Na pierwszy biwak wybraliśmy miejsce koło drugiego co do wielkości 
wodospadu w Afryce. Przyjechaliśmy w nocy więc nic nie było widać. 
Rano, po wyjściu z namiotu, widać było tylko mgłę, ale poszliśmy 
poszukać tego wodospadu. Idziemy przez jakieś krzaki i nic. Ścieżka się
 powoli kończy. Nagle, w jednym momencie mgła znika a my stoimy na 
krawędzi 300 metrowej ściany. Na dole, po horyzont, wielka równina z 
niewielkimi górkami. Obok spada wodospad. Kawałek dalej następny. 
A słońce takie kolory wymyśla, że dech się z rozdziawionej gęby nie 
wydobywa.
Nyanga jest cool!
I to jest sam począteczek tego, co przeżywaliśmy przez dwa dni.
Żeby nie przeciągać narracji: zdobyliśmy najwyższą górę Zimbabwe 
(wyższa niż Rysy). Potem Mały z wody z wodospadu (tam są ich 
dziesiątki) ugotował najlepszą na świecie kawę.
No i postanowiliśmy pojeżdzić konno. Czekałem na jakieś wskazówki: 
gdzie ten koń ma przód a gdzie tył, jak bestię zatrzymać itd. Ale nic z 
tego. Po prostu pojechaliśmy do lasu. Nie wiedziałem, że konie po 
takich górach potrafią chodzić! Prawie mi głowę urwała kolejna 
zaliczona twarzą gałąż (potem się nauczyłem trochę skręcać), kiedy 
stało się najgorsze: GALOP. Nie było się czego chwycić! Zresztą ten 
koń
 nie umiał galopować bo rzucał mną strasznie... To nie była bułka z 
masłem (ale jak to pisze to nie stoję! Choć cztery litery obtłuczone mam 
strasznie).
Znowu się rozpisałem. Więc na koniec zrobiliśmy małe zakupy: 
200 litrów benzyny (całą drogę wieżliśmy wielką, żółtą beczkę).
A 200 metrów przed domem ktoś na poboczu macha jakąś 
szmatą. Mały mówi: "Może to policja?" Rzeczywiście była to 
policja. Za bardzo się rozpędziłem. Ale dostałem zniżkę 
znaczną (nie wiem czemu) co przy obecnej inflacji, czyni tę 
sytuację raczej zabawną.
A my mamy już pomysłów 126 na kolejne weekendy...
powrot
dalej
Maly robi kawe
scigam sie z samochodem!
ja na koniu to nie umiem
Maly to stary koniarz