PROWINCJA BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE ZGROMADZENIA MISJONARZY WERBISTOW
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A swiatlosc w ciemnosci swieci i

    ciemnosc jej nie ogarnela J 1,5

 

 

Autor. Jasiu.    

 

Janusz Prud, Serowe

 

Bede znowu opowiadal Wam o tej chorobie, ktora nazywaja HIV/AIDS. Mam nadzieje, ze jeszcze sie nie znudziliscie owymi opowiadaniami z wioski zwanej Serowe w kraju Botswana. My raczej nie mozemy  sie "nudzic" owym obrazem naszej codziennej rzeczywistosci - jest to obraz smierci mlodego czlowieka; jeden po drugim opuszcza "progi" naszej wioski - ale jestesmy w niej zanurzenii "po uszy"; jest to nasz chleb powszedni. Wyglada to jak codzienny wdychany tlen, slonce swiecace na blekitnym niebie. AIDS stal sie czastka horyzontu, widoku naszego krajobrazu. AIDS stal sie powszednim juz wydarzeniem kazdego dnia.


Otoz pewnego dnia - nie jak to opowiadali nam nasi rodzice do poduszki "dawno dawno temu ..."  - koniec listopada 2003, pojechalem do moich znajomych. Nudzilem sie na Misji, wiec coz bylo robic, isc do ludzi, odwiedzic znajomych, przyjaciol, usiasc z nimi, wypic piwko i pogadac o wszystkim i o niczym. Piwko zawsze pomagalo latwiej porozumiewac sie w tubelczym jezyku. Wspomiani znajomi to botswanska Rodzina. Tak na marginesie podziele sie, ze wlasnie w ten to sposob moglem opanowac w miare  lokalny jezyk.


Usiedlismy pod drzewem, bylo popoludnie, a wiec slonko dawalo sie jeszcze we znaki. Typowa botswanskia zagroda, kilka malych domkow, okragle, pokryte trawa i zbudowane chyba z gliny. Nie jestem ekspertem, inni moga mnie poprawic.
Siedze sobie z mezczyznami pod drzewkiem, popijamy piwko i rozprawiamy, jak juz wspominaelm, "o wszystkim i o niczym". Kobiety przygotowywaly cos do jedzenia.
Minely moze dwie godziny, kiedy zdecydowalem sie wrocic na Misje. W trakcie naszej rozmowy zauwazylismy dziwna "wedrowke" ludu na sasiednim poworku. Ludzie tloczyli sie u sasiadow, przychodzili i odchodzili.


- To musi byc pogrzeb - skomentowal jeden z moich przyjaciol.
- Nie - zaprotestowal ktos inny z naszego grona - moze ktos jest chory.
Uslyszlem jeszcze kilka innych powodow owego ozywionego ruch na sasiednim podworku.
- Pojde ich odwiedziec - przerwalem milczenie - sprawdze co sie dzieje.
Kilka lat temu nie wyobrazalem sobie siebie wkraczajacego na posiadosci obcych, byle bardzo niesmialy. Nie wyobrazalem sobie tak wejsc po prostu na czyjas posadlosc, aby pozdrowic domownikow. Jakos nie bylo to w mojej naturze. Obecnie, bez wiekszego zazenowania wkroczylem na podworze sasiadow moich znajomych. Chyba nie bylem juz tak egoistyczny, myslacy, ze teraz wszyscy sa zainteresowi moja osoba.

 

Jasiu podeslal zdjecia.    

Obraz podworka i rozmieszczenia ludzi bardzo mi bliski. Kilka tradycyjnych domkow, pod jednym drzewem zgromadzeni mezczyzni. Gdzies w drugim koncu kobiety o czyms debatowaly, inne byly zajete przygotowaniem posilku. Dzieciaki jak zawsze biegaly tu i tam, czyli byly wszedzie. Nie przekroczaly jednak "terytorium" starszych.
Czyli czulem sie u "siebie", znany schemat codziennego zycia moich ludzi. Na chwile przystanalem w bramie. Uczynilem to swiadomie, dalem chiwle czas gospodarzom oraz zgromadzonym na podworzu ludziom, aby zorietowali sie, ze nowa osoba pojawila sie na ich terytorium. Tym bardziej, ze byla to biala osoba. Malo bialych ludzi wiedzi sie na posiadlosciach lokalniej ludnosci.
Powoli ruszylem do przodu, oczywiscie moje kroki skierowalem w kierunku gromadki mezczyzn sedzacych pod drzewem. Zgodnie z regulami i zwyczajami tutejszej ludnosci muisalem przywietac sie z glowa domu, czyli z mezczyzna.


Zrobilem zaledwie kilka krokow. Nieoczekiwanie nowa postac pojawila sie na mojej drodze. Starszy mezczyzan, a wiec alarm w glowie, ze nie moglem go zignorowac. Zwolnilem kroku, pozwolilem mu zblizyc sie do mnie. Zauwazylem Pismo Sw. w jego prawej rece. Bylo nieco zuzyte, a wiec wniosek, ze zna slowa Pana. Niespelna kilka krokow przede mna zaczal wymachiwac Pisamem. Byl to raczej nerwowy gest, wiec jeszcze bardziej zwolnilem. Czulem, ze cos jest nie tak. Nie prowokowalem jednak sytuacji, czyli nie reagowalem.


- Jestes pastorem - krzyknal jednoczesnie wymachujac Pismem Sw.
- Nie pastorem, ale ksiedzem - w kilku slowach wyjasnilem mu roznice. Zawsze to czynilem, poniewaz lokalni duchowi, liderzy duchowni przeroznych sekt i malych wspolnot, chcieli uzywac tych samych tytulow. Czas ich przygotowania do objecia stanowiska we wspolnocie kosciola roznil sie drastycznie. Misjonarze katoliccy spedzaja co najmnie siedem lat na przygotowanie sie do sluzby w Kosciele, nasi lokalni panowie moze dwa do trzech tygodni


- Ksiedzem - odpowiedzialem, nieco zdziwiony, ze mnie znal.
- To ty nauczasz ludzi w twoim kosciele o Bogu - czulem Pismo Sw. prawie na swoim nosie
- Nauczam czy dziele sie wiara - odpowiedzialem - tak masz racje, to ja.
- Nauczasz ich o Bog Wszechmogacym, Stowrcy tego swiata - najwyrazniej nie spodabalem mu sie.
- Tak, uczymy sie razem o Bogu Stworcy Wszechswiata - staralem sie zachowac spokoj.
- Klamiesz, oklamujesz tych ludzi - podniosl glos - jestes klamca!
Na chwile zamilkem. Patrzylem na niego probujac odgadnac powod jego zdenerwowania. Zauwazylem, ze jego oczy blyszczaly cierpieniem i nienawiscia. Trudno bylo mi odgadnac zrodlo owego stanu uczuciowego. Wiedzialem jednak, ze nie mialem najmnieszej przyjemnosci kontynuawania dialogu z owym czlowiekiem. W koncu przyszedlem z zyczliwosci.


- Klamiesz - wrzeszczal - klamiesz, ze jest On kochajacym Bogiem - zauwazylem, ze inny mezczyzni patrzyli sie na nas - klamiesz, ze On twoj Bog jest Kochajacym Stworca Swiata.
- Nie wiem dlaczego krzyczysz na mnie - odpowiedzialem - przeciez ja ci nic zlego nie zrobilem.
- Nie ty, ale twoj Bog - podniosl Pismo Sw. do moich oczu - Bog, o ktorym mowisz, ze jest dobry i z milosci stworzyl swiat i czlowieka.
- Otworz Ksiege Rodzaju - podalem mu rodzial i wersy - a sam przekonasz sie o Jego pieknie i wszechmocy.
- To nie On jest wladca obecnego czasu - ironiczny usmiech pojawil sie na jego twarzy - to szatan jest panem obecnego czasu i swiata.
- Szatan? - zaskoczyl mnie szybko zmiana tematu, sam powtorzylem do siebie - szatan!
- Tak szatan - chwycil mnie z reke - pokaze ci jego moc i sposob krolowania.


Przestraszylem sie nieco jego zdecydowanego glosu. Byl pewien o czym mowi, a to czyni drugiego czlowieka nieco przerazonym. Chcialem uwolnic sie z jego uscisku, nie pozwolil. Wydawalo mu sie, ze jest panem sytuacji. Chyba przez moment byl. Mezczyzni, ktorzy jeszcze kilka minut temu byli zywo zajeci swoimi rozprawami, patrzyli na cale wydarzenie w milczeniu. Zaden nie przyszedl mi z pomoca. Zaden nie pojawil sie aby pomoc starcowi w jego zmaganiach ze mna. Sprawiali wrazenie jakby nie nalezeli do otaczajacej nas rzeczwiestoci. Kosmici czy co - pomyslalem?


