| PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW | |||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||
|
|
ciemnosc jej nie ogarnela J 1,5
Janusz Prud, Serowe
Bede znowu opowiadal Wam o tej chorobie, ktora nazywaja HIV/AIDS. Mam nadzieje, ze jeszcze sie nie znudziliscie owymi opowiadaniami z wioski zwanej Serowe w kraju Botswana. My raczej nie mozemy sie "nudzic" owym obrazem naszej codziennej rzeczywistosci - jest to obraz smierci mlodego czlowieka; jeden po drugim opuszcza "progi" naszej wioski - ale jestesmy w niej zanurzenii "po uszy"; jest to nasz chleb powszedni. Wyglada to jak codzienny wdychany tlen, slonce swiecace na blekitnym niebie. AIDS stal sie czastka horyzontu, widoku naszego krajobrazu. AIDS stal sie powszednim juz wydarzeniem kazdego dnia.
Obraz
podworka i rozmieszczenia ludzi bardzo mi bliski. Kilka tradycyjnych domkow,
pod jednym drzewem zgromadzeni mezczyzni. Gdzies w drugim koncu kobiety o
czyms debatowaly, inne byly zajete przygotowaniem posilku. Dzieciaki jak
zawsze biegaly tu i tam, czyli byly wszedzie. Nie przekroczaly jednak "terytorium"
starszych.
- Nie boj
sie - stalismy juz przed drzwiami malego domku - pokaze ci moc szatatana.
Pokaze ci zniwo jego wielkosci, moze wowczas zrozumiejsz wszystkie swoje
klamstwa.
- Wrocil
- powtorzylem do siebie - wrocil moj Bog, jest ciagle ta przepiekna Osoba,
kochajaca i zyjaca osoba.
Delikatnie
polozylem jej cialo na poslaniu lozka. Pozegnalem sie ze starszymi kobietami
siedzacymi pod sciana. Otworzylem drzwi, swiatlo dnia nieco mnie przerazilo.
Bylo jednak inne od swiatla, ktore przed chwila doswiadczylem w ciemosciach
malej izdebki i tragedii czlowieka. Swiatlo dnia kroluje tylko od zmirzchu
do zmorku. Jego swiatlo nie ma poczaktu ani konca. Usmiechnalem sie do
siebie.
- wyprawa-pielgrzymka rowerowa
Janusz Prud, Serowe Wszyscy w jakis sposob wiemy czym jest AIDS. Znamy jego skutki, tragedie tak osobiste, rodzinne jak i spoleczne. Botswana, kraj gdzie pracuje, to jedno wielkie "zbiorowisko" tej choroby, czyli wiele cierpienia, umierania i wewnetrznego zagubienia. Pytanie o moc i milosc Boga staje sie coraz czestszym zjawiskiem na ustach wielu ludzi, szczegolnie tych, ktorzy tak naprawde nie maja wiele do czynienia z Bogiem. Znajdujac sie w samym srodku takowej atmosfery, sila faktu chcialoby sie cos zrobiec. Cos co moglo by dotknac ludzkich serc i zamknac krytyczne "buzie" ignorantow.
Pewnego dnia, bylo to w poludnie, bardzo goraco, wracalem z miasta. Mielismy spotkanie pastoralne. Czulem sie zmecznony. Upal i owe "wielkie" dyskusje planowania i rozwazania na temat AIDS bardzo negatywnie wplywaly ma moje samopoczucie. Wiedzialem, ze musze cos zrobiec, cos jak pisalem innego czyli konkretnego. Mialem juz dosc uczastniczenia w owych rozwazaniach, planowaniach i dyskusjach na temat AIDS, kiedy wielu mlodych ludzi odchodzilo z powierzchni tego swiata.
Marzylem, pozostalo tylko nadac temu konkretny ksztalt. Wiedzilem, ze sam nie zdolam wymyslec nic co moze dotknac ludzkich serc. Tak wiec tegoz samego dnia rozpoczelem modlitwe Koronki do Milosierdzia Bozego. Prosilem za chorych i umierajacych na AIDS oraz o swiatlo, moc wprowadzenia mego marzenia w zycie. Chcialem, aby nasi ludzie, cierpiacy i ciagle jeszcze wierzacy odswierzyli swego ducha, przyjazn z kochajacym Bogiem. Minelo okolo czterech miesiecy. Byla trzecia w poludnie, czas odmawiania Koronki. Wlasnie odmowilem Koronke, otworzylem Pismo Sw. Przeczytalem kilka wersow i moje oczy, albo raczej serce utknelo na 19-stym wersecie 18-ego rozdzialu Ewangelii sw. Mateusza. Przypomne je wam wlasnymi slowami, nie mam przy sobie obecnie polskiego tekstu. Chrystus poucza nas poprzez Mateusza nastepujacymi slowami: "wystarczy jezeli dwoch z was na tej ziemi zgodnie modli sie w tej samej intencji, Bog Niebieski uczyni to im".
Kilka razy przeczytalem te slowa Mateusza. Wiedzialem wowczas co nalezy zrobic, aby uczynic nas, czyli wspolnote kosciola, aktywnymi uczestnikami w walce z AIDS. Powstala mysl, wizja abysmy polaczyli sie na modlitwie. W tym to momentcie przypomiala mi sie pewna sytuacja z baru. Ktoregos dnia, po tenisie, poszedlem z kumplem na piwko. Bylo tam kilka innych znajomych. Duzo dyskutowalismy o AIDS, przy piwie zawsze duzo sie dyskutuje. Jeden z nich, starsza osoba, katolik nie chodzacy do kosciola od "wiekow", powiedzial cos co stalo sie fundamentem naszej obecnej wizji. Powiedzial nastepujace slowa: "wystarczy, ze wszyscy ludzie w kosciele podadza sobie rece i wzniosa jedna modlitwe do Boga, wowczas doswiadcza cudu." Usmialem sie do samego siebie, kiedy nazwalismy nasza nowa wizje w walce z AIDS: "Zlaczmy nasze rece na wspolnej modlitwie."
