zaglądnąłem w oczy prawdziwej Afryce
- czyli pomieszkałem sobie w buszu

 czytalnia

 oglądalnia

 

Mpini - czyli zmiana perspektywy. Bo dotychczas to oglądaliśmy Afrykę – można uogólnić ciut – w skali makro. I oto nadszedł czas na skalę mikro.

Mpini to wioska, o której już było kilka stron temu. Trochę z boku Mpini stoi mały pokoiko-domek. Jak by ktoś tu zaglądnął to by zobaczył: łóżko, kalendarz z zeszłego roku i mnie piszącego te słowa. Nie ma tu gniazdek z prądem. Nie ma kranów z wodą. Nic tu właściwie nie ma. Mieszkam w obejściu miłej rodzinki (trzeba wytłumaczyć: dom w buszu składa się właściwie z kilku domków: jeden to będzie kuchnia, w następnym może mieszkać ciotka Hela, a w jeszcze następnym dziadek z babcią. Albo ja. W Polsce by to był jeden dom z pokojami. A tu właściwie każdy jednopokojowy domek to następny pokój tego samego domu. Nie wiem czy jasno tłumaczę – odsyłam do zdjęć).

Mam tu doskonalić mój ndebele...


 

Wreszcie wiem co się robi wieczorami na wsi bez prądu. Jak słońce zajdzie (o 18-stej jest ciemno jak o północy) cała rodzina zbiera się w kuchni (taki mały, okrągły domek, bez okna i bez komina), na środku pali się ognisko, na ognisku gotuje się jedyny posiłek w ciągu dnia.

Siedzimy na podłodze i wcinamy radośnie (co dzień to samo). O gustach się nie dyskutuje ale nie wiem kiedy się przyzwyczaję do tych smaków (za to wiem, że jak mnie ktoś w Polsce, na urlopie, poczęstuje kawałkiem krowy na obiad...... to jeszcze nie wiem co – ale coś strasznego). Potem smaczna herbatka z kozim mlekiem. Dzieciaki wskakują do balii (ja wskoczę rano bo w nocy już zimno bardzo, no w końcu tu zaczyna się zima). Pomodlimy się na koniec. Pobłogosławię towarzystwo. I 21-wsza. Siedzę w moim pokoiko-domku, pisze przy świeczce. A oczy wciąż szczypią od dymu.


 

Się szło (że zacytuję wieszcza).

Już od godziny. Co chwilę sprawdzam czy jeszcze istnieję. W szkole uczyli, że w większości jestem woda. A woda paruje! Gorąco...

Się zadziwiam: cały ten busz to jedno wielkie skrzyżowanie. Dróżki, ścieżki i ścieżynki krzyżują się wszędzie,  we wszystkich kierunkach i na wszystkie możliwe sposoby.

Idziemy.

Po drodze się dużo nie gada. To mam czas się zastanowić czy wypiłbym wiadro zimnej wody. Po głębokim namyśle dochodzę do wniosku, że bym wypił. A nawet bym zjadł takie orzeźwiająco zimne wiaderko.

Potem się dowiedziałem, że to droga do Bulawayo. 4 dni trzeba iść. Pewnie jest to też droga do Gdańska. 4 lata trzeba iść.

Doszliśmy.

Po 2 godzinach. Odprawiliśmy Mszyczkę (muchy nas prawie zjadły). Trzeba się streszczać. Musimy wrócić przed nocą, która tu się zaczyna o 18stej.

Wracamy.


 

Ale gwiazdy! Garściami by je z nieba rwać. To właściwie nie są pojedyncze gwiazdy ale gwiazdowe zachmurzenie jakieś. Świecą już nisko, między drzewami. Efekt nieopisywalny ( – i mam nadzieję tylko, że Małemu w końcu spełni się marzenie posiadania teleskopu). Niestety nie da się długo pogapić bo zimno w nocy okrutnie (nie ma to wtedy jak posiedzieć w kuchni, przy ognisku).

Ale z tego piękna to mi problem wylazł (może to czyta jakiś profesjonalista od spraw gwiazd): kiedy się tak gapiłem zachwycony to nisko nad horyzontem zobaczyłem Wielki Wóz! Do góry kołami – ale Wielki Wóz jak z Sulęczyna albo Bieszczad. No i teraz nie wiem czy to z tęsknoty za północnymi gwiazdami go zobaczyłem, czy może rzeczywiście zajeżdża na tę stronę też?


 

Się obudziłem. I jak tu do kuchni się nie przejść z rana? Ledwo na oczy widzę bo zaspane i dym z ogniska. Ale widzę, że mama („mama” to też znaczy tu „pani”) coś smaży. Wygląda jak groch. Groch smażony?

- Kawę ci robię!

Serce mi stanęło na chwile z radości. Kawa, kawusia! Ja już tyle dni na głodzie (się „Trainspotting” przypomina)... Potem mama te smażone fasolki utłukła w wielkim drewnianym moździerzu. Wypiłem szczęśliwy. Nie smakowało jak neskafe czy inny dżakobs ale w „Pożegnaniu z Afryką” powinno zaistnieć jako KAWA Z MPINI. Jak już będzie to polecam!


 

Patrzę na pustą kartkę. Myślę co napisać. Jak opisać to, jak tu się żyje.

Wszystko co się tu zdarzy na pewno już się zdarzyło. Wczoraj.

Chyba bym tak nie umiał żyć. Nie mam na myśli braku wody i opery.

Robię zdjęcia – żeby jakoś to jednak opowiedzieć.

Ci ludzie są kochani. Ale...

KONIEC

Zatrzymaj myszę

na zdjęciu - zobaczysz opis.

Potem: klikamy i powiększamy.

Pies się nazywa Milika i zagląda do kuchni. Wiadomo po co. Małe, białe po prawej to mój domek. Okrągłe po lewej to kuchnia.
Może godzinę przed moim wyjazdem. Mała się już nie boi białego jak diabeł. Mama Nyathi. Sąsiadka.
Odespałem wszystko! Najdłuższe noce na świecie:) A uczyli, że gdzieś bliżej bieguna.... Debora wróciła ze szkoły - mundurek. 2 godziny spaceru w jedna stronę!!!
Kobiety w kuchni. Moja ulubiona modelka.
Trzy pokolenia Mpinianek. Sąsiadka zaszła pogadać. Pewnie z 15 km:)
A na początku to uciekała przed aparatem! Kobiety... Oczywiście, że w kuchni. Tylko tam jest ciepło w nocy.
"Ty tam tyle nie ustawiaj tylko pstrykaj!" Po prostu zdjęcie.
Załapałem się! Debora pstryka. Sałatka pełna snów.
"No rób! Zobacz jak ładnie wychodzę!" Mama właśnie "mieli" kawę. Ja tez próbowałem - nie mam techniki. Wszystko mi sie wysypywało.
Portrecik przez płot. Chłopaki od sąsiadów przyszli pomóc doić kozy.
Pranie. Za godzinę już suche. Mnie też często kozy odwiedzały. To w końcu domowe zwierzęta:)
Tej wody nie piliśmy. Woda do mycia. Po wodę do picia trzeba było iść z godzinę. Zabawy ze światłem i kozami cz.I
A słońce zachodziło tam pomysłowo. A mówią, że się zdjęć pod światło nie robi:)
Kura. I mój domek. A tu wracamy ze Mszy.

Zabawa z kozami i światłem cz.II

Mama Maseko. Moja mama.

Wszystkie uśmiechy zabrałem ze sobą. I jeszcze dostałem stołek.

koniec  

 

do domu

do przodu