- Czy moglbys mnie puscic - ciagle probowalem uwolnic sie z jego uscisku - przyszedlem tyko was przywitac, a nie rozwazac nad wszechmoca Boga.
- Choc pokaze ci malosc i klamstawa twego Boga - ciagnal mnie w kierunku jednego z tradycyjnych domkow.
- Klamstwa Boga? - nie umiale pojac calego wydarzenia.
- Chodz, pokaze ci moc szatana - wrzeszczal, chcial aby wszyscy podziwiali jego zwyciestwo - chodz, nie boj sie jego mocy. On rowniaz i ciebie odwiedzi pewnego dnia.
Poczulem jak lek ogarnia wszelkie zakamarki mego ciala, umyslu i uczuc. Przestarszylem sie mocy jego glosu. Pewnosc zawsze przeraza czlowieka, czyni go zaleknionym i gotowym do poddania. Tym razem mialem poddac sie przed czyms o czym nauczalem. Stawial mnie w obliczu opowiedzenia sie i obrony mocy i milosci Bog lub odrzucenia.


Byl to czas kiedy ponownie przechodzilem kryzys wiary. Byla jednak to osobista relacja moja do Boga. Jako misjonarz, ksiadz wykonywalem swoje obowiazki zgodnie z oczekiwaniami Kosciola. Staralem sie wypelniac wiernie moje pastoralne obowiazki. Osobisty kryzys, byl sparawa pomiedzy Bogiem a mna.
Ponownie podjalem probe uwolnienia sie z uscisku mego towarzysza. Mialem woczas tylko jeden cel, uciec, gdzies sie zaszyc i zapomiec o calym przedstawieniu. Musialem cos zrobic, przeciez nie bylo we mnie odrobiny wiary. Moja przyjazn z Bogiem gdzies sie pogmatwala. Moglem odprawic starca argumentami cytatowanymi z Pisma Sw., nauczaniem Kosciola. W tym bylem dobry, zapewne lepszy niz ow staruszek. Nie mogle jednak nic uczynic sam z siebie, bylem w kryzysie. Poglebial sie on we mnie wraz z narastaniem liczby umieralnosci ludzi na AIDS, szczegolnie moldych ludzi. Bylem, jak mowil sw. Pawel "cymbalem brzmiacym", czyli wrakiem milosci Boga we mnie. Nie moglem zastosowac zadnego argumentu, ktorym byla milosc Boga we mnie. Wszystko co moglem uczynic w owej sytuacji to tylko umysl, wiedza i udzka madrosc. Moje serce bylo zagubione, krwawilo rozpacza i samotnoscia.

 

Jasiu podeslal zdjecia.    

- Nie boj sie - stalismy juz przed drzwiami malego domku - pokaze ci moc szatatana. Pokaze ci zniwo jego wielkosci, moze wowczas zrozumiejsz wszystkie swoje klamstwa.
Raz jeszcze probowalem sie wyrwac, na prozno. Wszelkie wysilki poszly na marne, tak jakby to on byl pelen mocy i energi mlodego czlowieka. Otworzyl drzwi, wepchnal mnie do srodka.
Pierwsze wrazenie to przerazajacy mrok, wrecz ciemnosc oraz ostra odrazajaca won. Potrzebowalem chwili, aby przyswoic wzroku do panujacej ciemnosci oraz sens wechu do panujacego zaduchu. Tuz za moimi plecami uslyszalem trzask zamykajacych sie dzrzwi. Wiedzialem, ze jakakolwiek porba ucieczki byla niemozliwa. Poddalem sie mocy chwili. Dwa kroki do przodu i juz wiedzialem co dzieje sie w owej osamotnionej izdebce. Wszysko wydawalo sie tak dalekie od otaczajacego nasz swiata, jego przepychu czy ubostwa. Wydawalo mi sie jakbym zanalazl sie w innej rzeczwywistosci, przerazajacej rzeczywistosci. Bogactwo czy bieda nie stanowily zadnego znaczenia w owej polmrocznej atmosferze malej izdebki. Pozycje i wladze czy niewolnictowo nie odgrywaly zadnej roli w obliczu otaczajacej mnie rzeczywistosci. Nie bylo tu ani wielkich ani malych, bogatych czy ubogich. Byla tylko smierc, ktora w grucie rzeczy jest taka sama dla wszystkich.


Przypomialy mi sie slowa mego przewodnika, zbuntowanego starca, byl to obraz mocy szatana. Poczulem jak pot pokrywa cale moje cialo. Lek wdzieral sie we wszelkie zakamarki mego jestestwa. Bylem wrecz sparalizowany. Wydawalo mi sie, ze ow starzec mial racje. Po prostu wygarl.
W malej izdebce, z malym okienkiem na "swiat", stalo jedno lozko i krzeselko. Po przeciwnej stronie lozka, pod sciana na ziemi siedzialy trzy staruszki. Chyba plakaly. W ciemnosciach nie umialem rozpoznac ich uczuciowego stanu. Jedna rzecz byla pewna, nie czulem zadnej promieniujacej fali radosci z ich strony.


Na lozku ktos lezal. Trudno bylo mi odgadnosc, czy byla to dorosla osoba czy dziecko. Moje oczy ciagle potrzebowaly czasu na dostosowanie sie do panujacego mroku. Podszedlem blizej, moje nogi byly jak "z gabki". Usiadlem na lozku oboko tego kogos. Spojrzalem raz jeszcze na osobe przykryta kocem. Mloda kobieta, jak pozniej sie dowiedzialem, dziewczyna w wieku 21 lat. Powoli moglem rozpoznac jej sylwetke. Chuda, po prostu szkielet czlowieka. Spojrzalem jej w oczy. Zimny pot pojawil sie momentalnie na calym mym ciale. Pustak, nic innego tylko pustak. Zywe galki oczne, poruszajace sie jak u kazdego z nas. Roznica polegala na tym, ze nie bylo w nich nic innego poza pustka. Wydawalo mi sie jakbym patrzyl smierci w "oczy". Przestraszylem sie smierci. Misjonarz, czlowiek nauczajacy o pieknie, milosci i radosci zycia po smierci.


"Pokaze ci moc szatan, pana dnia dzisieszego" - slowa starca ozyly w mej swiadomosci. Zamknalem oczy, nie umialem patrzec na owa rzeczywistosc i sluchac slow starca ciagle brzmiacych w moich uszach. Budzila sie we mnie zlosc. Wiedzialem, ze bylem na granicy psychicznej i duchowej wytrzymalosci. Nie wiele dzielilo mnie od eksplozji kryzysu mej wiary. Moja wiara byla martwa. Nauka Kosciola nie moglem pokonac smierci mlodego czlowieka. Miala na imie Kagiso. Umierala ma AIDS. Bylem pusty, bylem cymbalem brzmniacym znajdujacym sie w posrodku ciemosci ludzkiego umyslu. Chcialem krzyczec. Bylem zdecydowany zawolac starca i pogartulowac mu jego odkrycia i sukcesu. Chcialem zakonczyc to przerazajace doswiadczenie, uciec, schowac sie za przeslona moich codzinnych pastoralnych obowiazkow. Umialem grac dobrze role czlowieka, ktory wierzy.
Nachylilem sie nad szkieletem ciala Kagiso, zatrzymalem sie na chwile na jej spojrzeniu. Zauwazylem mala iskierkie, cos dziwnego, nie wiedzialem jak to okreslic. Jednak dodalo mi to nieco odwagi. Podnioslem jej cialo i przytulilem do siebie. Jakas sila we mnie sprawila, ze odwazywelm sie na owo posuniecie. Czulem kazda kostke jej ciale, moglem wowczas policzyc z ilu to kosci zbudowany jest szkielet czlowiek. Glowa jej spoczywala na moich ramionach. Nie wiedzialem co dzieje sie ze mna, to nie bylem ja. Wowczas pojawily sie ciche slowa gdzies w zakamarkach moich szarych komurek. Moje serce bylo pelne buntu, gotowe na walke.