Pozostalo pytanie jak tu zmobilizowac rzesze do modlitwy. Chrystus mowil o dwoch, my chcielismy wzmocnic sily i zaangazowac wiecej niz dwoch. Dla wyjasnienia podam, ze byl to czas pewnego kryzysu wiary w mojej posludze misyjnej. Bylem zmeczony codziennoscia, te same czynnosci i rutyna kazdego dnia. Wewnetrznie potrzebowalem czegos w rodzaju odswiezenia i obudzenia entuzjazmu wiary. Pan przyszedl z rozwiazaniem dwoch kwestii na raz. Otoz postanowilem, ze bede pedalowal a reszta chetnych bedzie sie modlila. Postanowilem przemierzyc dystans okolo 1500km, z polnocy na poludnie kraju. Na dodatek chcialem uczynic to sam, zabierajac potrzebny sprzet na rower. Namiot, spiwor, sprzet biwakowy i inne potrzebne przedmioty zapakowalem na moj gorski rower. Rozeslalismy zaproszenia do wszystkich wspolnot Kosciola katolickiego w kraju. Prosby byla prosta, aby kazdy zmowil jedna modlitwe, do wlasnego wyboru, w intencji o wyleczenie z choryby AIDS. Poszlismy z owa prosba do ludzi nie wierzacych i niepraktykujacych. Wielu bylo zagubionych i zmieszanych. Przede wszystkim nie prosilismy o pieniadze, zwykle Kosciol katolicki prosi o pieniadze. Taka byla ogolna opinia. Byli chetni dac kilka zlotowewk. Trudno jednak bylo im sie zdecydowac na wziecie aktywnego udzialu w owej modlitewnej przygodzie. Prosilismy tylko o jedna modlitwe kazdego dnia, od 8 wrzesnia - dzien rozpoczecia rowerowej pielgrzymki do 22 wrzesnia, dzien zakonczenia pedalowania. Wielu z nich przestraszylo sie tej pieknej przygody i mobilizacji na modlitwie.
Kilka osob postawilo pytanie: "Co bedzie jezeli Bog nie wyslucha tej modlitwy?" Moja odpowiedz byla jasna, przyszla oczywiscie od Niego. Zwykle odpowiadalem tymi slowami: "przeczytaj raz jeszcze slowa Mateusza 18:19; nasza partia do zrobienia to jest modlitwa. To czy Bog, Ojciec Niebieski wyleczy i jak wyleczy jest juz w Jego mocy. Ojciec Niebieski im to uczyni." Tymi slowami, probowalem budzic wiare i zaufanie, ktore chcielismy calkowicie ulokowac w Bogu. W koncu to byla Jego idea i slowa zachety.
Wszystko bylo juz zorganizowane. Czekalem tylko na dzien, godzine, minute rozpoczecia owej przygody z modlitwa na rowerze. Wowczas pojawilo sie cos nowego, czego w ogole nie przewidzialem. W miare zblizania sie minuty rozpoczecia pedalowania, ogarnialo mnie coraz wieksze uczucie leku. Paralizowalo to wrecz moja wiare. Ktos powiedzial mi, kiedy dzielilem sie swoimi przezyciami: "Zaufales Bogu, wiec teraz nie rezygnuj kiedy jest Jego czas pokazania swej sily."
Balem sie samotnosci, buszu, dzikich zwierzat. Pierwszy etap podrozy to Rezerwat Przyrody, czesc o duzej ilosci zwierzat. Balem sie zmeczenia, balem sie mysli przegrania i rezygnacji w trasie. Balem sie upalow i raz jeszcze samotnosci. Noc poprzedzajaca owo wydarzenie, oczywiscie byla nie przespana noca.
Bylo to poniedzialek, 8 wrzesnia, godzina 6.30 rano, kiedy wsiadlem na moj zaladowany rower. Powoli ruszylem w droge. Wowczas doswiadczylem czegos nowego, Ow paralizujacy lek sprzed kilku dni gdzies odplynal. Marzenie stalo sie realnoscia, wiec i ow lek stal sie realnoscia. Innaczej sie patrzy i odbiera lek, ktory jest realny a nie tylko wytworem umyslu.
Szybko nauczlem sie mierzyc przebyte dystansy. Nie mierzylem ich wizualnie, byly to dlugie przeogromnie proste. Mierzylem czasowo, kazda godzina to okolo 20 km odcinak przemierzonej drogi . Kiedy pojawily sie wiatry dystans sie nieco zmiejszyl, 15-16km na godzine. Pierwsze dwa dnie to zmaganie z upalami, woda i dzikimi zwierzetami. Pierwsza noc przespalem w tak zwanej strefie sloni. Latwo bylo rozpoznac, ze ten teren nalezal do sloni. Poznalem po typie drzew, ktore sluzyly im za pokarm oraz wielu powywracanych drzewach. Robilo sie ciemno, nie mialem innego wyjscia, musialem rozbic namiot. Pierwsza noc i pierwsze piekne przezycie. Cisza, delikatnosc buszu i ta atmosfera otaczajacego mnie Wszechswiata, ktory stal sie moim towarzyszem podrozy. Brdzo bliskim przyjacielem. Lek samotniosci i buszu rozplynal sie w "powietrzu" wraz z doswiadczeniem przyjaznego nastawienia otaczajacego mnie Wszechswiata.
