lepszego miejsca w Afryce, ale sprawiedliwość społeczna jest tak zaraźliwa, że dociera nawet do Botswany. Wpadła mi niedawno w ręce książka o prawie konstytucyjnym w Botswanie autorstwa pewnego młodego botswańskiego prawnika. Magistra zrobił w Londynie, a doktorat w RPA. I to już wystarczy, by pisać socjalistyczne brednie o trzeciej i czwartej generacji praw człowieka.
- Czy ma Ojciec ma zamiar zostać w Botswanie na długo?
- Zostając przy temacie podatków, mam jedno życzenie. Jako misjonarz i do tego pracujący w Botswanie daleki jestem od myślenia w kategoriach przechodzenia na emeryturę, ale na misjach nigdy nie wiadomo i czasami schorowany misjonarz musi wrócić do kraju. Gdyby coś takiego mi się przytrafiło, to nie chciałbym wracać do Polski, w którym wprowadzono podatek kościelny na wzór Kirchensteuer w Niemczech, a słyszałem, że są już takie przymiarki.
- Zajmuje się Ksiądz edukacją, czy spotkał się Ojciec z edukacją domową w Afryce?
- Tak. W Botswanie znalazłem jedną rodzinę z Zambii ucząca swoje dzieci w domu (właściwie to tylko słyszałem o nich od moich znajomych). Zmusiła ich do tego sytuacja finansowa, ale po dwuletnim doświadczeniu nie zrezygnowaliby z tego za żadne skarby świata.
- Dziękuje za rozmowę i życzę Ojcu Bożego błogosławieństwa w dalszej pracy misyjnej w dalekiej Botswanie.
- Bóg
zapłać i radosnych Świąt Bożego Narodzenia dla Czytelników „Najwyższego
Czasu”!
|