- Gdzie jestes Boze - czulem lzy rozpaczy na moich policzkach  - gdzie sie podziales? Czy naprawde przestales troszczyc sie o Towje dzieci? - ciagle tulilem ja w moich ramionach
Cisza, przerazajaca cisza byla odpowiedzia na pytania mego serca. Chyba nie oczekiwalem nieczego wiecej. Nauczylem sie, ze On czesto milczy, nie odpowiada na wezwania swoich dzieci. Moze byl to powod mego kryzysu wiary?! – pomyslalem.
- Gdzie jestes? - moje serce nie dawalo za wygrana tak latwo - Przeciez mozesz cos powiedziec, zareagowac w jakis sposob!
Kagiso spoczywala na moich ramionach. Mialem wrazenie, ze czuje sie dobrze. Choc przez ta krotka chwile mogla czuc sie kochana. To muisalo byc przecudowne uczucie w calym tym ponizeniu i odseparowaniu przez ludzi. Ludzi, ktorzy dawno temu zapewniali ja o swej milosci. Tak mowili, chyba nie wiedzieli czym jest prawdziwa milosc.


- Jestem tutaj - dreszcz przeszyl cale me cialo - jestem tutaj, nie widzisz mej obecnosci?!
Mily i lagodny glos zwrocil sie do mnie, odpowiedzial na moje wezwania.
- Jestem, nie boj sie - powtorzyl raz jeszcze, chcial abym go dobrze zrozumial - bylem tutaj przed toba, jestem i pozostane z Kagiso juz na zawsze. Nie boj sie!
Spojrzalem na Kagiso, mialem wrazenie, ze to ona mowi do mnie. Jest usta byly zamkniete, milczala.
- To ja twoj Bog - odezwal sie ow glos - nie boj sie o moje dziecko, jestem z nia i bede z nia na wiecznosc - gesia skorka pojawila sie na moich rekach.
- Jestem i bede z nia na zawsze w krolestwie milosci, wolnosci, radosci i szczescia - za wszelka cene chcial, abym zrozumial Jego slowa - nie boj sie, ja jestem.
Lzy pojawily sie w moich oczach.

 

- Wrocil - powtorzylem do siebie - wrocil moj Bog, jest ciagle ta przepiekna Osoba, kochajaca i zyjaca osoba.
- Ty, ktory nuczasz o mnie, nauczasz o mej milosci, straciles wiare - byl delikatny, nie osadzal - powiedz im, wszystkim raz jeszcze, ze jestem i ne przestane byc z moimi dziecmi - na chwile zamilkl. Chyba dal mi czas na uciszenie calego szoku owego piekna spotkania z Nim.
- Powiedz moim dzieciom - powtorzyl - ze jestem z nimi, szczegolnie z tymi, ktorzy sa osamotnieni w cierpieniu choroby HIV/AIDS.
Chcialem krzyknac, powiedziec dzieki, tyle ciepla i milosci obudzilo sie momentalenie we mnie. Kagiso spojrzala mi w oczy. Zapewno zaszokowala ja ta nagla zmiana uczuc i mocy milosci we mnie. Patrzyla swymi pustymi oczyma i zadawala wiele pytan. Dziwna rzecz, jej oczy nie byly juz puste i przerazajace. Widzialem w nich zycie, radosc, milosc, pokoj i to przecudowne szczescie, o ktorym uslyszalem przed chwila. Byla inna osoba, tym samym szkieletem, a jednak czlowiekiem zyjacym nowym zyciem. Byla czyms wiecej niz szkieletem, byla zapowiedzia, przedsmakiem wiecznosci. Spotkalem, doswiadczylem wiecznosci, jego piekna i milosci w jej osobie. Umiera, a jednak zyje. Przeraza, a jednak zacheca do kochania i jest kochajaca. Odraza a jednak swieci darem piekna Bozego obrazu w sobie. Dar prawadziwego zycia rozblysnal w calosci w jej mizernym wizerunku czlowieka.
- Nie boj sie - raz jeszcze uslyszalem Jego glos - zaopiekuje sie nia. Pamietaj, ze ty jestes bardzo bliski memu sercu, kocham cie i pragne dzielic sie z toba wszystkim co posiadam. Korzystaj z owych darow - czulem budzace sie we mnie pragnie odbudowania osobistej przyjazni z Bogiem.
- Opuszczajac te mala izdebke, nie boj sie - kontunuowal - Kagiso jest moja ukochana corka. Zdbam o nia jak najlepszy ojciec.

 

Jasiu podeslal zdjecia. Cmentarz.    

Delikatnie polozylem jej cialo na poslaniu lozka. Pozegnalem sie ze starszymi kobietami siedzacymi pod sciana. Otworzylem drzwi, swiatlo dnia nieco mnie przerazilo. Bylo jednak inne od swiatla, ktore przed chwila doswiadczylem w ciemosciach malej izdebki i tragedii czlowieka. Swiatlo dnia kroluje tylko od zmirzchu do zmorku. Jego swiatlo nie ma poczaktu ani konca. Usmiechnalem sie do siebie.
Z chwila jak tylko zamknalem drzwi za soba, moj starszy przyjaciel z Pismem Sw. byl juz przy mnie. Chcial cos powiedziec, moze znowu krzyczec. Z otwartymi ustami milczal, slowa utknely mu w gardle. Nasze spojrzenia spotkaly sie na krotka chwile, szybko odwrocil glowe. Widocznie czegos sie przestraszyl. Zauwazyl swiatlo, nowe swiatlo, swiatlo, o ktorym marzylo jego serca, a umysl sie bal. Doswiadczyl nowej mocy, tej mocy o ktorej nauczalem w Kosciele. Wiecej, zauwazyl moc i swiatlo Tego, ktory na nowo narodzil sie w moim sercu.


Kagiso zmarla kilka dni pozniej. Dlugo stalem nad jej grobem czujac ich obecnosc. Nie byla sama. Czulem promieniujace szczescie i radosc jej nowego zycia.


 

 

"Zlaczmy nasze rece na wspolnej modlitwie!!"

- wyprawa-pielgrzymka rowerowa

 

Janusz    

Janusz Prud, Serowe

Wszyscy w jakis sposob wiemy czym jest AIDS. Znamy jego skutki, tragedie tak osobiste, rodzinne jak i spoleczne. Botswana, kraj gdzie pracuje, to jedno wielkie "zbiorowisko" tej choroby, czyli wiele cierpienia, umierania i wewnetrznego zagubienia. Pytanie o moc i milosc Boga staje sie coraz czestszym zjawiskiem na ustach wielu ludzi, szczegolnie tych, ktorzy tak naprawde nie maja wiele do czynienia z Bogiem. Znajdujac sie w samym srodku takowej atmosfery, sila faktu chcialoby sie cos zrobiec. Cos co moglo by dotknac ludzkich serc i zamknac krytyczne "buzie" ignorantow.

 

Pewnego dnia, bylo to w poludnie, bardzo goraco, wracalem z miasta. Mielismy spotkanie pastoralne. Czulem sie zmecznony. Upal i owe "wielkie" dyskusje planowania i rozwazania na temat AIDS bardzo negatywnie wplywaly ma moje samopoczucie. Wiedzialem, ze musze cos zrobiec, cos jak pisalem innego czyli konkretnego. Mialem juz dosc uczastniczenia w owych rozwazaniach, planowaniach i dyskusjach na temat AIDS, kiedy wielu mlodych ludzi odchodzilo z powierzchni tego swiata.

 

Marzylem, pozostalo tylko nadac temu konkretny ksztalt. Wiedzilem, ze sam nie zdolam wymyslec nic co moze dotknac ludzkich serc. Tak wiec tegoz samego dnia rozpoczelem modlitwe Koronki do Milosierdzia Bozego. Prosilem za chorych i umierajacych na AIDS oraz o swiatlo, moc wprowadzenia mego marzenia w zycie. Chcialem, aby nasi ludzie, cierpiacy i ciagle jeszcze wierzacy odswierzyli swego ducha, przyjazn z kochajacym Bogiem. Minelo okolo czterech miesiecy. Byla trzecia w poludnie, czas odmawiania Koronki. Wlasnie odmowilem Koronke, otworzylem Pismo Sw. Przeczytalem kilka wersow i moje oczy, albo raczej serce utknelo na 19-stym wersecie 18-ego rozdzialu Ewangelii sw. Mateusza. Przypomne je wam wlasnymi slowami, nie mam przy sobie obecnie polskiego tekstu. Chrystus poucza nas poprzez Mateusza nastepujacymi slowami: "wystarczy jezeli dwoch z was na tej ziemi zgodnie modli sie w tej samej intencji, Bog Niebieski uczyni to im".