Codziennie wstawalem okolo 5 rano, aby juz o 6, bylo juz wystarczajaco jasno, rozpoczac moje zmagania na rowerze. W poludnie nie moglem pedalowac bylo za goraco. Tak wiec czas podrozowania na rowerze to poranne i popoludniowe godziny. Okolo pierwszej robielm przerwe. Wowczas odpoczynek w cieniu drzewa, aby rozpoczac ponownie moje pedalowanaie od 3.30 do okolo 5.30 wieczorem. Drugi dzien podrozy, 6 rano jestem juz na rowerze, w pelni przygotowany do wydarzen i zmagan nowego dnia. Oczywiscie, rozpoczynam owe rowerowe zmagania z modlitwa rozanca. Trzy razy w przeciagu dnia odmawialem rozaniec. W pwenym momencie dostrzegam stado sloni. Okolo 100 metrow przede mna. Za chwile pojawilo sie nowe stado tuz za mna, czyli bylem zablokowany. Nieoczekiwany postoj, czakam. Po chwili pojawia sie nowe stado wynurzajace sie z buszu, gdzies na mojej wysokoscie. Byla to godzina przemieszczania sie sloni do wodopoju, czyli wszyscy przekraczali droge. Tu rozpoczyna sie goroaczkowe pytanie, co robic? Nie mialem czasu na rozwazania. Slonie zblizaly sie w moim kierunku. Tak wiec wsiadlem na rower i powoli ruszylem do przodu. Owe stado z przodu powoli opuszczalo droge, tak wiec z "sercem w gardle" przemknalem kolo nich. W takich sytucjach nie ma czasu na myslenie, czy na rozwazania mozliwosci "za" czy "przeciw", trzeba zaufac jak dziecko. Nowe doswiadczenie, zachowalem sie jak dziecko chronione przez Boga. Nie bylo to moje pierwsze spotkanie ze slonimi. Natomisat pierwsze na rowerze.
Druga noc w buszu jest przepiekna, bardzo relaksujaca. Bylo nieco chlodniej, milo wiec bylo usias przy ognisku, otworzyc puszke z miesem i zjesc kolacje popijajac herbata. Poza tym swiadomosc, ze nastepna noc to juz dobre lozko i prysznic na jednej z naszych misji. Teskinilem za woda, teskinilem za prysznicem. Mineley dwa dni bez wiekszych wrazen. Wszstko szlo zgodnie z planem, nawet nadrobilem kilka kilometrow. Dalo mi to nieco wiecej sil i wewnetrznej mocy. Pewnego dnia pojawia sie nowe doswiadczenie, nowe wezwanie na miej rowerowej pielgrzymce, wiatr i deszcz. Budzac sie rano nie przeczuwalem, ze bedzie to bardzo trudny i wielce wyzywajacy etap mej podrozy. Wsiadlem na rower, wszystko starannie zapakowane i przygotowane do kolejnego dnia podrozy. Pierwsze metry mego pedalowania wywoluja we mnie przeogromny lek. Wiatr, byl bardzo silny, przeciwny wiatr. Zazwyczaj robilem w godzine dystans 20km, owego poranak udalo mi sie zaledwie przejechac 10km. Po godzinie czasu bylem bardzo wycienczony, zmeczony fizycznie, psychicznie i duchowo. Dziennie pedalowalek okolo 8 do 9 godzin. Byl to poczatek dnia, zaledwie jedna godzina pedalowania, a bylem juz calkowicie wyczerpany. Wiatr byl bardzo mocny, kiedy przestawalem pedalowac, czulem jak poruszam sie w przeciwnm kierunku mej wyprawy.
- "Boze, prosze Cie ucisz ten wiatr, zmien kierunek"- niesmile i ciche slowa modlitwy pojawily sie na moich ustach. - "Prosze Cie zrob cos, ja nie dam rady z tym walczyc" - slowa stawaly sie coraz bardziej stanowcze. Minela nastepne pol godziny walki w wiatrem i mojej modlitwy. Bog milczal, po prostu tak jakby mnie nie slyszal. - "Zrob cos, przeciez Ty masz moc, mozesz wszystko" - slowa prosby zamienily sie w slowa zadania - "nazywasz mnie swoim przyjacielem, wiec zrob cos. Ucisz wiatr, zmien kierunek, przeciez Ty jestes wszechmocny". Modlitwa przemienila sie w meska dyskusje z Bogiem. Milczal, zadnej zmiany, a ja slablem. Powoli tracilem wiare i nadzieje, ze uda mi sie owego dnia przejechac zamierzony dystans. - "Ucisz wiatr, zmien jego kierunek o 180 stopni, przeciez jestes moim Bogiem, moim przyjacielem" - stalem sie agresywny w moich modlitewnych wezwaniach. - "Teraz juz wiem" - kontynuowalem moj dialog z Bogiem - "dlaczego wielu odwrocilo sie od Ciebie. Po prostu milczales kiedy Cie prosili". Zamilklem, nie chcialem marnowac sil na bezskuteczne zmagania z Bogiem. Kontynuowalem moje zmagania z wiatrem. Po uplywie kolejnej godziny zaczelo padac. Padalo mocno, zrobilo sie zimno.
- "Taka jest Twoja odpowiedz jako przyjaciela" - byly to slowa rezygnacji - "jezli tak, to ubogi to znak przyjazni. Moi przyjaciele kiedy ich prosze to zawsze cos uczynia, pomoga czy dodadza odwagi. Ty natomiast zeslales deszcz. Dzieki za ten gest przyjazni" - chwile pedalowalem w milczeniu, po czym dodalem - "Prosze nie nazywaj mnie swoim przyjacielem. Widac nie doroslem do Twej przyjazni". W tym to momencie zerwalem moja przyjazn z Bogiem. Tym ktory byl poczatkiem i koncem tej to pielgrzymki rowerowej. Dojechalem do wioski. Zrobilem postoj, chroniac sie przed deszczem. Minelo pol godziny, musialem wsiadac na rower i kontunuowac, czas nie pozwalal mi na dluzszy przestoj. Wciaz padalo i wial silny wiatr. Nie odzywalem sie do Boga, po prostu milczalem calkowicie skoncentrowany na pedalowaniu. Minelo nastepne pol godziny, deszcz ustal a wiatr zmienil swoj kierunek o 180 stopnii. Poczulem jak lzy same zbieraja sie w moich oczach. Dotyk Jego milosci byl przeogromny, odpowiedzial na moja modlitwe. W tym to momencie stalismy sie ponownie przyjaciolmi, bardzo dobrymi przyjaciolmi. Wiatr wial mi w plecy przez nastepne trzy dni. Kolejne dni byly wiele latwiejsze. Nadrobilem dzien w mojej wyprawie.
