| HAIFA, czyli: Harare International Festival of the Arts, czyli ponad 120 przeróżnych wydarzeń kulturalnych w 6 dni. Wielka rzecz. I było wszystko: od psa robota, który sobie dialoguje z publicznością a jego pan żonglując kręglami zdejmuje marynarkę! (przy okazji spadają mu spodnie) (Australia); aż do kwartetów smyczkowych z Włoch i Korei albo delikatnie funkującego jazzu z Londynu i moralnie niespokojnego hip hopu z NY. Był tez afrojazz czyli ostra jazda w wykonaniu dziadków w wieku rodziców ekipy Buena Vista Social Club. I kiedy BVSC robią klimaty na scenie to ich afrykańscy rodzice robią nawet ćwierć szpagatu i pół pompki! Bardzo dużo grup tanecznych: od baletu klasycznego do tańca bardzo współczesnego (od Chile do RPA). I nawet był wieczór operowy. |
| HAIFA miała też bardzo śliczny polski akcent. Przyjechał z Warszawy człowiek z wiolonczelą (akompaniował na fortepianie Filipińczyk z NY) i tak zagrał, że nawet mnie wcisnęło w ławkę. Ludzkość zgromadzona się dziwiła, że TAK można zagrać a zgromadzeni Polacy byli dumni i szczęśliwi, że są Polakami. Sam to czułem! Oczywiście po wszystkim sprawa musiała się oprzeć o jakiś ekskluzywny bar i zastawiony suto stół. Nawet nadzwyczajni artyści czasem potrzebują zwyczajnego białka. |
| Na zakończenie HAIFy koncert Olivera Mtukudzi. Najjaśniejsza tutejsza gwiazda. Już dawno nie byłem w takim młynie na koncercie (oczywiście staliśmy pod samą sceną)." Tuku" gra dłużej niż Krzychu Krawczyk a nuta świeża jak Nirvana albo 2Tm2,3. Publika od 10 do 70 lat zabujana całkowicie. W Polsce karmieni muzycznie odpadkami z Bałkanów i Ameryki Łacińskiej nie znamy tych rytmów. A szkoda! Tylko jaki zespół TAK potrafi zagrać a do tego TAK tańczyć równocześnie (sam nie wiem co trudniejsze). No i trzeba jeszcze mieć coś do przekazania poza egzystencjalnym wynurzeniem, że "do tanga trzeba dwie sztuki". |
| Ostatni CD "Tuku". Rewelacja. |