 

Kilka razy przeczytalem te slowa Mateusza. Wiedzialem wowczas co nalezy zrobic, aby uczynic nas, czyli wspolnote kosciola, aktywnymi uczestnikami w walce z AIDS. Powstala mysl, wizja abysmy polaczyli sie na modlitwie. W tym to momentcie przypomiala mi sie pewna sytuacja z baru. Ktoregos dnia, po tenisie, poszedlem z kumplem na piwko. Bylo tam kilka innych znajomych. Duzo dyskutowalismy o AIDS, przy piwie zawsze duzo sie dyskutuje. Jeden z nich, starsza osoba, katolik nie chodzacy do kosciola od "wiekow", powiedzial cos co stalo sie fundamentem naszej obecnej wizji. Powiedzial nastepujace slowa: "wystarczy, ze wszyscy ludzie w kosciele podadza sobie rece i wzniosa jedna modlitwe do Boga, wowczas doswiadcza cudu."

Usmialem sie do samego siebie, kiedy nazwalismy nasza nowa wizje w walce z AIDS: "Zlaczmy nasze rece na wspolnej modlitwie."

 

Pozostalo pytanie jak tu zmobilizowac rzesze do modlitwy. Chrystus mowil o dwoch, my chcielismy wzmocnic sily i zaangazowac wiecej niz dwoch. Dla wyjasnienia podam, ze byl to czas pewnego kryzysu wiary w mojej posludze misyjnej. Bylem zmeczony  codziennoscia, te same czynnosci i rutyna kazdego dnia. Wewnetrznie potrzebowalem czegos w rodzaju odswiezenia i obudzenia entuzjazmu wiary. Pan przyszedl z rozwiazaniem dwoch kwestii na raz. Otoz postanowilem, ze bede pedalowal a reszta chetnych bedzie sie modlila. Postanowilem przemierzyc dystans okolo 1500km, z polnocy na poludnie kraju. Na dodatek chcialem uczynic to sam, zabierajac potrzebny sprzet na rower. Namiot, spiwor, sprzet biwakowy i inne potrzebne przedmioty zapakowalem na moj gorski rower. Rozeslalismy zaproszenia do wszystkich wspolnot Kosciola katolickiego w kraju. Prosby byla prosta, aby kazdy zmowil jedna modlitwe, do wlasnego wyboru, w intencji o wyleczenie z choryby AIDS. Poszlismy z owa prosba do ludzi nie wierzacych i niepraktykujacych. Wielu bylo zagubionych i zmieszanych. Przede wszystkim nie prosilismy o pieniadze, zwykle Kosciol katolicki prosi o pieniadze. Taka byla ogolna opinia. Byli chetni dac kilka zlotowewk. Trudno jednak bylo im sie zdecydowac na wziecie aktywnego udzialu w owej modlitewnej przygodzie. Prosilismy tylko o jedna modlitwe kazdego dnia, od 8 wrzesnia - dzien rozpoczecia rowerowej pielgrzymki do 22 wrzesnia, dzien zakonczenia pedalowania. Wielu z nich przestraszylo sie tej pieknej przygody i mobilizacji na modlitwie.

 

Kilka osob postawilo pytanie: "Co bedzie jezeli Bog nie wyslucha tej modlitwy?" Moja odpowiedz byla jasna, przyszla oczywiscie od Niego. Zwykle odpowiadalem tymi slowami: "przeczytaj raz jeszcze slowa Mateusza 18:19; nasza partia do zrobienia to jest modlitwa. To czy Bog, Ojciec Niebieski wyleczy i jak wyleczy jest juz w Jego mocy. Ojciec Niebieski im to uczyni." Tymi slowami, probowalem budzic wiare i zaufanie, ktore chcielismy calkowicie ulokowac w Bogu. W koncu to byla Jego idea i slowa zachety.

 

Janusz    

Wszystko bylo juz zorganizowane. Czekalem tylko na dzien, godzine, minute rozpoczecia owej przygody z modlitwa na rowerze. Wowczas pojawilo sie cos nowego, czego w ogole nie przewidzialem. W miare zblizania sie minuty rozpoczecia pedalowania, ogarnialo mnie coraz wieksze uczucie leku. Paralizowalo to wrecz moja wiare. Ktos powiedzial mi, kiedy dzielilem sie swoimi przezyciami: "Zaufales Bogu, wiec teraz nie rezygnuj kiedy jest Jego czas pokazania swej sily."

 

Balem sie samotnosci, buszu, dzikich zwierzat. Pierwszy etap podrozy to Rezerwat Przyrody, czesc o duzej ilosci zwierzat. Balem sie zmeczenia, balem sie mysli przegrania i rezygnacji w trasie. Balem sie upalow i raz jeszcze samotnosci. Noc poprzedzajaca owo wydarzenie, oczywiscie byla nie przespana noca.

 

Bylo to poniedzialek, 8 wrzesnia, godzina 6.30 rano, kiedy wsiadlem na moj zaladowany rower. Powoli ruszylem w droge. Wowczas doswiadczylem czegos nowego, Ow paralizujacy lek sprzed kilku dni gdzies odplynal. Marzenie stalo sie realnoscia, wiec i ow lek stal sie realnoscia. Innaczej sie patrzy i odbiera lek, ktory jest realny a nie tylko wytworem umyslu.

 

Szybko nauczlem sie mierzyc przebyte dystansy. Nie mierzylem ich wizualnie, byly to dlugie przeogromnie proste. Mierzylem czasowo, kazda godzina to okolo 20 km odcinak przemierzonej drogi . Kiedy pojawily sie wiatry dystans sie nieco zmiejszyl, 15-16km na godzine.

Pierwsze dwa dnie to zmaganie z upalami, woda i dzikimi zwierzetami. Pierwsza noc przespalem w tak zwanej strefie sloni. Latwo bylo rozpoznac, ze ten teren nalezal do sloni. Poznalem po typie drzew, ktore sluzyly im za pokarm oraz wielu powywracanych drzewach. Robilo sie ciemno, nie mialem innego wyjscia, musialem rozbic namiot. Pierwsza noc i pierwsze piekne przezycie. Cisza, delikatnosc buszu i ta atmosfera otaczajacego mnie Wszechswiata, ktory stal sie moim towarzyszem podrozy. Brdzo bliskim przyjacielem. Lek samotniosci i buszu rozplynal sie w "powietrzu" wraz z doswiadczeniem przyjaznego nastawienia otaczajacego mnie Wszechswiata.

 

Codziennie wstawalem okolo 5 rano, aby juz o 6, bylo juz wystarczajaco jasno, rozpoczac moje zmagania na rowerze. W poludnie nie moglem pedalowac bylo za goraco. Tak wiec czas podrozowania na rowerze to poranne i popoludniowe godziny. Okolo pierwszej robielm przerwe. Wowczas odpoczynek w cieniu drzewa, aby rozpoczac ponownie moje pedalowanaie od 3.30 do okolo 5.30 wieczorem.

Drugi dzien podrozy, 6 rano jestem juz na rowerze, w pelni przygotowany do wydarzen i zmagan nowego dnia.  Oczywiscie, rozpoczynam owe rowerowe zmagania z modlitwa rozanca. Trzy razy w przeciagu dnia odmawialem rozaniec. W pwenym momencie dostrzegam stado sloni. Okolo 100 metrow przede mna. Za chwile pojawilo sie nowe stado tuz za mna, czyli bylem zablokowany. Nieoczekiwany postoj, czakam. Po chwili pojawia sie nowe stado wynurzajace sie z buszu, gdzies na mojej wysokoscie. Byla to godzina przemieszczania sie sloni do wodopoju, czyli wszyscy przekraczali droge. Tu rozpoczyna sie goroaczkowe pytanie, co robic? Nie mialem czasu na rozwazania. Slonie zblizaly sie w moim kierunku. Tak wiec wsiadlem na rower i powoli ruszylem do przodu. Owe stado z przodu powoli opuszczalo droge, tak wiec z "sercem w gardle" przemknalem kolo nich.  W takich sytucjach nie ma czasu na myslenie, czy na rozwazania mozliwosci "za" czy "przeciw", trzeba zaufac jak dziecko. Nowe doswiadczenie, zachowalem sie jak dziecko chronione przez Boga. Nie bylo to moje pierwsze spotkanie ze slonimi. Natomisat pierwsze na rowerze.