Pozostalo mi jeszcze 390km do zakonczenia mej pielgrzymki. W poczatkowym planowaniu przeznaczylem na ow dystans cztery dni. Ostatecznie udalo mie sie przejechac ten dystans w przeciagu trzech dni. Bylo goroca i czulem sie coraz bardziej zmeczony, okolo 1100km za soba. Ostatnie trzy dni to zmagania z upalami i buszem. Spalem i jadlem w buszu. Marzylem tylko o jednym: dobrym i zimnym prysznicu. Nie mylem sie przez trzy dni, moje cialo bylo wrecz pokryte warstwa brudy, mieszaniana potu z kurzem.
W koncu nadszel oczekiwany dzien, ostatni dzien zmagania na rowerze. Znak drogowy informujacy 10km do Tsabong, wisoki gdzie konczylem moja rowerowa pielgrzymke, obudzile we mnie wiele energii i radosci. Tylko 10km, az trudno bylo uwierzyc. Wjechalem do wioski, dziekujac Bogu za opieke i milosc. Zapytalem sie pierwszych mieszkancow o droge do misji katolickiej. Tam mialem zaplanowany swoj ostatni nocleg. Bylo nisamowicie goraco, miejsce pustynne. Byl to pol-pustynny teren, male drzewa i piaski, wszedzie piasek i przypalajace slonce. Zmeczony, brudny i spragniony chcialem jak najszybciej znalezc sie na misji. Ludzie nie byli jednak pewni drogi, coraz czesciej przystawalem pytajac sie o bardziej konkretne informacje. Zmeczony tym ostatnim wezwaniem, zatrzymalem sie przy barze. Jednego czego tak bardzo pragnale to wypic zimne piwko. Popijajac piwko, naprawde zimne, zapytalem sie barmanki o misje katolicka. Wskazala palcem nieduzy budynek po przeciwnej stronie drogi. Czyli bylem juz na miejscu.
Podziekowalem Bogu, memu doremu Przyjacielowi za zdrowe zakonczenie pielgrzymki. Po powrocie na moja misje ludzie dlugo opowiadali i dzielili sie swoimi przezyciami na modlitwa. Codziennie gromadzili sie w kosciele na moditwie rozanca. Wiele z nich odkrylo nowa moc i piekno modlitwy we wspolnocie. Widzialem jak nowy entuzjazm ogarnal ich serca, entuzjazm modlitwy. Wiara w fakt, ze On moze, wiecej pragnie nam pomoc. Pragnie naszego szczescia. Pojawil sie rowniez nowy entuzjazm we wspolnocie kosciola ofiarujacego swe modlitwy Bogu.
Osoby chore na AIDS, nieswiadome tego, ze wiedzialem o ich sytuacji, sciskaly mnie kiedy wrocilem na misje. Widzialem jak nowy promyk nadziei zycia obudzil sie w ich osobistej tragedii. Nowy promyk milosci i przyjazni z Bogiem stal sie ich swiatem i radoscia. Teraz jest czas, ktory nalezy do Ojca Niebieskiego, aby uczynil to o co prosilismy. zdjecia: dzien przed wyprawa i dzien po wyprawie
Janusz Prud, Serowe Pozdrowienia! Wydarzenie dzisiejszej niedzieli sa tak mocne, ze musze sie z Wami podzielic. Wszyscy wiemy o AIDS. Duzo sie mowi, duzo sie robi i wiele ludzi, szczegolnie mlodych odchodzi. Narzekamy na milczenie i stygme. To jest! Jednak Pan nie zapomina o swoich dzieciach, ma swoj czas i sposob aby to wszystko uporzadkowac i nas uleczyc.
Dzieki Jego blogoslawienstwu, Adwent w naszej Misji, St. Gabriel poswiecilismy AIDS. Pierwsza Niedziela Adwentu to duchowe rozwazania nad tematem stygmy - my ktorzy jestesmy obdarzeni taka miloscia przez Boga. Druga Niedziela to spotkanie w grupach. Najpierw video jak to mloda dziewczyna zachorowala na AIDS, jej problemy osobiste, reakcja i akceptacja rodzicow, Kosciola i tak dalej. Po spotkaniu w grupach, bylo dzielenie sie owocami dyskusji. Na koniec ludzie byli zaproszeni do dzielenia sie doswiadczeniem AIDS, nie tyle osobitego doswiadczenia ale kogos z rodziny, przyjaciela czy bliskiej osoby. Trzecia, dzisiejsza niedziela to wlasnie czas tego dzielenia sie.
