| nvb |
| a w tle to, po czym tam chodziliśmy |
| Szóste, jak zwykle jubileuszowe spotkanie polskich werbistów z naszej prowincji (Botswana, Zambia i Zimbabwe) przeszło już niestety do sympatycznej historii. Spotkaliśmy się w Botswanie, w Sebinie - czyli u Sławka. Obecność 100% z jednym usprawiedliwionym wyjątkiem. Oczywiście było przemiło. Nie zakończyliśmy na uciechach żołądkowych, ale jak co roku był program kulturalno - oświatowy. Pierwszego dnia szukaliśmy starodawnych malowideł w jaskiniach i ruin. Z sukcesem! Ale prawdziwy szok przeżyłem dnia następnego. Pojechaliśmy zobaczyć Makgadikgadi. Trzeba włączyć wyobraźnię bo zdjęcia się nie powiększą. Wyobrazić sobie należy płaściutki doskonale stół (albo wyschnięte morze z płaskim dnem) o wymiarach 150 x 50 kilometrów! (Dla dokładności geograficznej: właściwie to obok jest następny taki "stół".) Kojarzy się to z Księżycem (szarawe kolorki),bo na Ziemi nic podobnego nie ma. Daleko na przepustym horyzoncie pojawia się fatamorgana (jesteśmy w końcu na obrzeżach Kalahari) i normalnie widać wodę! To wyschnięte zaczarowane morze ma także zaczarowaną wyspę na której rosną... dziesiątki baobabów! Już pojedynczy wygląda niesamowicie (i od razu się kojarzy z Małym Księciem), rzadko rosną dwa obok siebie. A tu? Las! Drzewa są ogrooooomne. Niektóre mają podobno 4 tys. lat! Czasem te zbiorniki wypełniają się wodą. I co roku rodzi się tam tysiące flamingów! Z piachu po którym łazimy wyrabia się sól w ogromnych ilościach. Wycieczka super. Chociaż, żeby pobyć godzinkę na Makgadikgadi musieliśmy spędzić 11 godzin na pace a słoneczko dało popalić niesamowicie. Bye, bye skóro z twarzy. Następne spotkanie za rok. Niestety z większością chłopaków zobaczymy się dopiero wtedy. Na 7 mym jubileuszowym:) |