 

Druga noc w buszu jest przepiekna, bardzo relaksujaca. Bylo nieco chlodniej, milo wiec bylo usias przy ognisku, otworzyc puszke z miesem i zjesc kolacje popijajac herbata. Poza tym swiadomosc, ze nastepna noc to juz dobre lozko i prysznic na jednej z naszych misji. Teskinilem za woda, teskinilem za prysznicem.

Mineley dwa dni bez wiekszych wrazen. Wszstko szlo zgodnie z planem, nawet nadrobilem kilka kilometrow. Dalo mi to nieco wiecej sil i wewnetrznej mocy.

Pewnego dnia pojawia sie nowe doswiadczenie, nowe wezwanie na miej rowerowej pielgrzymce, wiatr i deszcz. Budzac sie rano nie przeczuwalem, ze bedzie to bardzo trudny i wielce wyzywajacy etap mej podrozy. Wsiadlem na rower, wszystko starannie zapakowane i przygotowane do kolejnego dnia podrozy. Pierwsze metry mego pedalowania wywoluja we mnie przeogromny lek. Wiatr, byl bardzo silny, przeciwny wiatr. Zazwyczaj robilem w godzine dystans 20km, owego poranak udalo mi sie zaledwie przejechac 10km. Po godzinie czasu bylem bardzo wycienczony, zmeczony fizycznie, psychicznie i duchowo. Dziennie pedalowalek okolo 8 do 9 godzin. Byl to poczatek dnia, zaledwie jedna godzina pedalowania, a bylem juz  calkowicie wyczerpany. Wiatr byl bardzo mocny, kiedy przestawalem pedalowac, czulem jak poruszam sie w przeciwnm kierunku mej wyprawy.

 

- "Boze, prosze Cie ucisz ten wiatr, zmien kierunek"- niesmile i ciche slowa modlitwy pojawily sie na moich ustach.

- "Prosze Cie zrob cos, ja nie dam rady z tym walczyc" - slowa stawaly sie coraz bardziej stanowcze. Minela nastepne pol godziny walki w wiatrem i mojej modlitwy. Bog milczal, po prostu tak jakby mnie nie slyszal.

- "Zrob cos, przeciez Ty masz moc, mozesz wszystko" - slowa prosby zamienily sie w slowa zadania - "nazywasz mnie swoim przyjacielem, wiec zrob cos. Ucisz wiatr, zmien kierunek, przeciez Ty jestes wszechmocny".

Modlitwa przemienila sie w meska dyskusje z Bogiem. Milczal, zadnej zmiany, a ja slablem. Powoli tracilem wiare i nadzieje, ze uda mi sie owego dnia przejechac zamierzony dystans.

- "Ucisz wiatr, zmien jego kierunek o 180 stopni, przeciez jestes moim Bogiem, moim przyjacielem" - stalem sie agresywny w moich modlitewnych wezwaniach.

- "Teraz juz wiem" - kontynuowalem moj dialog z Bogiem - "dlaczego wielu odwrocilo sie od Ciebie. Po prostu milczales kiedy Cie prosili". Zamilklem, nie chcialem marnowac sil na bezskuteczne zmagania z Bogiem. Kontynuowalem moje zmagania z wiatrem. Po uplywie kolejnej godziny zaczelo padac. Padalo mocno, zrobilo sie zimno.

 

- "Taka jest Twoja odpowiedz jako przyjaciela" - byly to slowa rezygnacji - "jezli tak, to ubogi to znak przyjazni. Moi przyjaciele kiedy ich prosze to zawsze cos uczynia, pomoga czy dodadza odwagi. Ty natomiast zeslales deszcz. Dzieki za ten gest przyjazni" - chwile pedalowalem w milczeniu, po czym dodalem - "Prosze nie nazywaj mnie swoim przyjacielem. Widac nie doroslem do Twej przyjazni".

W tym to momencie zerwalem moja przyjazn z Bogiem. Tym ktory byl poczatkiem i koncem tej to pielgrzymki rowerowej. Dojechalem do wioski. Zrobilem postoj, chroniac sie przed deszczem. Minelo pol godziny, musialem wsiadac na rower i kontunuowac, czas nie pozwalal mi na dluzszy przestoj. Wciaz padalo i wial silny wiatr. Nie odzywalem sie do Boga, po prostu milczalem calkowicie skoncentrowany  na pedalowaniu. Minelo nastepne pol godziny, deszcz ustal a wiatr zmienil swoj kierunek o 180 stopnii. Poczulem jak lzy same zbieraja sie w moich oczach. Dotyk Jego milosci byl przeogromny, odpowiedzial na moja modlitwe. W tym to momencie stalismy sie ponownie przyjaciolmi, bardzo dobrymi przyjaciolmi. Wiatr wial mi w plecy przez nastepne trzy dni. Kolejne dni byly wiele latwiejsze. Nadrobilem dzien w mojej wyprawie.

 

Janusz    

Pozostalo mi jeszcze 390km do zakonczenia mej pielgrzymki. W poczatkowym planowaniu przeznaczylem na ow dystans cztery dni. Ostatecznie udalo mie sie przejechac ten dystans w przeciagu trzech dni. Bylo goroca i czulem sie coraz bardziej zmeczony, okolo 1100km za soba. Ostatnie trzy dni to zmagania z upalami i buszem. Spalem i jadlem w buszu. Marzylem tylko o jednym: dobrym i zimnym prysznicu. Nie mylem sie przez trzy dni, moje cialo bylo wrecz pokryte warstwa brudy, mieszaniana potu z kurzem.

 

W koncu nadszel oczekiwany dzien, ostatni dzien zmagania na rowerze. Znak drogowy informujacy 10km do Tsabong, wisoki gdzie konczylem moja rowerowa pielgrzymke, obudzile we mnie wiele energii i radosci. Tylko 10km, az trudno bylo uwierzyc. Wjechalem do wioski, dziekujac Bogu za opieke i milosc. Zapytalem sie pierwszych mieszkancow o droge do misji katolickiej. Tam mialem zaplanowany swoj ostatni nocleg. Bylo nisamowicie goraco, miejsce pustynne. Byl to pol-pustynny teren, male drzewa i piaski, wszedzie piasek i przypalajace slonce. Zmeczony, brudny i spragniony chcialem jak najszybciej znalezc sie na misji. Ludzie nie byli jednak pewni drogi, coraz czesciej przystawalem pytajac sie o bardziej konkretne informacje. Zmeczony tym ostatnim wezwaniem, zatrzymalem sie przy barze. Jednego czego tak bardzo pragnale to wypic zimne piwko. Popijajac piwko, naprawde zimne, zapytalem sie barmanki o misje katolicka. Wskazala palcem nieduzy budynek po przeciwnej stronie drogi. Czyli bylem juz na miejscu.

 

Podziekowalem Bogu, memu doremu Przyjacielowi za zdrowe zakonczenie pielgrzymki.

Po powrocie na moja misje ludzie dlugo opowiadali i dzielili sie swoimi przezyciami na modlitwa. Codziennie gromadzili sie w kosciele na moditwie rozanca. Wiele z nich odkrylo nowa moc i piekno modlitwy we wspolnocie. Widzialem jak nowy entuzjazm ogarnal ich serca, entuzjazm modlitwy. Wiara w fakt, ze On moze, wiecej pragnie nam pomoc. Pragnie naszego szczescia. Pojawil sie rowniez nowy entuzjazm we wspolnocie kosciola ofiarujacego swe modlitwy Bogu.

 

Osoby chore na AIDS, nieswiadome tego, ze wiedzialem o ich sytuacji, sciskaly mnie kiedy wrocilem na misje. Widzialem jak nowy promyk nadziei zycia obudzil sie w ich osobistej tragedii. Nowy promyk milosci i przyjazni z Bogiem stal sie ich swiatem i radoscia.

Teraz jest czas, ktory nalezy do Ojca Niebieskiego, aby uczynil to o co prosilismy.

zdjecia: dzien przed wyprawa i dzien po wyprawie

 

 

Adwent i AIDS

 

Janusz Prud, Serowe

Pozdrowienia!

Wydarzenie dzisiejszej niedzieli sa tak mocne, ze musze sie z Wami podzielic. Wszyscy wiemy o AIDS. Duzo sie mowi, duzo sie robi i wiele ludzi, szczegolnie mlodych odchodzi. Narzekamy na milczenie i stygme. To jest! Jednak Pan nie zapomina o swoich dzieciach, ma swoj czas i sposob aby to wszystko uporzadkowac i nas uleczyc.