W Srode, mloda kobieta, okolo 32 lat, przyszla proszac o mozliwosc dzielenia sie w kosciele. Jest zarazona ADIS. Tak wiec dzisiejszej niedzieli, po Ewangelii, odmowilem modlitwe w intencji calej wspolnoty Kosciola, abysmy umieli przyjac te "Dobra" nowine. Nastepnie przez nalozenie rak modlilismy sie nad owa kobieta. Z przepieknym usmiechem na twarzy, z taka gleboka wiara i miloscia Boga zaczela dzielic sie swym doswiadczeniem odnosnie AIDS. Kiedy pady slowa jestem nosicielem wirusa AIDS mogles czuc jak Bog dotyka kazda osobe zgromadzona na Mszy Sw. swa przeogromna miloscia. Ludzie nie wiedzieli gdzie patrzec, jak reagowac, co robic w obliczu tak pieknego dzielenia sie miloscia. Powiedziala miedzy innymi, "ja zyje i Bog jest moim Ojcem, ktory mnie bardzo kocha", to bylo przecudowne wyznanie wiary. Moze pewne osoby chcialyby dyskutowac to wyznanie, jednak dotyk milosci Boga byla tak mocny, ze nikt nie mial najmniejszej odwagi kwestionowania jej przepieknej wiary. Kiedy zakonczyla dzielenie sie swoimi doswiadczeniami, podziekowalismy Bogu za tak cudowne blogoslawienstwo.
Podczs Mszy ludzie wyszli z nowa idea odnosnie znaku pokoju. Nasz bohater dnia, mloda kobieta, nosicielaka wirusa AIDS, w czasie przekazywania znaku pokoju, stanela przed oltarzem, w miejscu gdzie ksiadz rozdaje Komunie, aby przyjac i dzielic sie znakiem pokoju. Prawie cala Wspolnota, stojac w kolejce, jak do komunii, podeszala do niech dzielac sie usciskiem i pocalunkiem. Dawno juz nie doswiadczylem tak przegromniej energii milosci. Bog kochal, obdarzal swoje dzieci pocalunkiem milosci poprzec uscisk i pocalunek naszej pani. Kosciol, ludzie naszego Kosciola katolickiego potrafia kochac, maja przepiekna wiare milosci Boga w nich. Dzis tego doswiadczyle i zmienilem moja opinie o naszym Kosciele, czyli naszych ludziach. Jest tam troche leku, jednak wiele wiecej jest milosci. Wszyscy przyjeli nasza pania usciskiem milosci.
Dziekuje Bogu za to Blogoslawienstwo i bardzo chce dzielic sie z Wami tym doswiadczeniem Jego milosci. Czynie to samo z kazdym z nas w swoj sposob i o swoim czasie. Milej niedzieli
Z Bozym Blogoslawienstwem i modlitwa Janusz
Janusz Prud, Serowe
AIDS coraz bardziej dziesiatkuje szeregi naszego spoleczenstwa. Przykrym jest fakt, ze odchodza ludzie mlodzi, pelni entuzjazmu i nadziei. Bol i cierpienie, ktore zakorzeniaja sie coraz bardziej w naszym spoleczenstwie, szczegolnie w naszych rodzinach, chwilami sa trudne do zniesienia. Nie da sie tu mowic o jakims rozumieniu tego zjawiska. Pozostaje wiara i nadzieja, ktora tez potrzebuje wsparcia. Wielu ludzi odeszlo juz od Boga, przestalo chwalic i wielbic Jego Imie we wspolnocie Kosciola. Wielu mlodych ludzi znalazlo sie na bezdrozu wiary i praktyki wiary. Mowia, ze nie przynaleza do zadnej wspolnoty Kosciola, poniewaz jest ich tyle, ze sami nie wiedza, ktora przekazuje prawde o Bogu. Taka sytuacja jest przykra, a zarazem niebezpieczna, poniewaz to pokolenie wychowuje sie bez wartosci. Zderza sie z rzeczywistoscia smierci ofiar AIDS, bez nadziei i wiary w Boze Kralestwo. Staja sie jedynie widzami roznych ceremonii pogrzebowych.
AIDS przyczynil sie do powstania calkiem nowego fenomenu w afrykanskiej kulturze - sieroctwa. Do tej pory sieroctwo bylo sporadyczne. Osierocone dzieci zawsze znajdowaly ochrone i opieke u dalszej rodziny. Dzis ten sposob postepowania zawodzi,gdyz liczba sierot przerasta mozliwosci rodzin zastepczych czy dalszej rodziny. Ludnosc tubylcza nie wie, jak odpowiedziec na nowe wyzwania, szuka pomocy w Kosciele lub u roznych organizacji.
Nasza wspolnota misyjna podjela to wyzwanie. Przy pomocy ambasady amerykanskiej i kilku organizacji zbudowalismy Centrum dla Sierot. Dziala ono na zasadzie calodziennego przedszkola. Ma to swoje uzasadnienie - po prostu nie chcemy izolowac dzieci od dalszej rodziny, od ich kultury i rodzinnych zwyczajow. Mozemy im pomagac, ale dzieci musza miec kontakt chocby z dalsza rodzina. To ona bedzie zawsze ich wsparciem i czescia ich zycia. Oficjalne otwarcie naszego centrum, ktore nazywa sie Little Friends Centrum for the Orphaned Children, nastapilo 5 pazdziernika ubieglego roku.
Osobiscie pracuje nad zorganizowaniem wypray rowerowej na trasie 550 km. Mlodzi ludzie wyrazili chec spedzenia 6 dni na dwoch kolkach i wykorzystania tej podrozy na kampanie przeciw AIDS i pomoc sierotom. Bedzie to rowniez dobry moment uswiadomienia naszej mlodziezy, ze oni tez moga cos zrobie w tej sprawie. Poza tym praca misyjna przebiega swoim rytmem, czyli po afrykansku – powoli i bez stresow.
Arek Sitko przyjechał do Botswany w 1995 roku. Przyjechał w styczniu i współbracia, którzy pojawili się na lotnisku we Francistown przywitali go słowami: "Coś ty taki blady? Czy aby nie jesteś chory?" A on po prostu przyjechał z zimy do upalnego lata, nic więc dziwnego, że wyglądał dosyć "niestandardowo".
