Z Mutemwa pojechaliśmy do Botswany na rekolekcje. W 
międzynarodowym składzie czas upłynął miło, pobożnie i... nie wszystko 
trzeba opisywać.
Teraz siedzimy w autobusie. Wracamy. A ja napiszę 
coś o tytoniu i 
wołowinie
.Tytoniu dziennie Zimbabwe sprzedaje 1000 000 kg! Miejscowy 
gatunek: Virginia, jest najlepszy na świecie. W ten sposób palacze 
najlepszych światowych marek (nawet Malborków) kurzą  właściwie 
zimbabwiańską machorkę. Byliśmy kiedyś na giełdzie tytoniowej. Tu 
zaopatrują się najwięksi producenci. Widzieliśmy te tony liści. 
Oglądaliśmy przeprowadzanie transakcji, ale nic z tego nie zrozumiałem. 
Używają jakiegoś dziwnego języka i dziwne gesty. Fajnie się to ogląda. 
Ale o co chodzi? Nie wiadomo nic. Sama giełda wygląda sensownie: 
czysto, dobrze zorganizowane. Zupełnie nie po afrykańsku.
Krowy. W związku z ogólnoświatową paniką, którą wywołały zwariowane i 
szalone krowy (stuknięci ludzie aż takich emocji nie wzbudzają, wiem bo 
paru znam), w telewizorze jakiś europejski ważniak powiedział, że jeśli 
Zimbabwe nie zaostrzy kontroli weterynaryjnych to się skończy eksport. 
Czyli nastąpi lokalny koniec świata w Zimbabwe bo się skończą 
zagraniczne dolary (tu nawet sól trzeba za zagraniczne dolary za granicą 
kupować). Więc zaostrzyli bo dziś nas skontrolowali. Co prawda nie na 
granicy (żadnego mycia opon i sandałków), przypominam, że wracamy z 
Botswany, ale w samym środku kraju. 15 min temu zatrzymali nasz 
autobus. Trzeba wysiąść bo będą mięso sprawdzać. Czyli szukać.
Tu trzeba wyjaśnić, że każdy miejscowy autobus jest pełny. Nie tylko ludzi 
ale i: misek, worków, toreb, baniaków, słomianych makatek, czasem się 
dosiądą kurczaki z właścicielką itd. itp. Meble, rowery i worki z cementem 
przywiązane są na dachu autobusu.
Całe więc towarzystwo ochoczo przystępuje do ewakuacji siebie i 
mienia. Po kilkunastu minutach autobus pusty. Jeden gutek w okularach 
słonecznych (czyli władza) sprawdza. Najpierw zaglądnął do autobusu a 
potem zapytał bez ogródek: "Kto ma mięso?! " Chwila ciszy. I po chwili 
ciszy jedna kobiecina się przyznała, że ma parówkę. "I co?!"  pytają okulary. 
I zjadła kobiecina i z mężem się podzieliła. Teraz okulary będą nas 
wszystkich sprawdzać. Nadeszła moja kolej. Odwracam się do okularów 
tyłem, nie z powodu okazania nieszacunku dla władzy ale z powodu 
plecaka, który zwykle montuję sobie z tyłu. Okulary pomacały plecak ze 
znastwem i stwierdziły, że jestem czysty i mięsiwa nie posiadam.
I znowu jedziemy. A ludzie się patrzą co ten biały tak pisze.
niby jest a nie ma
 
Obrazek
o.Julian
o. Julian, 
pasjonista. Chyba 
od 40 lat pracuje w 
Botswanie. 
Ostatnie lata wśród 
buszmenów na 
Kalahari. 
Niesamowity 
człowiek. 
Spotkaliśmy się na 
rekolekcjach.
Typowy botswański obrazek: 
wyschnięta rzeka. Za dwa miesiące tu 
będzie Wisła.
p.s. Od kilku stron (i przez kilka 
następnych) zdjęcia są gorsze niż 
zwykle bo mój skaner jest 600 km 
stąd.
dalej
powrot