 

Dzieki Jego blogoslawienstwu, Adwent w naszej Misji, St. Gabriel poswiecilismy AIDS. Pierwsza Niedziela Adwentu to duchowe rozwazania nad tematem stygmy - my ktorzy jestesmy obdarzeni taka miloscia przez Boga. Druga Niedziela to spotkanie w grupach. Najpierw video jak to mloda dziewczyna zachorowala na AIDS, jej problemy osobiste, reakcja i akceptacja rodzicow, Kosciola i tak dalej. Po spotkaniu w grupach, bylo dzielenie sie owocami dyskusji. Na koniec ludzie byli zaproszeni do dzielenia sie doswiadczeniem AIDS, nie tyle osobitego doswiadczenia ale kogos z rodziny, przyjaciela czy bliskiej osoby. Trzecia, dzisiejsza niedziela to wlasnie czas tego dzielenia sie.

 

W Srode, mloda kobieta, okolo 32 lat, przyszla proszac o mozliwosc dzielenia sie w kosciele. Jest zarazona ADIS.

Tak wiec dzisiejszej niedzieli, po Ewangelii, odmowilem modlitwe w intencji calej wspolnoty Kosciola, abysmy umieli przyjac te "Dobra" nowine. Nastepnie przez nalozenie rak modlilismy sie nad owa kobieta. Z przepieknym usmiechem na twarzy, z taka gleboka wiara i miloscia Boga zaczela dzielic sie swym doswiadczeniem odnosnie AIDS. Kiedy pady slowa jestem nosicielem wirusa AIDS mogles czuc jak Bog dotyka kazda osobe zgromadzona na Mszy Sw. swa przeogromna miloscia. Ludzie nie wiedzieli gdzie patrzec, jak reagowac, co robic w obliczu tak pieknego dzielenia sie miloscia. Powiedziala miedzy innymi, "ja zyje i Bog jest moim Ojcem, ktory mnie bardzo kocha", to bylo przecudowne wyznanie wiary. Moze pewne osoby chcialyby dyskutowac to wyznanie, jednak dotyk milosci Boga byla tak mocny, ze nikt nie mial najmniejszej odwagi kwestionowania jej przepieknej wiary.

Kiedy zakonczyla dzielenie sie swoimi doswiadczeniami, podziekowalismy Bogu za tak cudowne blogoslawienstwo.

 

Podczs Mszy ludzie wyszli z nowa idea odnosnie znaku pokoju. Nasz bohater dnia, mloda kobieta, nosicielaka wirusa AIDS, w czasie przekazywania znaku pokoju, stanela przed oltarzem, w miejscu gdzie ksiadz rozdaje Komunie, aby przyjac i dzielic sie znakiem pokoju. Prawie cala Wspolnota, stojac w kolejce, jak do komunii, podeszala do niech dzielac sie usciskiem i pocalunkiem. Dawno juz nie doswiadczylem tak przegromniej energii milosci. Bog kochal, obdarzal swoje dzieci pocalunkiem milosci poprzec uscisk i pocalunek naszej pani. Kosciol, ludzie naszego Kosciola katolickiego potrafia kochac, maja przepiekna wiare milosci Boga w nich. Dzis tego doswiadczyle i zmienilem moja opinie o naszym Kosciele, czyli naszych ludziach. Jest tam troche leku, jednak wiele wiecej jest milosci. Wszyscy przyjeli nasza pania usciskiem milosci.

 

Dziekuje Bogu za to Blogoslawienstwo i bardzo chce dzielic sie z Wami tym doswiadczeniem Jego milosci. Czynie to samo z kazdym z nas w swoj sposob i o swoim czasie.

Milej niedzieli

 

Z Bozym Blogoslawienstwem i modlitwa

Janusz  

 

 

 

W cieniu AIDS

 

 

Autor    

Janusz Prud, Serowe

 

AIDS coraz bardziej dziesiatkuje szeregi naszego spoleczenstwa. Przykrym jest fakt, ze odchodza ludzie mlodzi, pelni entuzjazmu i nadziei.

Bol i cierpienie, ktore zakorzeniaja sie coraz bardziej w naszym spoleczenstwie, szczegolnie w naszych rodzinach, chwilami sa trudne do zniesienia. Nie da sie tu mowic o jakims rozumieniu tego zjawiska. Pozostaje wiara i nadzieja, ktora tez potrzebuje wsparcia. Wielu ludzi odeszlo juz od Boga, przestalo chwalic i wielbic Jego Imie we wspolnocie Kosciola. Wielu mlodych ludzi znalazlo sie na bezdrozu wiary i praktyki wiary. Mowia, ze nie przynaleza do zadnej wspolnoty Kosciola, poniewaz jest ich tyle, ze sami nie wiedza, ktora przekazuje prawde o Bogu. Taka sytuacja jest przykra, a zarazem niebezpieczna, poniewaz to pokolenie wychowuje sie bez wartosci. Zderza sie z rzeczywistoscia smierci ofiar AIDS, bez nadziei i wiary w Boze Kralestwo.

Staja sie jedynie widzami roznych ceremonii pogrzebowych.

 

AIDS przyczynil sie do powstania calkiem nowego fenomenu w afrykanskiej kulturze - sieroctwa.

Do tej pory sieroctwo bylo sporadyczne. Osierocone dzieci zawsze znajdowaly ochrone i opieke u dalszej rodziny. Dzis ten sposob postepowania zawodzi,gdyz liczba sierot przerasta mozliwosci rodzin zastepczych czy dalszej rodziny. Ludnosc tubylcza nie wie, jak odpowiedziec na nowe wyzwania, szuka pomocy w Kosciele lub u roznych organizacji.

 

Jasiu w swojej parafii.    

Nasza wspolnota misyjna podjela to wyzwanie.

Przy pomocy ambasady amerykanskiej i kilku organizacji zbudowalismy Centrum dla Sierot. Dziala ono na zasadzie calodziennego przedszkola. Ma to swoje uzasadnienie - po prostu nie chcemy izolowac dzieci od dalszej rodziny, od ich kultury i rodzinnych zwyczajow. Mozemy im pomagac, ale dzieci musza miec kontakt chocby z dalsza rodzina. To ona bedzie zawsze ich wsparciem i czescia ich zycia.

Oficjalne otwarcie naszego centrum, ktore nazywa sie Little Friends Centrum for the Orphaned Children, nastapilo 5 pazdziernika ubieglego roku.

 

Osobiscie pracuje nad zorganizowaniem wypray rowerowej na trasie 550 km. Mlodzi ludzie wyrazili chec spedzenia 6 dni na dwoch kolkach i wykorzystania tej podrozy na kampanie przeciw AIDS i pomoc sierotom. Bedzie to rowniez dobry moment uswiadomienia naszej mlodziezy, ze oni tez moga cos zrobie w tej sprawie.

Poza tym praca misyjna przebiega swoim rytmem, czyli po afrykansku – powoli i bez stresow.

 

 

 

 

Arek

 

 

A to Arek wlasnie.  

Arek Sitko przyjechał do Botswany w 1995 roku. Przyjechał w styczniu i współbracia, którzy pojawili się na lotnisku we Francistown przywitali go słowami: "Coś ty taki blady? Czy aby nie jesteś chory?" A on po prostu przyjechał z zimy do upalnego lata, nic więc dziwnego, że wyglądał dosyć "niestandardowo".

 

Jego pierwszą parafią było Francistown a potem Mochudi. Mochudi leży na południu Botswany. W obu parafiach pracował ze współbraćmi z Indii. W ubiegłym roku przeniósł się do trzeciej swojej parafii, tym razem do stolicy Botswany, Gaborone. Właściwie, to jego parafia, Mogoditshane, jest usytuowana już poza granicami miasta, ale metropolia jest tak ukształtowana, że Arek ma bliżej do centrum niż mieszkańcy północnego, czy południowego Gaborone. Mogoditshane jest taką typową "sypialnią" stołecznego miasta.

Parafia jest liczebnie, według botswańskich standardów, dosyć duża. Na niedzielne Msze św. uczęszcza ponad tysiąc osób. Jest to największa parafia werbistowską w Botswanie. Arka czeka w najbliższych latach wiele pracy, nie tylko pastoralnej. Budynki; zwłaszcza misja i "hall parafialny" wymagają gruntownych remontów. Podobnie też całe obejście kościoła, które zostało przeorane przez ciężkie maszyny podczas robot drogowych; kilka metrów od bramy kościoła przechodzi główna droga z Gaborone do Molepolole.