Jego pierwszą parafią było Francistown a potem Mochudi. Mochudi leży na południu Botswany. W obu parafiach pracował ze współbraćmi z Indii. W ubiegłym roku przeniósł się do trzeciej swojej parafii, tym razem do stolicy Botswany, Gaborone. Właściwie, to jego parafia, Mogoditshane, jest usytuowana już poza granicami miasta, ale metropolia jest tak ukształtowana, że Arek ma bliżej do centrum niż mieszkańcy północnego, czy południowego Gaborone. Mogoditshane jest taką typową "sypialnią" stołecznego miasta. Parafia jest liczebnie, według botswańskich standardów, dosyć duża. Na niedzielne Msze św. uczęszcza ponad tysiąc osób. Jest to największa parafia werbistowską w Botswanie. Arka czeka w najbliższych latach wiele pracy, nie tylko pastoralnej. Budynki; zwłaszcza misja i "hall parafialny" wymagają gruntownych remontów. Podobnie też całe obejście kościoła, które zostało przeorane przez ciężkie maszyny podczas robot drogowych; kilka metrów od bramy kościoła przechodzi główna droga z Gaborone do Molepolole.
W Mogoditshane jest ponad dziesięć wspólnot podstawowych i większość grup stanowych, obecnych w Kościele botswańskim: Stowarzyszenie Kobiet św. Anny, Grupa Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kobieca Grupa Maryjna, Chór Parafialny, Grupa Młodzieżowa - Wspólnota Życia Chrześcijańskiego, CHIRO - dziecięcy ruch kościelny i parę innych. Msze św. są odprawiane codziennie rano o 6.30; często także po południu dla rożnych grup; oraz w niedziele o 7.00 po angielsku i o 8.00 w języku tswana. Na przedstawionych zdjęciach można zobaczyć uroczystości Triduum Paschalnego w Mogoditshane. rjs
Arek Sitko, Mogoditshane
Byłem wtedy jeszcze w Mochudi. Pewnego listopadowego dnia; a listopad jest bardzo gorący i suchy; spadł krótki deszcz. Ziemia jest wtedy jak rozgrzana patelnia i woda od razu paruje. Robi się duszno jak w saunie. W moim pokoju miałem termometr. Pamiętam, że w ciągu dnia pokazywał temperaturę 37 stopni, a wieczorem „tylko" 32 stopnie.
Dochodziła 20.30 i właściwie byłem już przygotowany do snu; miałem na sobie jedynie podkoszulek i krótkie spodenki. W pewnym momencie usłyszałem niecierpliwe dobijanie się do drzwi wejściowych. Była to kobieta, prosząca o księdza dla swojej chorej ciotki. Nie bardzo było mi w smak wychodzić z domu i spytałem jak długo ciotka jest już w szpitalu. Odpowiedziała, że od tygodnia. Pytam więc, dlaczego przychodzi dopiero dziś i to o tak późnej porze. W odpowiedzi usłyszałem wielką ilość kombinacji słów: „więc, ale przecież, właśnie" itd. Cóż było robić. Wziąłem samochód i pojechaliśmy do szpitala. Samochód trzeba było zostawić przy bramie i pójść pieszo na oddział gruźliczy, bo ciotka zapadła na gruźlicę. Nie wiem, czy przez nieuwagę, czy z przekory, oddział gruźliczy znajduje się na samym szczycie wzniesienia, na którym zbudowany jest szpital. Kiedy biedny gruźlik dochodzi do celu, to jest już jedną nogą na drugim świecie. Ja gruźlicy nie mam, ale na oddział dotarłem też ledwo żywy. Moja towarzyszka, potężna niewiasta, także sapała jak lokomotywa.
Ciotka leżała w sali z piętnastoma innymi pacjentkami. Kiedy podeszliśmy do jej łóżka, rzucała się w konwulsjach, szarpała pościel i ubranie. Zanosiła się od potwornego kaszlu. Z każdym takim atakiem kaszlu na pościeli pojawiały się nowe plamy krwi. Było oczywiste, że już jej niewiele życia zostało. Z twarzy chora wyglądała dosyć młodo, ale jak się później dowiedziałem, była dobrze po sześćdziesiątce.
Rozpoczęliśmy obrzęd namaszczenia chorej. Chciałem zrobić to tak szybko, jak to możliwe, bo chora była naprawdę w ciężkim stanie. Tak jak nakazuje obrzęd, położyłem ręce na głowę kobiety i modliłem się w ciszy. Ten moment trochę przeciągnąłem w czasie i zauważyłem niezwykłą rzecz; chora zaczęła się uspokajać. Potem poprosiłem o modlitwę z nałożeniem rąk także moją towarzyszkę. Po namaszczeniu olejem chora stała się jakby zupełnie inna. Ustąpiły konwulsje i ataki kaszlu. Poprosiła też o wodę, co bardzo ucieszyło pielęgniarki, bo wcześniej kobieta nie chciała nic przyjmować. Jeszcze przed moim wyjściem inne pacjentki na sali poprosiły o modlitwę. Żadna z nich nie była katoliczką; nie mogłem więc udzielić namaszczenia; ale z radością pomodliłem się nad nimi i udzieliłem błogosławieństwa.
Po jakichś dwóch tygodniach spotkałem we wiosce kobietę, która mnie wołała do chorej. Pytam: „No i co z ciotką?" W odpowiedzi usłyszałem, że wyszła ze szpitala i czuje się dobrze. Nie ośmielę się powiedzieć, że to był cud. Zresztą nie ja sam się nad nią modliłem. Ale wierzę, że modlitwa bardzo wiele potrafi i to był doskonały tego przykład. Podobnie i sakrament namaszczenia chorych. Dla mnie ten sakrament obejmuje całą osobę. Kiedyś przyszedł do mnie człowiek i powiedział, że nie potrafi przebaczyć drugiemu, chociaż bardzo chce. Doszliśmy do wniosku, że musi to być jakaś duchowo - psychiczna choroba i właściwy byłby tu sakrament namaszczenia bardziej niż sakrament pojednania. Po przyjęciu namaszczenia ten człowiek naprawił swoją relację do bliźniego, któremu wcześniej, za nic, nie potrafił wybaczyć.
