| Zambijskie drogi... Znowu 8 godzin takiej trzęsawicy, że przymiotników brak i po 260ciu kilometrach znowu w Livingston. Na drodze spotkaliśmy może 4 samochody, sanie!!! (woły ciągnęły te sanki po piachu, kółka by się zakopały) i 1 rower z całą rodzinką na rowerze: mama, tata i chyba synek (tak szybko jechali...). Ale to też ma swój urok kiedy w głębokim piachu fruniesz wielką bryką 100 km/h. |
| Wybraliśmy się zobaczyć Vic. Falls od zambijskiej strony (znowu wyglądamy jakbyśmy się w ubraniach kąpali). Mówią, że tu nawet ładniej niż od strony Zimbabwe. Ja tam nie wiem. To wszystko tak piekne, że wierzyć się nie chce. Ładniejsze nawet niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Naprawdę! Zeszliśmy na dół, do samej rzeki. Jakiś gość się przysiadł i mówi: "Tu powinien przyjechać każdy kto wątpi w istnienie Pana Boga. Popatrz, to musiał stworzyć Ktoś. Ktoś mądry i dobry. To jest za piękne, żeby było dziełem nierozumnej natury." |
| Piotruś sprawdza czy przejedziemy |
| Romek zabrał nas w nocy na wieś, do buszu, na kolacje do jednego z naszych. Oglądaliśmy malutką, okrągłą chatkę zbudowaną z błota i słomy, w której jeszcze niedawno mieszkało dwóch misjonarzy. Przez 4 lata. Totalny odjazd. A jaki mieli prysznic: "Tu się siadało na tym kamieniu i polewało się wodą." |