A to Arek wlasnie.  

W Mogoditshane jest ponad dziesięć wspólnot podstawowych i większość grup stanowych, obecnych w Kościele botswańskim: Stowarzyszenie Kobiet św. Anny, Grupa Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kobieca Grupa Maryjna, Chór Parafialny, Grupa Młodzieżowa - Wspólnota Życia Chrześcijańskiego, CHIRO - dziecięcy ruch kościelny i parę innych.

Msze św. są odprawiane codziennie rano o 6.30; często także po południu dla rożnych grup; oraz w niedziele o 7.00 po angielsku i o 8.00 w języku tswana.

Na przedstawionych zdjęciach można zobaczyć uroczystości Triduum Paschalnego w Mogoditshane.

rjs

 

 

   Uzdrowienie

 

A to Arek wlasnie.  

Arek Sitko, Mogoditshane

 

Byłem wtedy jeszcze w Mochudi. Pewnego listopadowego dnia; a listopad jest bardzo gorący i suchy; spadł krótki deszcz. Ziemia jest wtedy jak rozgrzana patelnia i woda od razu paruje. Robi się duszno jak w saunie. W moim pokoju miałem termometr. Pamiętam, że w ciągu dnia pokazywał temperaturę 37 stopni, a wieczorem „tylko" 32 stopnie.

 

Dochodziła 20.30 i właściwie byłem już przygotowany do snu; miałem na sobie jedynie podkoszulek i krótkie spodenki. W pewnym momencie usłyszałem niecierpliwe dobijanie się do drzwi wejściowych. Była to kobieta, prosząca o księdza dla swojej chorej ciotki. Nie bardzo było mi w smak wychodzić z domu i spytałem jak długo ciotka jest już w szpitalu. Odpowiedziała, że od tygodnia. Pytam więc, dlaczego przychodzi dopiero dziś i to o tak późnej porze. W odpowiedzi usłyszałem wielką ilość kombinacji słów: „więc, ale przecież, właśnie" itd. Cóż było robić. Wziąłem samochód i pojechaliśmy do szpitala. Samochód trzeba było zostawić przy bramie i pójść pieszo na oddział gruźliczy, bo ciotka zapadła na gruźlicę. Nie wiem, czy przez nieuwagę, czy z przekory, oddział gruźliczy znajduje się na samym szczycie wzniesienia, na którym zbudowany jest szpital. Kiedy biedny gruźlik dochodzi do celu, to jest już jedną nogą na drugim świecie. Ja gruźlicy nie mam, ale na oddział dotarłem też ledwo żywy. Moja towarzyszka, potężna niewiasta, także sapała jak lokomotywa.

 

Ciotka leżała w sali z piętnastoma innymi pacjentkami. Kiedy podeszliśmy do jej łóżka, rzucała się w konwulsjach, szarpała pościel i ubranie. Zanosiła się od potwornego kaszlu. Z każdym takim atakiem kaszlu na pościeli pojawiały się nowe plamy krwi. Było oczywiste, że już jej niewiele życia zostało. Z twarzy chora wyglądała dosyć młodo, ale jak się później dowiedziałem, była dobrze po sześćdziesiątce.

A to Arek wlasnie.  

Rozpoczęliśmy obrzęd namaszczenia chorej. Chciałem zrobić to tak szybko, jak to możliwe, bo chora była naprawdę w ciężkim stanie. Tak jak nakazuje obrzęd, położyłem ręce na głowę kobiety i modliłem się w ciszy. Ten moment trochę przeciągnąłem w czasie i zauważyłem niezwykłą rzecz; chora zaczęła się uspokajać. Potem poprosiłem o modlitwę z nałożeniem rąk także moją towarzyszkę. Po namaszczeniu olejem chora stała się jakby zupełnie inna. Ustąpiły konwulsje i ataki kaszlu. Poprosiła też o wodę, co bardzo ucieszyło pielęgniarki, bo wcześniej kobieta nie chciała nic przyjmować. Jeszcze przed moim wyjściem inne pacjentki na sali poprosiły o modlitwę. Żadna z nich nie była katoliczką; nie mogłem więc udzielić namaszczenia; ale z radością pomodliłem się nad nimi i udzieliłem błogosławieństwa.

 

Po jakichś dwóch tygodniach spotkałem we wiosce kobietę, która mnie wołała do chorej. Pytam: „No i co z ciotką?" W odpowiedzi usłyszałem, że wyszła ze szpitala i czuje się dobrze.

Nie ośmielę się powiedzieć, że to był cud. Zresztą nie ja sam się nad nią modliłem. Ale wierzę, że modlitwa bardzo wiele potrafi i to był doskonały tego przykład. Podobnie i sakrament namaszczenia chorych. Dla mnie ten sakrament obejmuje całą osobę. Kiedyś przyszedł do mnie człowiek i powiedział, że nie potrafi przebaczyć drugiemu, chociaż bardzo chce. Doszliśmy do wniosku, że musi to być jakaś duchowo - psychiczna choroba i właściwy byłby tu sakrament namaszczenia bardziej niż sakrament pojednania. Po przyjęciu namaszczenia ten człowiek naprawił swoją relację do bliźniego, któremu wcześniej, za nic, nie potrafił wybaczyć.

 

W Kościele jest tak wiele dróg, narzędzi, darów, którymi można pomóc człowiekowi w jego problemach i chorobach. Może czasem nieudolnie, ale staramy się wykorzystać ich jak najwięcej dla dobra naszych ludzi.

 

 

   Komisarz

 

A to Slawek wlasnie.  

 

W dobie wielkich migracji i wzrastającej liczby uchodźców znaczenia nabrała funkcja Wielkiego Komisarza ds. Uchodźców przy ONZ. Taki jednak "Wielki Komisarz" to od czasu do czasu poleci do Afryki do Azji Środkowej, czy na Bliski Wschód; powie parę dramatycznych stów do kamer i wraca do wygodnego biura. Prawdziwe robotę wykonują ludzie, do których kamery raczej nie docierają.

 

Jednym z takich nieznanych bohaterów jest o. Sławek Więcek, proboszcz parafii w Sebinie, we wschodniej Botswanie. Na terenie jego rozległej parafii znajduje się obóz dla uchodźców, pochodzących głównie z Caprivi Strip w Namibii, z Angoli oraz małe grupy uchodźców z Republiki Konga, a nawet z Somalii. Obóz ten znajduje się w Dukwi, jakieś 100 km od Sebiny. Przebywa w nim ponad 3 000 uchodźców,  z  czego  ponad  setka  uczestniczy w comiesięcznej Mszy św. i liczba ta stale rośnie. Nie jest łatwo utrzymywać żywotność katolickiej wspólnoty, z tej racji, że w obozie panuje nieustanny ruch; wielu ludzi wraca do swoich krajów, ciągle też napływają nowi. Jest też problem języka. Wielu katolików z Angoli mówi tylko po portugalsku. Stawek dziękuje Panu Bogu, za to, że musiał się uczyć w seminarium łaciny. Dzięki temu może przynajmniej wysłuchać spowiedzi po portugalsku, który podobnie jak hiszpański, jest bardzo do łaciny podobny.

 

Sławek troszczy się nie tylko o katolików; jest jedynym duchownym zajmującym się obozem. Duchowni innych wyznań nie podjęli żadnej działalności pastoralnej. Dlatego też  Sławek organizuje pomoc materialną dla wszystkich uchodźców. Współpracuje na tym polu z botswańską administracją państwową, która zapewnia uchodźcom szkolnictwo oraz opiekę medyczną. Jest  też członkiem  państwowej  Botswańskiej  Rady  ds. Uchodźców, współpracującą z Agencją ONZ ds. Uchodźców.

Chociaż pasjonujące, to jednak duszpasterstwo uchodźców, jest dla Sławka zajęciem "dodatkowym". Innym, także "dodatkowym" zajęciem jest duszpasterstwo powołań. Zajmuje się on wszystkimi kandydatami do Zgromadzenia Słowa Bożego z Botswany. Jak na ironię, najwięcej listów przychodzi do niego z sąsiedniej Zambii. Jednak prawie 100% tych przypadków ma podłoże czysto materialne. Wielu młodym Zambijczykom chodzi po prostu o wyemigrowanie do sąsiedniej, bogatszej Botswany. W samej Botswanie Sławek koresponduje obecnie z pięcioma poważniejszymi kandydatami. Co kilka miesięcy odwiedza także ich rodziny. Smutne jest to, że większość młodych ludzi w Botswanie nie posiada pełnych rodzin; jest wychowywana przez samotne matki. Taka rodzinna sytuacja także ma bardzo ujemny wpływ na postawę kandydata do kapłaństwa i życia zakonnego.