W Kościele jest tak wiele dróg, narzędzi, darów, którymi można pomóc człowiekowi w jego problemach i chorobach. Może czasem nieudolnie, ale staramy się wykorzystać ich jak najwięcej dla dobra naszych ludzi.
W dobie wielkich migracji i wzrastającej liczby uchodźców znaczenia nabrała funkcja Wielkiego Komisarza ds. Uchodźców przy ONZ. Taki jednak "Wielki Komisarz" to od czasu do czasu poleci do Afryki do Azji Środkowej, czy na Bliski Wschód; powie parę dramatycznych stów do kamer i wraca do wygodnego biura. Prawdziwe robotę wykonują ludzie, do których kamery raczej nie docierają.
Jednym z takich nieznanych bohaterów jest o. Sławek Więcek, proboszcz parafii w Sebinie, we wschodniej Botswanie. Na terenie jego rozległej parafii znajduje się obóz dla uchodźców, pochodzących głównie z Caprivi Strip w Namibii, z Angoli oraz małe grupy uchodźców z Republiki Konga, a nawet z Somalii. Obóz ten znajduje się w Dukwi, jakieś 100 km od Sebiny. Przebywa w nim ponad 3 000 uchodźców, z czego ponad setka uczestniczy w comiesięcznej Mszy św. i liczba ta stale rośnie. Nie jest łatwo utrzymywać żywotność katolickiej wspólnoty, z tej racji, że w obozie panuje nieustanny ruch; wielu ludzi wraca do swoich krajów, ciągle też napływają nowi. Jest też problem języka. Wielu katolików z Angoli mówi tylko po portugalsku. Stawek dziękuje Panu Bogu, za to, że musiał się uczyć w seminarium łaciny. Dzięki temu może przynajmniej wysłuchać spowiedzi po portugalsku, który podobnie jak hiszpański, jest bardzo do łaciny podobny.
Sławek troszczy się nie tylko o katolików; jest jedynym duchownym zajmującym się obozem. Duchowni innych wyznań nie podjęli żadnej działalności pastoralnej. Dlatego też Sławek organizuje pomoc materialną dla wszystkich uchodźców. Współpracuje na tym polu z botswańską administracją państwową, która zapewnia uchodźcom szkolnictwo oraz opiekę medyczną. Jest też członkiem państwowej Botswańskiej Rady ds. Uchodźców, współpracującą z Agencją ONZ ds. Uchodźców. Chociaż pasjonujące, to jednak duszpasterstwo uchodźców, jest dla Sławka zajęciem "dodatkowym". Innym, także "dodatkowym" zajęciem jest duszpasterstwo powołań. Zajmuje się on wszystkimi kandydatami do Zgromadzenia Słowa Bożego z Botswany. Jak na ironię, najwięcej listów przychodzi do niego z sąsiedniej Zambii. Jednak prawie 100% tych przypadków ma podłoże czysto materialne. Wielu młodym Zambijczykom chodzi po prostu o wyemigrowanie do sąsiedniej, bogatszej Botswany. W samej Botswanie Sławek koresponduje obecnie z pięcioma poważniejszymi kandydatami. Co kilka miesięcy odwiedza także ich rodziny. Smutne jest to, że większość młodych ludzi w Botswanie nie posiada pełnych rodzin; jest wychowywana przez samotne matki. Taka rodzinna sytuacja także ma bardzo ujemny wpływ na postawę kandydata do kapłaństwa i życia zakonnego.
Sławek jest zaangażowany w diecezji Francistown. Redaguje comiesięczny biuletyn diecezjalny, a w roku jubileuszowym wydał kalendarz diecezjalny w dwóch wersjach językowych: tswana i kalanga. Planuje też kontynuację kalendarza każdego roku. Jest także diecezjalnym duszpasterzem dziecięcego ruchu CHIRO. Jest to ruch trochę podobny do polskich Dzieci Marii. Razem z liderami tego ruchu organizuje coroczny, grudniowy obóz otwarty dla wszystkich członków ruchu; a co kilka miesięcy spotyka się z liderami grup parafialnych na spotkaniach organizacyjno - formacyjnych.
Ogromną większość czasu i zapału Sławka pochłania jednak jego własna parafia, Sebina. Ktoś, kto był w Sebinie jakieś 10 lat temu, na pierwszy rzut oka nie zobaczy wielu zmian. Budynki te same, otoczenie misji to samo. Zwiększyła się trochę liczba wiernych. Zmieniło się jednak coś bardzo ważnego. Od samego początku pobytu o. Sławka w Sebinie stara się on uświadomić wspólnocie wiernych ich własną odpowiedzialność za Kościół parafialny, za stronę duchową życia Kościoła, ale także za stronę materialną. Sławek mówi, że wcale nie jest trudno poprosić w Europie o fundusze na remont cieknącego sufitu. Uważa jednak, że wspólnotę w Sebinie stać na to, aby zrobić to we własnym zakresie, chociażby miało to trwać trzy lata dłużej. Jego zasadą jest nie "budować Królestwo Boże dla ludzi" ale "budować Królestwo Boże razem z ludźmi".
Sławek przybył do Sebiny w uroczystość Matki Boskiej Królowej Polski, 3 maja 1994 roku. Pamięta doskonale tę datę, bo jest to odpust w parafii w Lęborku, gdzie zaraz po święceniach pracował dwa lata jako wikary i tam uczył się duszpasterstwa. Proboszczem Sebiny został w 1997 roku i od tego też czasu sam zajmuje się parafią. Przez wiele lat, aż do roku 2000 pomagał w formacji nowicjuszy werbistowskich jako spowiednik oraz dla wielu powiernik i kierownik duchowy.