 

Sławek jest zaangażowany w diecezji Francistown.  Redaguje comiesięczny biuletyn diecezjalny, a w roku jubileuszowym wydał kalendarz diecezjalny w dwóch wersjach językowych: tswana i kalanga. Planuje też kontynuację kalendarza każdego roku. Jest także diecezjalnym duszpasterzem dziecięcego ruchu CHIRO. Jest to ruch trochę podobny do polskich Dzieci Marii. Razem z liderami tego ruchu organizuje coroczny, grudniowy obóz otwarty dla wszystkich członków ruchu; a co kilka miesięcy spotyka się z liderami grup parafialnych na spotkaniach organizacyjno - formacyjnych.

 

Slawek na czele procesji.  

Ogromną większość czasu i zapału Sławka pochłania jednak jego własna parafia, Sebina. Ktoś, kto był w Sebinie jakieś 10 lat temu, na pierwszy rzut oka nie zobaczy wielu zmian. Budynki te same, otoczenie misji to samo. Zwiększyła się trochę liczba wiernych. Zmieniło się jednak coś bardzo ważnego. Od samego początku pobytu o. Sławka w Sebinie stara się on uświadomić wspólnocie wiernych ich własną odpowiedzialność za Kościół parafialny, za stronę duchową życia Kościoła, ale także za stronę materialną. Sławek mówi, że wcale nie jest trudno poprosić w Europie o fundusze na remont cieknącego sufitu. Uważa jednak, że wspólnotę w Sebinie stać na to, aby zrobić to we własnym zakresie, chociażby miało to trwać trzy lata dłużej. Jego zasadą jest nie "budować Królestwo Boże dla ludzi" ale "budować Królestwo Boże razem z ludźmi".

 

Sławek przybył do Sebiny w uroczystość Matki Boskiej Królowej Polski, 3 maja 1994 roku. Pamięta doskonale tę datę, bo jest to odpust w parafii w Lęborku, gdzie zaraz po święceniach pracował dwa lata jako wikary i tam uczył się duszpasterstwa. Proboszczem Sebiny został w 1997 roku i od tego też czasu sam zajmuje się parafią. Przez wiele lat, aż do roku 2000 pomagał w formacji nowicjuszy werbistowskich jako spowiednik oraz dla wielu powiernik i kierownik duchowy.

 

A to Slawek wlasnie.  

Wspólnota katolicka w Sebinie wraz ze wspólnotami w stacjach dojazdowych to razem jakieś 900 osób. Odległości do stacji są dosyć duże; najdalsze: Nata jest oddalona o 150 km, Sowa 120 km, Maitengwe 100 km. W Maitengwe buduje się teraz kościół: Co ciekawe, to ludzie sami rozpoczęli jego budowę. Tamtejsza wspólnota jest bardzo żywotna i misyjna. Wspólnocie tej dała  początek pewna  nauczycielka. Rozpoczęła od wyszukiwania kiedyś ochrzczonych katolików i w ten sposób powstał bardzo żywy Kościół lokalny.

Do wszystkich stacji bocznych, a jest ich razem osiem, Sławek dojeżdża przynajmniej raz w miesiącu. Drogi na tym terenia są asfaltowe i można używać samochodu osobowego. Jak na ironię, terenowy samochód jest potrzebny aby dojechać do najbliższej, oddalonej o 5 km, stacji w Marobela. Wszystkie spacje dojazdowe mają, podobnie jak stacja główna, swoje rady parafialne, które spotykają się przynajmniej raz w miesiącu. Trzy razy do roku spotyka się w Sebinie tzw.  Centralna  Rada  Parafialna,  gdzie są przedstawiciele wszystkich wspólnot.

 

Sławek czasem spowiada po portugalsku czy wysłuchuje czegoś w języku himbukushu, ale to jakby deser; na co dzień musi używać angielskiego, tswany i kalangi. Kiedy się jednak go odwiedzi, mówi bardzo ładnie po polsku.

rjs

 

 

   Spotkania

 

A to Slawek wlasnie.  

 

Sławek Więcek, Sebina

 

Obóz dla uchodźców w Dukwi jest dla mnie takim barometrem sytuacji politycznej w całym regionie Południowej Afryki. Kiedy zauważam grupę ludzi z jakiegoś kraju, to wiem na pewno, że za kilka dni ten kraj będzie we wszystkich dziennikach telewizyjnych i radiowych.  Tak  było z  uchodźcami  kongijskimi, uciekinierami z Angoli, czy najbliższymi sąsiadami Caprivijczykami. Tej ostatniej nazwy chyba nie można znaleźć w słownikach; używam jej, bo chcę zaakcentować świadomość mieszkańców tej części Namibii. Nikt z poznanych przeze mnie uchodźców z tego kraju nie powiedział o sobie, że pochodzi z Namibii, ale z Caprivi Strip. Wielu nawet mówiło, że chcą się szkolić wojskowo w Botswanie, aby potem walczyć o niepodległość Caprivi, wysuniętej na wschód północnej części Namibii. Sytuacja byłe wtedy tak napięta, że baliśmy się, iż wybuchnie w Namibii wojna domowa.

 

Wśród uchodźców z Caprivi było sporo katolików Buszmenów z plemienia Kwe, mówiących, śmiesznie dla Europejczyka brzmiącym, językiem pełnym klików i jakby mlaskania. Na początku jakoś nie garnęli się do Kościoła. Kiedyś jednak odwiedził mnie niemiecki misjonarz z Caprivi i przywiózł ze sobą listy wiernych, właśnie tych Buszmenów. Poleciłem katolikom w obozie odszukać tych ludzi. W czasie mojej kolejnej wizyty zauważyłem pokaźną grupę Buszmenów patrzących na mnie dosyć nieufnie. Powiedziałem do nich, że chociaż opuścili swoje domy, to nasza wspólnota wierzących dalej jest ich domem i nie powinni czuć się wśród nas obco. Potem przeczytałem ich imiona; oni nie wiedzieli, że mam tę listę; zaczęli wtedy śmiać się i klaskać. Tak pierwsze lody zostały przełamane. Kiedy uchodźcy z Caprivi byli w obozie moje kazania były tłumaczone aż na trzy języki: portugalski, kwe oraz himbukushu. Nie jest to wcale łatwe zachowywać w pamięci ostatnie zdanie, kiedy jest przemielone przez tylu tłumaczy.

 

A to Slawek wlasnie.  

Spośród spotkanych w Dukwi ludzi bardzo mocno zapadła mi w pamięć pewna rodzina z Republiki Konga, dawnego Zairu. Ich historia jest podobna do wielu innych, chociaż, dzięki Bogu, ta została zwieńczona "happy endem". Pewnego dnia postanowili opuścić ogarnięty wojnę domową kraj i poszukali kierowcę TIR-u jadącego do Republiki Południowej Afryki. Tam też chcieli poprosić o status uchodźców i rozpocząć nowe życie. Kierowca zgodził się przewieźć ich w zamkniętej ciężarówce za 500 dolarów amerykańskich, oczywiście bez gwarancji, że się to przedsięwzięcie powiedzie; gdyby złapano ich na pierwszej granicy straciliby prawie cały swój majątek. Udało im się przekroczyć granice Malawi, Zambii i Botswany. Niedaleko przed granica południowoafrykańską policja botswańska kazała otworzyć ładunek. Od razu zostali aresztowani. Często w takich przypadkach uchodźcom dostaje się niezłe lanie. Może dlatego, że była to rodzina z dziećmi potraktowano ich bardzo łagodnie. Dwa dni później znaleźli się w obozie w Dukwi. Tam zaczęli sprzedawać pączki i tak uzbierali na kilka kur. Wtedy zaczęli zarabiać na jajkach. Trochę też im w tym pomogłem. Po kilku latach w obozie i po wielu próbach zdobycia statusu uchodźców; jest to potrzebne do osiedlenia się w Botswanie; spotkali się z wysłannikami amerykańskiej organizacji zajmującej się uchodźcami. Otrzymali wizy do USA i dziś mieszkają w Kalifornii. Niedawno otrzymałem od nich list, w którym opisują swoje podwójne uczucia; radość z poprawy sytuacji życiowej i tęsknotę za swoją ojczysta ziemią.