Wspólnota katolicka w Sebinie wraz ze wspólnotami w stacjach dojazdowych to razem jakieś 900 osób. Odległości do stacji są dosyć duże; najdalsze: Nata jest oddalona o 150 km, Sowa 120 km, Maitengwe 100 km. W Maitengwe buduje się teraz kościół: Co ciekawe, to ludzie sami rozpoczęli jego budowę. Tamtejsza wspólnota jest bardzo żywotna i misyjna. Wspólnocie tej dała początek pewna nauczycielka. Rozpoczęła od wyszukiwania kiedyś ochrzczonych katolików i w ten sposób powstał bardzo żywy Kościół lokalny.
Do wszystkich stacji bocznych, a jest ich razem osiem, Sławek dojeżdża przynajmniej raz w miesiącu. Drogi na tym terenia są asfaltowe i można używać samochodu osobowego. Jak na ironię, terenowy samochód jest potrzebny aby dojechać do najbliższej, oddalonej o 5 km, stacji w Marobela. Wszystkie spacje dojazdowe mają, podobnie jak stacja główna, swoje rady parafialne, które spotykają się przynajmniej raz w miesiącu. Trzy razy do roku spotyka się w Sebinie tzw. Centralna Rada Parafialna, gdzie są przedstawiciele wszystkich wspólnot.
Sławek czasem spowiada po portugalsku czy wysłuchuje czegoś w języku himbukushu, ale to jakby deser; na co dzień musi używać angielskiego, tswany i kalangi. Kiedy się jednak go odwiedzi, mówi bardzo ładnie po polsku. rjs
Sławek Więcek, Sebina
Obóz dla uchodźców w Dukwi jest dla mnie takim barometrem sytuacji politycznej w całym regionie Południowej Afryki. Kiedy zauważam grupę ludzi z jakiegoś kraju, to wiem na pewno, że za kilka dni ten kraj będzie we wszystkich dziennikach telewizyjnych i radiowych. Tak było z uchodźcami kongijskimi, uciekinierami z Angoli, czy najbliższymi sąsiadami Caprivijczykami. Tej ostatniej nazwy chyba nie można znaleźć w słownikach; używam jej, bo chcę zaakcentować świadomość mieszkańców tej części Namibii. Nikt z poznanych przeze mnie uchodźców z tego kraju nie powiedział o sobie, że pochodzi z Namibii, ale z Caprivi Strip. Wielu nawet mówiło, że chcą się szkolić wojskowo w Botswanie, aby potem walczyć o niepodległość Caprivi, wysuniętej na wschód północnej części Namibii. Sytuacja byłe wtedy tak napięta, że baliśmy się, iż wybuchnie w Namibii wojna domowa.
Wśród uchodźców z Caprivi było sporo katolików Buszmenów z plemienia Kwe, mówiących, śmiesznie dla Europejczyka brzmiącym, językiem pełnym klików i jakby mlaskania. Na początku jakoś nie garnęli się do Kościoła. Kiedyś jednak odwiedził mnie niemiecki misjonarz z Caprivi i przywiózł ze sobą listy wiernych, właśnie tych Buszmenów. Poleciłem katolikom w obozie odszukać tych ludzi. W czasie mojej kolejnej wizyty zauważyłem pokaźną grupę Buszmenów patrzących na mnie dosyć nieufnie. Powiedziałem do nich, że chociaż opuścili swoje domy, to nasza wspólnota wierzących dalej jest ich domem i nie powinni czuć się wśród nas obco. Potem przeczytałem ich imiona; oni nie wiedzieli, że mam tę listę; zaczęli wtedy śmiać się i klaskać. Tak pierwsze lody zostały przełamane. Kiedy uchodźcy z Caprivi byli w obozie moje kazania były tłumaczone aż na trzy języki: portugalski, kwe oraz himbukushu. Nie jest to wcale łatwe zachowywać w pamięci ostatnie zdanie, kiedy jest przemielone przez tylu tłumaczy.
Spośród spotkanych w Dukwi ludzi bardzo mocno zapadła mi w pamięć pewna rodzina z Republiki Konga, dawnego Zairu. Ich historia jest podobna do wielu innych, chociaż, dzięki Bogu, ta została zwieńczona "happy endem". Pewnego dnia postanowili opuścić ogarnięty wojnę domową kraj i poszukali kierowcę TIR-u jadącego do Republiki Południowej Afryki. Tam też chcieli poprosić o status uchodźców i rozpocząć nowe życie. Kierowca zgodził się przewieźć ich w zamkniętej ciężarówce za 500 dolarów amerykańskich, oczywiście bez gwarancji, że się to przedsięwzięcie powiedzie; gdyby złapano ich na pierwszej granicy straciliby prawie cały swój majątek. Udało im się przekroczyć granice Malawi, Zambii i Botswany. Niedaleko przed granica południowoafrykańską policja botswańska kazała otworzyć ładunek. Od razu zostali aresztowani. Często w takich przypadkach uchodźcom dostaje się niezłe lanie. Może dlatego, że była to rodzina z dziećmi potraktowano ich bardzo łagodnie. Dwa dni później znaleźli się w obozie w Dukwi. Tam zaczęli sprzedawać pączki i tak uzbierali na kilka kur. Wtedy zaczęli zarabiać na jajkach. Trochę też im w tym pomogłem. Po kilku latach w obozie i po wielu próbach zdobycia statusu uchodźców; jest to potrzebne do osiedlenia się w Botswanie; spotkali się z wysłannikami amerykańskiej organizacji zajmującej się uchodźcami. Otrzymali wizy do USA i dziś mieszkają w Kalifornii. Niedawno otrzymałem od nich list, w którym opisują swoje podwójne uczucia; radość z poprawy sytuacji życiowej i tęsknotę za swoją ojczysta ziemią.
|